Przyjaciele i wrogowie. Czego nie wyczytałem ze słów Roberta Lewandowskiego

Czesław Michniewicz
PressFocus Na zdjęciu: Czesław Michniewicz

Miejmy to już za sobą – nie wiem, czy Czesław Michniewicz powinien zostać, czy odejść. Nie wiem, co będzie sportowo lepsze, choćby dlatego, że nie znam – choć się domyślam – nazwiska ewentualnego następcy. Ale wiem, że nie stać nas na ślepe stawianie sztywnych celów. Jeśli Cezary Kulesza tego nie dostrzeże, tylko ciałem wyjedziemy z Kataru. Duchem wciąż będziemy na pustyni.

  • Jeśli wciąż będziemy chorować na wynikozę, na Euro 2024 nic się nie zmieni
  • W pomeczowych wywiadach Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego padły mocne słowa, ale będąc na miejscu i znając obu piłkarzy, nie można jednoznacznie wyciągnąć wniosku, że oni już z Michniewiczem nie chcą współpracować
  • Jeśli nie Michniewicz, to kto? Wydaje się, że przy ewentualnym uruchomieniu giełdy nazwisk, jeden kandydat będzie na starcie o kilka długości przed innymi

Mocne argumenty w ręce

“Koło fortuny” jest jednym z najgłupszych teleturniejów, jakie wymyśliła telewizja, ale ma jedną mądrą zasadę. Żeby wygrać pieniądze, nie wystarczy zgadnąć hasła przed rywalami, ale trzeba to zrobić w dobrym stylu. Inaczej się nie opłaca. Dlatego nawet znając odpowiedź, warto podejść do sprawy ofensywnie i odsłaniać kolejne literki zarabiając na tym. Czasem można natknąć się na zabójczą kontrę, bo na kole średnio raz na dziesięć-piętnaście prób można wylosować bankruta, ale w dłuższej perspektywie odkrywanie kolejnych pól do końca jest bardziej opłacalne niż zrealizowanie celu bez tego stylu. Jestem idealistą i chętnie widziałbym zaszczepienie takiego myślenia w PZPN.

Spotykam się z opiniami, że Czesława Michniewicza niewiele broni po mistrzostwach świata. Jest to oczywista nieprawda, bo w pierwszej kolejności robi to realizacja w komplecie trzech postawionych przed nim celów. W tym jednego z bonusem. Miał wygrać baraż ze Szwecją, utrzymać się w Lidze Narodów (zrobił to gwarantując przy okazji pierwszy koszyk w eliminacjach mistrzostw Europy) i wyjść z grupy na mundialu. Nikt w momencie podpisywania kontraktu nie wymagał od niego zrobienia tego w dobrym stylu ani przy braku udziału czynnika, na który nie ma wpływu – w tym wypadku szczęścia. Nikt nie określił fatalnych statystyk z WyScouta jako dyskwalifikujących. Michniewicz zrealizował zatem cele z efektem ubocznym, jakim było narodowe wywołanie bólu zębów, ale – no właśnie – zrealizował. Inna sprawa, że na tak krótkim dystansie i przy nagromadzeniu tak ważnych meczów, w których najłatwiejszym przeciwnikiem była Walia – skądinąd także finalista mistrzostw świata – wymaganie pięknego stylu mogło być próbą z gatunku łapania zbyt wielu srok za ogon.

Jeśli Michniewicz zostanie na stanowisku, to pierwsza rzecz, jaka musi się zmienić, a ocenę tej zmiany trzeba będzie wystawić po eliminacjach Euro, nie po samym turnieju. Inaczej ten mariaż nie będzie miał większego sensu.

Michniewicz od początku przyjął zasadę robienia wszystkiego po swojemu, bo też nie dostał żadnego odgórnego ograniczenia. Stąd na każdą pozycję, gdzie miał do wyboru zawodnika technicznego lub walczaka, wybierał tego drugiego. Gdyby Jacek Góralski był zdrowy, to on pojechałby w miejsce Damiana Szymańskiego, a Kacper Kozłowski zostałby zepchnięty jeszcze niżej w rankingu. Same powołania pokazały – gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości – jak będzie wyglądać gra Polaków na mundialu. Jeśli mam mu coś za złe, to nawet nie styl jaki obrał – dla niego jak się okazało był on zwycięski – co przekonanie dużo lepszych piłkarzy niż tych z Meksyku, że są od nich gorsi. Że są gorsi od Arabii Saudyjskiej. Że w obu przypadkach mieli zagrać w meczach, które rzekomo można wygrać tylko sposobem, a nie umiejętnościami. Fruwająca piłka nad głową Piotra Zielińskiego, była uwłaczająca nie tylko dla widza, ale dla samego piłkarza tej klasy. Nigdy się nie przekonamy, czy inna wizja doprowadziłaby do zwycięstwa z Meksykiem lub chociaż do wyjścia z grupy z takim samym dorobkiem, za to z większą przyjemnością dla wszystkich, ale Michniewicz wcale nie musi dążyć do odpowiedzi. On swoje zrobił. Dostał do ręki karty i mimo perturbacji wygrał wszystkie rozdania.

Cezary Kulesza musi zmienić myślenie

Skandalem nie będzie, jeśli obecny selekcjoner po zrealizowaniu trzech i pół zadania z trzech wyznaczonych pozostanie na stanowisku – mam przeczucie graniczące z pewnością, że tak się stanie, choć sam nie wiem, czy to dobrze – a jeśli od PZPN-u nie dostanie nowego celu. Wywalczenia przepustki na mistrzostwa Europy przy widocznym progresie w grze zespołu i dostosowaniu stylu do stanu posiadania. Sam awans nie może być celem. Patrząc na siłę naszej grupy, liczbę drużyn z niej awansujących i pewne miejsce w barażu, nawet gdyby nie udało się wejść na Euro od frontu, awans jest oczywistością, a każdy wynik poniżej to nie tyle brak zrealizowanego zadania, a kompromitacja. Polska jest wśród najlepszych drużyn Europy, gdybyśmy zrobili ranking awansów na wielkie turnieje. W XXI wieku mamy ich znacznie więcej niż Szwajcaria, Ukraina, Dania, Czechy czy Turcja. Dokładnie tyle samo co Holandia. Do pewnego momentu jeśli wygrywaliśmy eliminacje, to słusznie rzucając wszystkie siły na wynikozę, nie rozwój zespołu mogący zapewnić sukces na turnieju. Teraz nie jesteśmy już w takiej sytuacji. Obecne eliminacje dają ogromny margines błędu, że przypomnę drogę porównywalnej do nas Austrii na poprzednie Euro. Drogę rozpoczętą od dwóch porażek, a zakończoną awansem na kolejkę przed końcem.

Piłkarze nie powinni rządzić trenerem, ale w tym przypadku oni niemal jednogłośnie mówią oczywistości – mając grupę dość uznanych w Europie zawodników, w większości przyzwyczajonych w klubie do gry na połowie rywala, nie zaś kurczowo trzymających się własnej, brak korzystania z ich umiejętności jest świętokradztwem. Na mundialu mogło to przejść, bo od wyrabiania stylu jest czas między turniejami. Ale właśnie nadchodzi ten drugi okres. Nie wyobrażam sobie, by selekcjoner – ktokolwiek nim będzie – nie został rozliczony także z tego, czy jego zespół zrobił krok do przodu.

Choć i ładna gra w eliminacjach przy podejściu Michniewicza do turnieju nie gwarantuje innego obrazu Polski na Euro.

Jerzy Brzęczek i Czesław Michniewicz. Dlaczego to nie jest to samo

Porównywanie Michniewicza do Jerzego Brzęczka nasuwa się samo, a niektóre liczby zdają się iść z nim pod rękę. Jak choćby bilans w Lidze Narodów: dwa zwycięstwa z najsłabszą drużyną w grupie, jeden remis z faworytem i trzy porażki z pozycji underdoga. U obu trenerów przebiegło to identycznie, podobnie jak sam sposób gry. Ba, u Brzęczka był nawet bardziej zaawansowany, bo jednak poprzedni selekcjoner próbował – choć bez skutku, ale jednak – grać krótką piłką i wyprowadzać akcje od własnej bramki. Podstawowa różnica polega na tym, że Brzęczek na rozwój drużyny dostał 2,5 roku, podczas których zagrał łatwe eliminacje i dwie Ligi Narodów. Michniewicz pracuje od 10 miesięcy, ale właściwie tylko na czerwcowym zgrupowaniu naprawdę dostał czas na budowę. Poza tym grał same ważne mecze, których po prostu nie mógł przegrać.

Brzęczek został zwolniony, bo dłuższa perspektywa przekonała Zbigniewa Bońka, że próżno szukać nadziei, skoro szukając najlepszych meczów tego szkoleniowca, cofaliśmy się o kilka lat do spotkania w Bolonii lub do meczu z Izraelem w Warszawie. U Michniewicza wciąż nie wiemy, jak kadra zagra, gdy zacznie się od niego wymagać czegoś więcej niż wyniku. Bo jak się skończy wymaganie wyłącznie wyniku wiemy po obejrzeniu fazy grupowej obecnego mundialu.

Domyślać się możemy też, kto, jeśli nie Michniewicz. Żelaznym faworytem wydaje się być Andrij Szewczenko. Pierwsze kuszenie odbyło się już kilka miesięcy temu, wzajemny szacunek między nim, a Kuleszą został wypracowany, a i bariera językowa w tym przypadku nie istnieje. Czynnikiem na plus mogą być do tego relacje Szewczenki z Robertem Lewandowskim, można powiedzieć – przyjacielskie.

Co naprawdę chciał przekazać Lewandowski

Robert Lewandowski w moim odczuciu wcale nie próbował zwolnić Czesława Michniewicza. Będąc tyle lat przy kadrze, widziałem różne emocje u kapitana kadry. Na moich oczach zwalniał Franciszka Smudę, udzielając m.in. mnie wywiadu po meczu z Czechami na Euro 2012 i brutalnie się po Smudzie przejeżdżając. Widziałem go też wściekłego po awansie na mistrzostwa świata w Rosji, gdy mając w tle świętujących kolegów, wylał masę żalu na nieodpowiedzialność tej reprezentacji (Polska wygrała decydujący mecz z Czarnogórą 4:2, strzelając dwa gole w końcówce. Wcześniej w błyskawiczny sposób roztrwoniła przewagę 2:0). Widziałem też akceptację porażki na Euro 2020, gdy całym sobą przemawiał w ten sposób, że dało się odczuć jego przekonanie o podążaniu w dobrym kierunku. Po meczu z Francją przyszedł do mixed zony w nie najgorszym nastroju.

To nie była twarz człowieka domagającego się zmian, co w sumie potwierdzają późniejsze doniesienia o bardzo dobrych relacjach z Michniewiczem podczas ostatniej wieczerzy w hotelu. Raczej przedstawiającego dalsze warunki współpracy. Jeśli obecny selekcjoner je zaakceptuje, ta wciąż może być owocna. Jeśli nie, na pewno nie ułatwi sobie kontraktowych negocjacji oraz sytuacji po eliminacjach – jeśli zostaną wygrane w stylu znanym z meczów z Meksykiem, Arabią Saudyjską i Argentyną. Przez Piotra Zielińskiego frustracja też nie przemawiała. To był apel, nie żądania. Lewandowski otrzymał także pytanie wprost, czy jego zdaniem Czesław Michniewicz wciąż powinien prowadzić kadrę. Dyplomatyczna odpowiedź bez wahnięcia w którąkolwiek ze stron zakończyła ten wątek. Po późniejszych informacji o bardzo dobrych relacjach obu panów podczas kolacji nawet się dziwiłem, że nie było choć drobnego elementu wsparcia. Teraz uważam, że wsparcie jest bardzo możliwe, ale zależy od owoców pomundialowej rozmowy.

Przyjaciele i wrogowie

Sam Michniewicz – pisałem o tym w dniu meczu z Francją – końcówką mundialu wydawał się zmęczony. Nie samym pobytem w Katarze, a mnożącymi się pytaniami o styl gry. Miał dość, ucinał wątki, ironizował, czy wręcz dziennikarzy – to dobre słowo – opieprzał. Ze swojego atutu, jakim zawsze była komunikacja, uczynił wadę. Nie zmienił się za bardzo od czasu pamiętnego wywiadu z Jackiem Kurowskim, gdy neutralnie pytającemu dziennikarzowi zarzucił podkładanie kłód pod nogi. Jego zachowanie coraz mocniej zaczęło przypominać to z Hejt Parku, gdy – nomen omen – na hejt pod swoim adresem odpowiedział hejtem. W każdym pytaniu, które miało namiastkę nie tyle krytyki, co wątpliwości, dopatrywał się niechęci i podstępu. Powtarzał do dziennikarzy wielokrotnie, by spokojnie zajmowali się swoją pracą, zapominając, że zadawanie pytań – także niewygodnych – nią jest. Na pierwszej konferencji prasowej w styczniu błyskawicznie uciął wątki ze swojej przeszłości, prosząc o zostanie w rejonach bardziej związanych ze sportem. Na mundialu z tych rejonów także zaczął dziennikarzy eksmitować. W przyjaciołach widział przyjaciół, w osobach w stosunku do niego neutralnych, chcących jedynie odpowiedzi na normalne pytania – wrogów. Jerzy Brzęczek dostał kiedyś zadanie od Zbigniewa Bońka – unormowania kontaktów z mediami. W przypadku Michniewicza na razie takiej potrzeby nie ma, ale wiele wskazuje, że wkrótce to się może zmienić.

Komentarze