Sukcesy Maroka przemyciły tony polityki do sportu

Maroko na MŚ
PressFocus Na zdjęciu: Maroko na MŚ

Gdy w Europie jakiś kraj zgłasza swoją kandydaturę, jest masa ludzi, którzy twierdzą, że warto pieniądze przeznaczyć na coś innego. A w Maroku ostatnie badania pokazały, że społeczeństwo, mimo że zdaje sobie sprawę, jak to jest droga impreza – ta miałaby pochłonąć 16 proc. ich PKB – w 97 procentach jest za tym, by mistrzostwa świata zorganizować! Oni są głodni piłki w maksymalnym stopniu. A teraz, gdy są sukcesy, tym bardziej. Piłka w Maroku jest religią – mówi w rozmowie z Goal.pl Michał Banasiak, specjalista od polityki w sporcie, współpracownik m.in. Tygodnika Wprost i Forbesa.

  • Sukcesy Maroka wychodzą daleko poza sport
  • W rozmowie z Michałem Banasiakiem wyjaśniamy, dlaczego tak wiele innych krajów kibicuje drużynie z północy Afryki
  • Mecz Maroko – Francja znów da pożywkę, by dyskutować o polityce

Maroko jako drużyna polityczna

Czy kiedykolwiek wcześniej polityka tak mocno wdarła się do świata piłki, jak obecnie za sprawą reprezentacji Maroka?

Raczej tak, tylko w tej chwili o tym tak mocno nie pamiętamy. Poza tym teraz żyjemy w erze social mediów, gdzie znacznie łatwiej o rozprzestrzenianie się wszelkich politycznych manifestracji na wielkich imprezach. Spodziewam się, że gdyby w 1998 roku istniały takie możliwości, jak obecnie, to mecz Iran – USA z mundialu we Francji zbombardowałby nas polityczną siłą rażenia. Albo rok 1978 i polityczny wymiar występu reprezentacji Argentyny. Mundial z 1934 roku… Zapominamy, co się działo. Pytanie też, co rozumiemy przez wdzieranie się polityki do sportu. Bo w przypadku Maroka wymiar w dużej mierze jest pozytywny. Widzimy jednoczących się mieszkańców świata muzułmańskiego, mieszkańców Afryki, podczas gdy zwykle o upolitycznianiu sportu mówiliśmy w złym kontekście.

W pewien sposób to, co wydarzyło się w Brukseli po meczu Maroka z Belgią, było też upolitycznianiem i to z tej złej strony. Jak człowiekowi wychowanemu w europejskiej cywilizacji wytłumaczyć tamte zdarzenia?

Jestem bardzo daleki od tego, by łączyć zachowania ludzi pod flagami Maroka, bo nie chcę ich nazywać kibicami, ze sportem. To była klasyczna chuliganka, która wykorzystuje piłkę jako pretekst do tego, by poszarpać się z policją. Belgijska policja później tłumaczyła, że de facto część tych grupek zaczepiała funkcjonariuszy już przed meczem. Więc to nie było tak, że ktoś w ten sposób świętował wygraną Maroka. Nieprawdą jest też, że zamieszki się zaczęły, gdy nie został uznany pierwszy gol dla tego zespołu. Natomiast w drugiej kolejności, jeśli chcielibyśmy się doszukiwać jakichś socjologicznych pobudek, była to pewnie forma domowego rewanżyzmu. My teraz pokazujemy tym Belgom, Francuzom czy Hiszpanom, którzy mają tyle za uszami w kwestiach kolonializmu, że jesteśmy lepsi na boisku, więc tak – będziemy to świętować i robić hałas. Ale to według mnie kwestia drugorzędna, bo jak spojrzymy na skalę tych wydarzeń, to w większości były to przejazdy samochodami, trąbienie, machanie flagami i fajerwerki. A do mediów łatwiej przedostają się obrazki z płonącymi ulicami i powybijanymi witrynami.

W Brazylii piłka to religia. Czy w tym momencie w Maroku także?

Nie tylko w tym momencie. Maroko jest zakochane w piłce od dawna i dowodem jest choćby kwestia ubiegania się o organizację mistrzostw świata. Maroko jest krajem, które spośród wszystkich państw bez przyznanego mundialu, najczęściej o ten turniej aplikowało. To było już pięć nieudanych prób, a właśnie szykują się na szóstą w 2030 roku. Warto też spojrzeć na społeczne nastroje. Gdy w Europie jakiś kraj zgłasza swoją kandydaturę, jest masa ludzi, którzy twierdzą, że warto pieniądze przeznaczyć na coś innego. A w Maroku ostatnie badania pokazały, że społeczeństwo, mimo że zdaje sobie sprawę, jak to jest droga impreza – ta miałaby pochłonąć 16 proc. ich PKB – w 97 procentach jest za tym, by mistrzostwa świata zorganizować! Oni są głodni piłki w maksymalnym stopniu. A teraz, gdy są sukcesy, tym bardziej. Piłka w Maroku jest religią i widać to też na co dzień. Wystarczy zobaczyć, jak stadiony żyją podczas meczów miejscowej ligi.

Na co mogą liczyć piłkarze tej reprezentacji po powrocie do kraju? Poza uwielbieniem, które jest tu oczywiste.

Jestem przekonany, że dyskusji o ewentualnych 30 mln dirhamów by nie było. Każdy by był wniebowzięty, że tak wynagrodzono piłkarzy. Chociaż widziałem wpisy marokańskich dziennikarzy, którzy się szczycą, że przynajmniej część zawodników ich reprezentacji gra w niej dla idei. Przekazując wszystkie honoraria na cele charytatywne. I nie potrzebują dodatkowych premii, by się nimi dzielić z potrzebującymi. Poza tym na co mogą liczyć? Na status półbogów, to na pewno.

A nie będzie przesadą, jeśli powiemy, że pierwszy raz w historii mundialu, jakiś kraj zagra o finał nie tylko dla siebie, ale dla dziesiątek innych krajów?

Maroko pewnie gra przede wszystkim dla siebie, a każdy inny chce się pod to podłączyć. Trener Maroka ostatnio uciekał od politycznych pytań, nie chciał być umieszczony na żadnej mapie politycznych rozgrywek. Zwłaszcza, że – zrządzenie losu – mecze tej reprezentacji ułożyły się w ten sposób, że albo gra przeciwko krajom, gdzie jest duża diaspora marokańska, albo takim, z którym mają historyczne zaszłości. Jak Hiszpania lub Francja. A gdzieś do tego podłączają się światy muzułmańskie, arabskie, afrykańskie. Oni się z Marokiem utożsamiają. Co jest jednocześnie pstryczkiem w nos dla świata zachodniego, który świat arabski lubi pouczać i moralizować. Przed mundialem widzieliśmy bardzo ostrą narrację w zachodnich mediach, jeśli chodzi o zwyczaje panujące w Katarze. To się nie podobało całemu światu arabskiemu. Zachód pouczał Katar, ale pouczani czuli się Arabowie ogółem. Mieszkańcy tego świata – nie tylko Katar – stawali w odruchu obronnym i mówili: zaraz, my tu mamy swoje zasady i żyjemy sobie bez was na co dzień, więc nie mówcie nam, jak mamy sobie nasze kraje meblować. I podobny mechanizm działa w przypadku reprezentacji Maroka. Ona urosła do miana drużyny, która reprezentuje całą koalicję antyzachodnią i pokazuje Zachodowi jego miejsce w sportowym szeregu.

To dość spora różnica między światem zachodnim, bo przykładowo, gdyby w finale Maroko miało zagrać z katolicką Argentyną, katolicki świat i tak by się podzielił w kibicowaniu. A arabski się nie dzieli.

Tak to dokładnie wygląda. Arabski świat rządzi się innymi prawami. W naszym wyznawana religia nie ma wpływu, czy komuś kibicujemy mocniej czy nie. Podobnie jak położenie na mapie. Ba, ono przecież jest przyczyną życzenia komuś źle. Brazylijska gazeta na pierwszej stronie przed meczem Polska – Argentyna dała zdjęcie Lewandowskiego stojącego w koszulce podzielonej na pół – częściowo w polskiej, częściowo w brazylijskiej. Co miało zmotywować naszego kapitana do wykopania Argentyny z turnieju. My, Polacy, też równie mocno co własny awans świętowaliśmy brak awansu Niemców. A w krajach arabskich jednym z powodów kibicowania jest poczucie wspólnej przynależności do wspólnoty antyzachodniej – bo nie chcę powiedzieć antychrześcijańskiej. Zachód jest tam postrzegany jako siedlisko demoralizacji, które w dodatku chce położyć łapę na arabskich zwyczajach. Z drugiej strony Islam jest taką religią, która również jednoczy. Pielgrzymi z wielu krajów udają się do Mekki czy Medyny. No i jest jeszcze język. Są oczywiście różne odłamy i dialekty języka arabskiego, ale co do zasady, ludzie z tej części świata są w stanie porozumieć się bez większego problemu.  

Jest jeden kraj arabski, dla którego sukcesy Maroka są szczególnie ważne. Mówi się, że to 33. uczestnik mistrzostw.

Mówisz zapewne o Palestynie. Jeśli mówimy o nie-uczestnikach mistrzostw świata, to nie ma w Katarze drugiego kraju, którego flaga tak często by się tam pojawiała. To też jest kolejny pstryczek w nos dla Zachodu. Katar jest mecenasem sprawy palestyńskiej – przeznacza sporo finansów na szeroko rozumianą pomoc w odzyskiwaniu niepodległości przez Palestynę. I teraz Katarczycy przymknęli oko na to, że flagi Palestyny są obecne na miejscu. I w jakiś sposób zmusili FIFA, by ta też przymknęła oko. Bo niby mamy zakaz manifestacji politycznych i nikt na trybuny nie wnosi na przykład flag z poparciem dla Rosji – mimo że Serbowie z takimi pozowali pod stadionami – a jednocześnie nie ma żadnego sprzeciwu, by na meczach Maroka pojawiła się wielka sektorówka z hasłem “Free Palestine”. Dla Palestyny to jest prime time stworzony w mediach właśnie dzięki wynikom Maroka. To się przebija na cały świat. Zresztą piłkarze marokańscy regularnie po swoich meczach wyciągają flagi Palestyny i wrzucają zdjęcia z nimi na social media. Dzięki temu w Palestynie powstały specjalne strefy kibica, by ludzie tłumnie kibicowali Maroku. I to jest też kolejny dowód, jak rozjeżdżają się narracje oficjalne i te, które prowadzą sami ludzie. Maroko jako jedno z niewielu państw arabskich nawiązało stosunki z Izraelem. To się odbyło wbrew nastrojom społecznym, które w 80 proc. wskazywały, że poparcia dla tej inicjatywy nie będzie.    

Israel Today domagał się, by FIFA ukarała Maroko za świętowanie z flagami Palestyny.

Nie ma na to szans. Jeżeli FIFA miałaby cokolwiek zrobić z tymi flagami i jej by się te flagi nie podobały, to już dawno by zainterweniowała. Tak jak to robiła w przypadku inicjatywy z tęczowymi opaskami, gdy zapobiegawczo informowała o karach, jakie nałoży, gdy ktoś na taką akcję się zdecyduje. Katar najwidoczniej osiągnął z FIFA porozumienie, na mocy którego ta przymyka oko na wnoszenie palestyńskich flag na trybuny. Bo gdyby FIFA chciała, to doprowadziłaby do ich usunięcia. Przecież piłkarze Maroka już po pierwszym zwycięstwie świętowali w barwach Palestyny. Można było ich przywołać do porządku, gdyby tylko była taka wola ze strony światowej federacji. Najwidoczniej nie było.

Co w Izraelu pisze się o sukcesach Maroka?

Dokładnie to, o czym rozmawiamy. Że sukcesy Maroka to sukcesy Palestyny. Nazywane jest to aktami antyizraelskimi. Że to świętowanie jest antyizraelskie. W gazetach po meczach Maroka pojawiają się nagłówki – taki widziałem ostatnio – że arabski nacjonalizm wciąż jest żywy. Jest dużo żalu do organizatorów, którzy nie zapewnili odpowiedniego bezpieczeństwa izraelskim dziennikarzom i kibicom z tego kraju. Narracja idzie bardzo daleko, ale chyba jest to rzecz, do której już się przyzwyczailiśmy w przypadku relacji Izraela ze światem arabskim.

Komentarze