W ciemno z Marcinem Ryszką #5: Prywatny kapitał poradzi sobie sam

Zegarki możemy regulować nie według słońca, a według cyklu olimpijskich rozczarowań. Co dwa lata – na zmianę latem i zimą – w narodzie budzi się ten sam demon. Zapala się znicz, siadamy przed telewizorami z oczekiwaniami napompowanymi do granic możliwości, a kilka tygodni później chóralnie załamujemy ręce.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Znowu mało medali, znowu w klasyfikacji generalnej wyprzedzają nas kraje, o których istnieniu niektórzy przypominają sobie dopiero podczas ceremonii otwarcia. Mam w ogóle wrażenie, że świadomość nas kibiców jest o wiele większa jeśli chodzi o sporty letnie porównując to do rywalizacji w sportach zimowych, ale to może tylko moja subiektywna opinia.

Po zakończonych zimowych igrzyskach z jednej strony mamy piękne historie jak np. zdobycie trzech medali przez Kacpra Tomasiaka. Z drugiej zapamiętamy wiele historii jak np. dziewięcioletnie sanki na których startowali nasi reprezentanci, czy wylewanie swoich frustracji przez sportowców, którzy bardzo często w wywiadach po startach opowiadali o warunkach w jakich musieli się przygotowywać do startów. Teraz trwa wielki sezon na zapowiedzi, obiło mi się o uszy, że powstanie tor saneczkowy za sto dwadzieścia milionów złotych. Myślę, że takich zapowiedzi pojawi się jeszcze o wiele więcej. Pytanie czy kiedyś po za słowami powstanie realny plan żeby poprawić ogólny poziom sportu w naszym kraju? Czy musimy działać w stylu pospolitego ruszenia?

A potem znicz gaśnie. Larum cichnie. Wracamy do naszej szarej, sportowej rzeczywistości, w której publiczne miliony płyną szerokim strumieniem. Tyle że nie tam, gdzie powinny.

Miejskie respiratory dla zawodowego futbolu

Zastanówmy się przez chwilę, czym właściwie jest zawodowy klub piłkarski. To przedsiębiorstwo rozrywkowe. Biznes, który ma generować emocje, przyciągać sponsorów, sprzedawać koszulki i prawa do transmisji. Dlaczego więc w Polsce wciąż traktujemy profesjonalną piłkę nożną jak dobro użyteczności publicznej, pokroju komunikacji miejskiej czy wodociągów?

Krzywym zwierciadłem polskiego sportu są samorządy, które lekką ręką ładują miliony złotych z kieszeni podatników w utrzymanie ekstraklasowych, a nierzadko i pierwszoligowych drużyn. Przykłady Wrocławia czy Katowic to tylko wierzchołek góry lodowej. Miasta pompują potężne kwoty w spółki, które potem przeznaczają te publiczne środki na lukratywne kontrakty dla przeciętnych, często zagranicznych zawodników. Płacimy podatki po to, by miasto mogło sfinansować pensję rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie kopaczowi, który potyka się o własne nogi na ligowych boiskach. To nie jest inwestycja. To jest przepalanie pieniędzy w piecu.

Tymczasem spójrzmy na szczyt tabeli i na to, kto w ostatnich latach zdobywał mistrzostwo Polski. Jagiellonia Białystok, Raków Częstochowa, Lech Poznań, Legia Warszawa. To projekty napędzane i zarządzane w głównej mierze przez kapitał prywatny. Właściciele tacy jak Dariusz Mioduski, Piotr Rutkowski, Michał Świerczewski czy rosnący w siłę inwestorzy w Widzewie Łódź ryzykują własnymi majątkami. Jarosław Królewski, sternik krakowskiej Wisły, wielokrotnie i bardzo słusznie krytykował to zjawisko. Trudno mu się dziwić. Jak prywatny inwestor, który każdą złotówkę musi oglądać z dwóch stron przed jej wydaniem, ma na dłuższą metę rywalizować z klubem podłączonym pod bezdenną, miejską kroplówkę? To zaburzenie elementarnych zasad wolnego rynku i uczciwej, sportowej konkurencji.

Gdzie podziały się baseny i boiska?

Argument samorządowców zawsze brzmi podobnie: „klub to promocja miasta”. Trudno o większą bzdurę. Prawdziwą promocją miasta i najlepszą inwestycją w jego przyszłość nie jest logo na koszulce zawodnika, który za pół roku rozwiąże kontrakt za porozumieniem stron. Prawdziwą inwestycją jest infrastruktura, w której mogą rodzić się przyszli mistrzowie.

Jesteśmy krajem, w którym żyje blisko 40 milionów ludzi. Potężny europejski naród. A jednak w wielu dyscyplinach na arenie międzynarodowej wciąż wyglądamy jak ubodzy krewni. Trafia mnie szlag, kiedy uświadamiam sobie, że tak ogromne miasto jak Kraków do dzisiaj nie doczekało się prawdziwego basenu olimpijskiego. Jak w takich warunkach mamy wychowywać następców Otylii Jędrzejczak? Ostatni medal olimpijski w pływaniu zdobyliśmy ponad dwie dekady temu. Ponad dwadzieścia lat! To całe pokolenie zawodników, którzy musieli borykać się z brakiem torów, brakiem odpowiednich obiektów. Infrastruktura to fundament. Bez niej budujemy sportowy dom od komina. Zdaje sobie sprawę, że takich przkładów jak pływanie mam wiele w naszym kraju.

Epidemia zwolnień, czyli śmierć wychowania fizycznego

Brak odpowiednich obiektów to jednak tylko jedna strona medalu. Druga, znacznie mroczniejsza, to to, co dzieje się ze sportem młodzieżowym u samych podstaw – w szkołach. Chcemy sukcesów, a jednocześnie jako społeczeństwo akceptujemy fakt, że lekcje wychowania fizycznego stały się w Polsce fikcją.

Sport młodzieżowy i szkolny WF zostały zepchnięte na absolutny margines edukacji. Dzieci masowo przynoszą zwolnienia lekarskie, uciekając od najprostszego wysiłku. System nie zachęca. Zamiast zaszczepiać pasję do ruchu, budować zdrowie, charakter i nawyk rywalizacji, tworzymy pokolenie, dla którego wejście na drugie piętro staje się wyzwaniem wytrzymałościowym. Pamiętam, że moi nauczyciele wychowania fizycznego cieszyli się u mnie wielkim autorytetem przed którymi czułem wielki respekt. Nie raz kiedy mieszkałem w internacie i nie chciało mi się iść na basen trener wpadał do pokoju, brał mnie za szmaty i nie było zmiłuj. Jak napisałem powyżej sport uczy rywalizacji. Sam zastanawiam się gdzie powinna być postawiona granica, kiedy grać o wynik, a kiedy powinien on przechodzić na drugi plan. Sam nie jestem wstanie znaleźć złotego środka, ale myślę że to temat na zupełnie inny felieton.

Genialne anomalia czy owoce systemu?

W tym miejscu rodzi się pewien potężny dysonans. Bo przecież co jakiś czas na naszym sportowym podwórku pojawiają się gwiazdy światowego formatu.  Takie indywidualności jak Adam Małysz, Robert Lewandowski, Iga Świątek, Natalia Bukowiecka czy Justyna Kowalczyk. Oklaskujemy ich, pękamy z narodowej dumy, a politycy chętnie grzeją się w blasku ich medali.

Tylko pojawia się jedno zasadnicze pytanie: czy tych gigantów sportu stworzył przemyślany, funkcjonujący w Polsce system, czy my po prostu co jakiś czas mamy ogromne, niewytłumaczalne szczęście? Sam nie znam na to jasnej odpowiedzi, tylko głośno się nad tym zastanawiam. Patrząc jednak na to, jak wyglądają fundamenty naszego sportu, jak traktowany jest WF i infrastruktura młodzieżowa, trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie system produkuje mistrzów. Nasi mistrzowie rodzą się raczej systemowi na przekór – dzięki tytanicznej pracy własnej i ogromnemu poświęceniu swoich rodziców. Są pięknymi, genialnymi anomaliami w morzu przeciętności.

System, nie zryw

Dopóki nie zrozumiemy, że sport to naczynia połączone, do tej pory będziemy daleko w medalowych klasyfikacjach.  Nie da się stworzyć mistrza z powietrza i czekać wyłącznie na kolejny cud i uśmiech losu.

Potrzebujemy systemowego podejścia, a to wymaga odważnych, niepopularnych politycznie decyzji. Wymaga od samorządowców powiedzenia „dość” zawodowym klubom i zakręcenia kurka z publicznymi pieniędzmi. Zamiast płacić za wątpliwej jakości rozrywkę dla kilku tysięcy kibiców na stadionie, te miliony złotych powinny trafiać na budowę orlików, pełnowymiarowych pływalni, hal lekkoatletycznych. Powinny iść na dofinansowanie pensji dla trenerów młodzieży i nauczycieli WF-u, by ci wreszcie mieli narzędzia do pracy. Mamy przecież przykłady w naszym kraju – jak siatkówka – gdzie potrafimy utrzymywać się w czołówce światowej już od wielu lat.

Prywatny kapitał poradzi sobie sam. Inwestorzy, tacy jak np.  w Rakowie czy Lechu, udowadniają, że w Polsce da się robić profesjonalną piłkę za prywatne pieniądze i osiągać sukcesy. Rola państwa i miasta powinna kończyć się tam, gdzie zaczynają się komercyjne kontrakty zawodowców, a zaczynać tam, gdzie w starych, dziurawych trampkach biega dziesięciolatek, w którym tli się talent na miarę mistrza świata.

Dopóki tego nie zmienimy, nadal będziemy narodem kanapowych ekspertów, narzekających, że znowu nam nie wyszło. Ale żeby wyszło, najpierw ktoś musi mieć gdzie i za co trenować. I z pewnością nie jest to podstarzały  piłkarz z kontraktem finansowanym z naszych podatków.

Spotkanie z dziećmi i strach przed telewizorem.

Na koniec jak zwykle coś wesołego. Co jakiś czas zdarza mi się być zaproszonym na wizytę w przedszkolu. Spotykam się wtedy z dzieciakami, opowiadam im jak można żyć jako osoba niewidoma. Dzieci jak to dzieci, zadają bardzo różne pytania, zawsze jest mnóstwo śmiechu. Na koniec jednego z takich spotkań podszedł do mnie chłopiec i mówi:

Fajnie, że pan do nas przyszedł. Już teraz będę słuchał mojej mamy, bo ona zawsze na mnie krzyczy żebym nie oglądał tyle bajek, bo popsują mi się oczka. A pan to pewnie dużo oglądał co?

Do następnego piątku.

Marcin Ryszka