Radosław Majewski mimo trzydziestu dziewięciu lat na karku jest czołową postacią Znicza Pruszków. Już w najbliższą niedzielę przyjedzie ze swoją ekipą na Reymonta na mecz z Wisłą Kraków. Przed tym spotkaniem rozmawiał z nim Marcin Ryszka.
Czysta głowa i pozytywne nastawienie
Rozmawiamy kilka minut po godzinie ósmej. Powiedz, jak wstajesz rano z łóżka, to czujesz, że „cztery dychy” coraz bliżej na karku? Nic cię nie boli i czujesz się jak młodzieniaszek, czy jednak organizm daje o sobie znać?
Do niedawna w ogóle tego nie czułem, ale od jakiegoś czasu łapię się na tym, że rano trzeba się po prostu „rozchodzić”. Jednak kiedy już zacznę działać i wpadnę w rytm robienia wielu rzeczy, to szybko zapominam o tym, jak się fizycznie czuję.
Masz jakiś przepis na swoją piłkarską długowieczność? Jesteś fenomenem – mnóstwo twoich kumpli, z którymi grałeś w piłkę, kopie już tylko w oldbojach, a ty cały czas utrzymujesz wysoką formę.
Część z nich już w ogóle nie gra. Ostatnio się zastanawiałem, z kim i gdzie grałem, i przypomniałem sobie, że w 2008 roku – osiemnaście lat temu! – byłem w Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Od tego czasu piłkarskie pokolenia mocno się zmieniły. Gdybym miał syna, to pewnie moglibyśmy już zagrać w jednej drużynie albo gdzieś blisko siebie.
A jeśli chodzi o przepis? To nie jest żadna tajemnica, składa się na to wiele czynników. Jakiś mały procent to kolageny i witaminy. Kolejny ułamek to masaże tajskie. Następny procent to ciągłe ćwiczenia i trzymanie reżimu. Ale największy procent stanowi głowa. Czysta głowa, której sobie nie zawracasz i nie zaprzątasz. Od niej zależą chęci i to, jak czuje się twoje ciało. Jak jesteś pozytywnie nastawiony, to na meczu możesz dosłownie latać. Wiadomo, później dochodzą treningi motoryczne i przygotowanie do meczu, ale z głową wolną od obciążeń psychicznych gra się zupełnie inaczej. Staram się też zakładać z góry, co by się nie działo – czy mecz wygramy, czy przegramy – że muszę sztywno utrzymywać swój poziom. Nie dać się ściągnąć otoczeniu, gdy jest słabo, ale też nie odlecieć, gdy jest bardzo dobrze.
Zapytania z Ekstraklasy
Czy na treningach jesteś w stanie wciąż wejść w ten próg dyskomfortu i łamać swoje bariery, czy opierasz się na bazie już zbudowanej przez lata?
Mój mikrocykl treningowy od poniedziałku do soboty (zakładając mecz w sobotę) wygląda tak: w poniedziałek i wtorek jestem najsłabszy. W środę lekko się „wynurzam”, bo pojawiają się gierki i rzeczy, które dają mi większą radość. W czwartek wracam do dyspozycji z poniedziałku. W piątek jestem już gotowy na 80%, a w sobotę gram mecz z pełnym przygotowaniem.
Czy przełamuję bariery? Myślę, że nie. Szukam raczej spokoju, szczególnie przy sytuacjach bramkowych. Widzę tu u siebie pewien deficyt, dlatego staram się samemu ustawić głowę, żeby zachować zimną krew na boisku. Ograniczam uczucie niedosytu, staram się nie myśleć po meczu: „Kurde, mogłem zachować się lepiej”. Widzę w tym progres.
Przed startem tego sezonu pojawiały się głosy, że powinieneś trafić do Ekstraklasy. Mając 38 lat mogłeś tam jeszcze zagrać?
Uważam, że swoimi umiejętnościami i zachowaniem boiskowym spokojnie bym sobie w Ekstraklasie poradził. Pojawiły się zapytania – rozmawiałem z jednym dyrektorem sportowym przez pośrednika. Ale na jakim to było poziomie zaawansowania? Trudno powiedzieć, nikt nie złożył konkretnej oferty. Ja też podałem cenę, za którą byłoby mi łatwiej wyjechać z Pruszkowa. Nie była niska, bo mam tutaj swoje życie: radę miasta, komisje, sesje, zobowiązania telewizyjne i rodzinę. Nie chciałem wyjeżdżać za bezcen tylko po to, żeby się jeszcze raz sprawdzić. Patrzę na to globalnie. Chciałem, żeby to miało ręce i nogi, a nie skończyło się tylko na moim chciejstwie.
Za moich czasów…
Kiedy odchodziłeś z Wieczystej w atmosferze, która sugerowała koniec kariery, było ci przykro? Ta kontuzja więzadeł krzyżowych wyglądała fatalnie. Wydawało się, że to może być już koniec.
Nie, w ogóle nie było mi przykro. Tego nauczyła mnie piłka – nie powinno się mieć takich uczuć jak zbytnie przywiązanie do klubu. Nieważne, czy jesteś legendą i zagrałeś 100 meczów, czy trzy. Jeśli klub nie będzie cię chciał, to i tak się z tobą pożegna. Większość decyzji jest chłodna. Skończył mi się kontrakt, doznałem zerwania więzadeł krzyżowych. Podaliśmy sobie łapki i każdy poszedł w swoją stronę. Od tej pory nigdy nawet nie rozmawiałem z prezesem Kwietniem.
Nie miałem żalu, po prostu szukałem nowego wyzwania. Zależało mi, żeby samemu sobie udowodnić, że potrafię wrócić po dziewięciu miesiącach bardzo trudnej rehabilitacji. Nie chciałem kończyć kariery w trzeciej lidze z kontuzją. Przewalczyłem to sam ze sobą w głowie, przeszedłem rehabilitację kolana, a do tego cały czas byłem blisko z ludźmi ze Znicza, którego jestem wychowankiem. Dogadaliśmy się tak, że pierwszą rundę zagram za najniższą krajową i jeśli będę zdrowy usiądziemy do rozmów. Okazało się, że jestem w stanie coś dalej dać drużynie i jestem w klubie do tej pory. Nie wiem czy to mój ostatni sezon, czy będę jeszcze grał rok, a może dwa. Powiem to jeszcze raz, że piłka nauczyła mnie chłodno podchodzić do wielu sytuacji.
Czujesz się mentorem dla młodych zawodników w szatni? Sporo widziałeś, masz ogromne doświadczenie.
Nie podchodzę do tego w ten sposób. Mam obok siebie chłopaków w wieku 18 czy 19 lat. Nie chcę być „dinozaurem”, który powtarza im, że „za moich czasów to graliśmy na betonie, a trawa była inna”. Każde pokolenie ma swoją drogę. Jasne, jeśli ktoś zapyta, to podpowiem w konkretnej sytuacji meczowej. Ale nie wtrącam się w ich życie. Nie siadam w szatni i opowiadam, że w Anglii widziałem takiego napastnika, który jadł to i to, zachowywał się tak i tak. To nie jest mój styl. Mogę podpowiedzieć w danej sytuacji meczowej, że gdybyś szybciej ruszył do piłki to miałbyś tu i tu przewagę, ale to wszystko wychodzi jak najbardziej normalnie.
Niedoszłe transfery do Wisły i Cracovii
Czeka was mecz wyjazdowy z Wisłą Kraków. Gra przy kilkudziesięciu tysiącach kibiców wciąż robi na tobie wrażenie?
Dla mnie to świetna sprawa. Ja nie stresuje się przed meczami – mnie to jara! Niestety na pierwszej lidze przeważnie jest mało kibiców, więc jak jedziesz na stadion, gdzie jest ich ponad dwadzieścia tysięcy, to aż chce się grać. Skupiam się wtedy wyłącznie na boisku. Tłum mnie nie deprymuje, wręcz przeciwnie – koncentracja musi być na najwyższym poziomie tu i teraz, a nie na tym, co krzyczą trybuny. Myślę, że gdybym się stresował to już nie grałbym w piłkę. Mecze przed taką dużą publicznością to coś co w futbolu jest najfajniejsze.
Czy fakt, że wasz poprzedni mecz z Wisłą w Pruszkowie skończył się wynikiem 0:7, siedzi wam w głowach?
Szczerze? 7:0 to nie jest wynik meczowy, to jest demolka. Kiedy przypominam sobie te spotkanie to było coś niesamowitego. Piłka miała niesamowite przyciąganie do naszej bramki. Bardzo rzadko zdarza się coś takiego, że prawie każda akcja kończy się jakimś zagrożeniem, albo golem. Koncentrujemy się na nas. Podnieśliśmy się od razu w następnym meczu z Odrą Opole. To trzeba umieć docenić jako drużyna. Nie wracamy do tego. Wisła od tamtego czasu rozegrała kilkanaście spotkań, my też. Tego meczu w głowach już nie ma, wyciągnęliśmy wnioski, na pewno musimy zachować się lepiej. Stać nas na to, żeby z Krakowa wrócić z punktem lub z punktami.
Wracając jeszcze do Wisły – czy przez cały twój okres grania w piłkę byłeś kiedyś blisko transferu właśnie na Reymonta?
Tak, miałem. Pamiętam, że dyrektorem sportowym był wtedy jakiś Hiszpan. Musiałbym sprawdzić w mailach. To była chyba roczna oferta. Kojarzę, że Wisła była chyba wtedy w dole tabeli Ekstraklasy, a ja grałem w Lechu Poznań i byliśmy znacznie wyżej. Powiedziałem wtedy, że to nie jest odpowiedni moment na takie przenosiny. Pamiętam też, że dużo słyszało się wtedy o ich problemach finansowych, klub miał swoje kłopoty. Ale sama oferta na stole faktycznie się pojawiła. Zresztą były też kiedyś rozmowy z Cracovią, ale ich dyrektor zachował się wtedy bardzo niepoważnie, zaczął zmieniać warunki umowy i temat też upadł. Można więc powiedzieć, że jedynym Krakowskim klubem w którym grałem była Wieczysta.
Masz już konkretny pomysł na siebie po zakończeniu grania. Widać, że nie stresujesz się przed kamerą.
Cały czas coś robię w tym kierunku i staram się rozwijać. W telewizji pojawiam się od 2019 roku, byłem już chyba w każdej stacji. Komentowałem Ligę Mistrzów, byłem w magazynach. Teraz na YouTube współtworzę z Łukaszem Gikiewiczem program „Pierwsza liga styl życia”. Fajnie to wygląda, lubię luźniejszy format YouTube’a. Mamy gości, dzwonimy po zawodnikach, wyrażamy swoje opinie, analizujemy pierwszą ligę. Nigdy nie zamykałem się na jedną ścieżkę. Jak czegoś nie jestem pewien, to próbuję. Zobaczymy, co będzie dalej, ale na pewno mam co robić. Na boisku nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.








