Olkiewicz w środę #40. A może nam też się coś od futbolu należy?

Robert Lewandowski
Grzegorz Wajda Na zdjęciu: Robert Lewandowski

36 lat minęło od spektakularnego występu Ernesta Wilimowskiego przeciw Brazylii na pamiętnym mundialu w 1938 roku, do naszego najbardziej udanego turnieju w 1974 roku. Następne 12 lat możemy spokojnie nazwać złotą erą, zwłaszcza, że wraz z sukcesami reprezentacji, bardzo przyzwoicie radziły sobie kluby. Później, od 1986 roku, w kwestii mundiali byliśmy raczej jak Karol Linetty – dyskretny widz, kibic, ewentualnie wielki lub nie do końca wielki nieobecny. Dziś, w dniu meczu o wszystko z Argentyną, w dniu meczu o wyjście z grupy, zaczynam się zastanawiać – a może po tych 36 latach teraz futbol coś nam wreszcie odda?

  • Futbol ma to do siebie, że raz na jakiś czas oferuje przepiękną historię nawet totalnym outsiderom, którzy robią wynik ponad stan
  • Dla niektórych reprezentacji tą nieprawdopodobną historią jest choćby awans na dużą imprezę czy pojedynczy punkt na takim turnieju
  • 40 milionów głów, sport narodowy, wieczna wiara – czy to nie wystarczy, by raz na 40 lat coś tym kibicom zaofiarować?

Polska – Argentyna: to ten moment?

Zazwyczaj w takich momentach jak ten byłem niepoprawnym wręcz pesymistą – co zresztą pozwalało mi potem uchodzić za eksperta w oczach znajomych. Mordo, jakim cudem przewidziałeś, że Kolumbia klepnie nas aż trzema golami? Jak udało ci się odgadnąć, że ta doskonała maszyneria Franciszka Smudy nie zdoła przebrnąć przez “grupę życia” na Euro 2012? Dlaczego od początku sceptycznie podchodziłeś do ekspertów, którzy lekceważyli Ekwador?

Nie powiem, było to jakieś otarcie łez, może poza okresem, gdy kadrę zohydzono mi na tyle, że ciężko mi było w ogóle wykrzesać emocje w trakcie jej spotkań. Euro 2012 spędziłem krążąc po Polsce w poszukiwaniu przygód, mecze oglądałem jednym okiem, pierwszej połowy inauguacji – wcale, sprawdzałem jak wyglądają ulice Łodzi w trakcie takiej imprezy, czy faktycznie cały naród jest przed telewizorami lub telebimami. Ocierać łez nie musiałem, bo to, jaki cyrk zrobiono z reprezentacją Polski, od prezesa Laty, po niektórych jej zawodników, wykluczyło jakikolwiek emocjonalny związek z tą quasikadrą quasinarodową. W 2018 jednak, po wielkim rozbudzeniu nadziei w postaci Euro 2016, faktycznie: wygrane kupony u buka, szacunek znajomych i wysokie miejsca w typerkach pozwalały przełknąć gorycz porażek z Senegalem i Kolumbią.

Nie będę ukrywał, pewnie nauczył mnie tego mój ŁKS, jeśli umiejętność godzenia się z porażkami powodowałaby jednoczesny wzrost mięśni, nasze mecze przypominałyby słynne zebrania “Russia Hate Club” z youtubowego mema – banda kulturystów, którzy ledwo mieszczą się w drzwiach. Cenne doświadczenie z licznych klubowych rozczarowań pozwalało łatwiej godzić się z reprezentacyjnymi rozczarowaniami. Liczne rozjazdy oczekiwań i rzeczywistości przygotowały na beznamiętne witanie kolejnych takich rozjazdów, zresztą też przez Biało-czerwonych, tylko z Orłem, a nie przeplatanką na piersi.

Czesław Michniewicz: nie będziemy się cały czas bronić
Czesław Michniewicz

– Argentyna w powszechnej opinii jest faworytem, ale my tak do tego nie podchodzimy. My też jesteśmy mocni. I nie zamierzamy się cały czas bronić – powiedział na konferencji prasowej Czesław Michniewicz. Zdaniem selekcjonera reprezentacji Polski co najmniej “pół świata” będzie oglądać mecz Polski z Argentyną ze względu na marki ich kapitanów – Od osiemnastu

Czytaj dalej…

Przed tym sezonem – i jednocześnie przed tym turniejem – miałem identyczne przeczucia. ŁKS będzie się bił o utrzymanie. Polska po oklepie od Meksyku i remisie z Arabią Saudyjską, z Argentyną będzie już głównie próbowała uniknąć blamażu. Wszystko będzie źle, nic się nie uda, będziemy walczyć o przetrwanie, a potem zresztą żałować, że przetrwaliśmy – bo co to w sumie za trwanie, w środku I ligi, czy w roli wiecznego rozczarowania międzynarodowej piłki.

Los czasem po prostu oddaje

Nie ukrywam – przy ŁKS-ie jestem jeszcze ostrożny, do naprawdę bezpiecznego utrzymania brakuje jeszcze czterech, może nawet sześciu punktów, więc szampany otworzę najwcześniej w drugiej kolejce rundy wiosennej. Przy Polsce jednak… Kurczę, zaczynam wierzyć. Nie na zasadzie: Glik notuje świetny mundial, jest zdrowy, wypoczęty, wybiegany, czemu właściwie nie miałby zatrzymać Messiego. Nie, to jest wiara zupełnie innego rodzaju, to jest wiara ucznia, który na sześciu kolejnych kartkówkach w formie testu dostawał jedynki i teraz zaryzykował: zaznaczył same odpowiedzi A. Noż kurde, kiedyś w końcu musi wystarczyć, kiedyś w końcu szczęście musi się uśmiechnąć. Kiedyś rzucisz tą kostką do gry i wypadnie szóstka. Może nie za pierwszym, drugim czy osiemnastym razem, no ale kiedyś wypadnie.

Ostatnio rozmawiałem o tym z Leszkiem Milewskim w jednym z programów. Praktycznie każdy uczestnik każdego większego turnieju “coś” przeżywa. Weźmy taką Rosję, która piłkarsko nie jest wcale większym zespołem niż my. Ale raz jej się przyfarciło, raz trafiła na nieskuteczną Hiszpanię na swoim domowym turnieju i ćwierćfinał machnęła, historię napisała. Cztery lata wcześniej Meksyk wyszedł z grupy śmierci z Brazylią i Kamerunem, w ostatnim meczu o awans oklepując 3:1 Chorwację. Na tym samym turnieju Chile ograło Hiszpanię i też przeszło do dalszej fazy. Grecji już nie chcę odświeżać, bo to totalny banał, ale skoro już mi Grecja do głowy wpadła – czy swojej wielkiej chwili nie miała nawet Kostaryka, grająca w najlepszej ósemce świata? To są te “małe” sukcesy, celowo pomijam takie rajdy jak Chorwatów po dwa mundialowe medale, jak Turków z brązem czy – w tym samym turnieju – Koreę Południową w półfinałach.

Nigdy nie skreślaj zespołów z psychologiem. Mundialowy blog Olkiewicza #10
Mundialowy dziennik Jakuba Olkiewicza

Za nami druga kolejka fazy grupowej, za nami najbardziej intensywny czas związany z mistrzostwami świata. Wczoraj po raz ostatni mogliśmy w pełni poczuć mundial – bo ten mundial pełną piersią, mundial stuprocentowy, to czas, gdy każdego dnia możesz oglądać po trzy czy cztery mecze, jeden po drugim, gwizdek po gwizdku. Od dziś mistrzostwa redukują bieg,

Czytaj dalej…

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej się boję że zostaliśmy sami na placu boju. Każdy, dosłownie każdy przez te 40 lat miał jakieś swoje mniejsze czy większe historie, jakieś momenty większej czy mniejszej chwały. Psia krew, Walia, przez lata marnotrawiąca potencjał swojego największego piłkarza, Ryana Giggsa, po zakończeniu przez niego kariery doczekała się Garetha Bale’a i półfinału Mistrzostw Europy. Jak ktoś – jak Czesi – nie ma czym się pochwalić na mundialach, to często ma jakąś ładną kartę w Euro. I nie tylko ćwierćfinał, jak my w 2016 roku.

40 milionów serc. Sport narodowy. Tysiące kibiców tydzień w tydzień na stadionach, milionowe budżety już nie tyle klubów, co akademii największych spośród Big Six. Lata pozytywnych wzorców, od trójki w Borussii, po Lewandowskiego i Zielińskiego rozsadzających dwie z czterech najlepszych lig świata. Tysiące orlików, szkółek, przedszkoli, podwórek. Rany, nawet w FIFA i Football Manager wymiatamy, nasza scena jest bardzo mocna również w kultowych pozycjach jak Sensible czy CM01/02. Mury największych miast szczelnie zabazgrane napisami o piłkarskich klubach, wydajemy na oprawy więcej niż niektóre nacje na pensje w swoich pierwszoligowych zespołach. Teraz z kolei jest nie tylko mocne pokolenie, nie tylko trener, który nieźle zaplanował pierwszą fazę mundialowej walki, nie tylko najlepszy piłkarz w naszej historii, ale jeszcze bardzo logiczne obudowanie go kilkoma mocnymi nazwiskami. Ogółem zaś jesteśmy na turnieju, gdzie nawet słabsze reprezentacje jak Japonia czy Arabia Saudyjska są w stanie ścinać głowy królom. Argentyna gra kiepski turniej, naprawdę jesteśmy w stanie ją trzasnąć czy chociaż zremisować, a wówczas, wygrywając grupę, w teorii mamy rywala w zasięgu w walce o ćwierćfinał. 

Mamy to wszystko, to jest ten wielki wymarzony moment, ba, przecież gdyby Lewandowski zrobił to, co robi 9 razy na 10 prób, to pewnie już byłoby po robocie. A tak? Na mapie świata nadal pozostajemy jakąś kuriozalną białą plamą, która nie daje nawet chwili wytchnienia, nawet momentów radości.

Czy my naprawdę jesteśmy jakimś narodem wyklętym, jakąś nacją zapomnianą przez futbolowych bogów, za to skrzętnie doświadczaną przez futbolowe demony? Czy naprawdę prawie każdy w Europie czy nawet na świecie zasłużył sobie choćby na cień uśmiechu przy okazji większych imprez, poza nami? Czy naprawdę nie możemy raz na 40 lat czegoś przyjemnego doświadczyć, z czymś przyjemnym mieć styczność?

Ech, formułując te pytania pobrzmiewała mi w głowie odpowiedź: no zgadza się, to właśnie o nas, to właśnie my, nigdy weseli, zawsze smutni. Ale kiedyś chyba los się musi odmienić, a jeśli musi – to czy teraz nie jest najbardziej dogodny moment?

Bo jest, prawda? Prawda?

Zobacz także: Polska – Argentyna: typy, kursy, zapowiedź

Komentarze

Na temat “Olkiewicz w środę #40. A może nam też się coś od futbolu należy?