Piłka nożna kocha symboliczne zmiany. Mundialowy blog Olkiewicza #19

Cristiano Ronaldo
PressFocus Na zdjęciu: Cristiano Ronaldo

Nikt nie lubi naciąganych kontynuacji, wymyślanych naprędce sequeli, kolejnych sezonów serialu, który już dawno został zarżnięty przez scenarzystów i znudzonych aktorów. Różne są przyczyny tego przeciągania nieuchronnego i definitywnego końca: czasem to pieniądze, czasem kasa, a czasem po prostu szmal. Oczywiście to duże uproszczenie, ale jednak – w filmie, w grach komputerowych, czasem również w muzyce, pokusa jeszcze jednego i jeszcze jednego skoku na portfele fanów wydaje się silniejsza od przyzwoitości, która nakazywałaby przekierowanie uwagi ku nowym, świeższym projektom.

  • Podczas przedwczorajszego popisu reprezentacji Portugalii zobaczyliśmy jej odmienną twarz – i trudno nie zauważać tutaj wpływu posadzenia na ławce Cristiano Ronaldo
  • Wydawało się, że jeśli ktoś ma oszukać biologię, to właśnie CR7
  • Obserwowanie z bliska, niemal na własne oczy, reakcji gwiazd na mijający czas to uniwersalna lekcja życia

Cristiano Ronaldo w nowej roli

W sporcie niestety bywa podobnie – a najbardziej bolesny widok, gdy na drobne rozmienia się kolejnymi kontynuacjami ktoś wielki, może nawet największy. Michael Jordan po latach przyznawał, że żałuje powrotu na boiska w barwach Washington Wizards. Ciekawy jestem, co po latach powie Cristiano Ronaldo.

Swój reprezentacyjny debiut Goncalo Ramos zaliczył w listopadzie, w trakcie przedmundialowego sparingu z Nigerią. Pojawił się na boisku w 67. minucie, przez trochę ponad dwadzieścia minut zdołał zdobyć swoją pierwszą bramkę w dorosłej kadrze, potem dorzucił do tego również asystę. Z Ghaną, w pierwszej kolejce fazy grupowej, dostał dwie minuty, wszedł w miejsce Cristiano Ronaldo, oszczędzanego już na kolejne spotkania przy ustalonym wyniku – Portugalia prowadziła 3:1. Jasne, potem Ghanie zabrakło nieco dłuższych korków w obuwiu Inakiego Williamsa, który miał na nodze remis, ale w momencie wykonywania zmiany – gwiazdor z boiska schodził, by nie marnować sił na pokonanego rywala. Nieopierzony młodzian pojawiał się na murawie, by łapać cenne doświadczenie w meczu o stawkę.

Wówczas wszystkie nagłówki i tak skradł Ronaldo. Swoim trafieniem z jedenastu metrów zapisał się w historii Mistrzostw Świata jako pierwszy piłkarz, który strzelił gola na pięciu różnych turniejach mundialowych. Cieszyłem się, jak każdy fan Ronaldo, w dodatku dopingujący go w odwiecznej batalii o tytuł największego, toczonej korespondencyjnie z Lionelem Messim. Należał mu się, choćby za te druzgocące zdarzenia w życiu prywatnym, ten moment chwały, gdy znalazł się tam, gdzie najbardziej lubi: w miejscu jeszcze przez nikogo niezdobytym. Ronaldo jak chyba żaden inny piłkarz wcześniej połączył nieprawdopodobną wartość dla zespołu z imponującym pędem do zdobywania indywidualnych szczytów. Jego reakcje, wypowiedzi, nawet sposób prowadzenia kariery w obrębie Realu Madryt, stosunek wobec kolegów, trenerów – Portugalczyk grał w inną grę. I tę grę zwyczajnie ukończył, w wielu rubrykach zapisując się jako “pierwszy w historii, który…” lub “który zdobył najwięcej…”.

Olkiewicz w środę #41. Nie tykaj polskiej piłki, bo cię zmiecie z planszy.
Reprezentacja Polski

Nie jest jakąś wielką tajemnicą, że Mateusz Morawiecki nie należał za młodu do żadnej z grup ultras, w wolnych chwilach zna rozrywki inne niż tryb FUT w FIFA, a wśród licznych swoich tytułów nie posiada licencji UEFA C. Niestety – to widać i czuć, a zdaje się, że jego brak czucia w kwestiach piłkarskich stał

Czytaj dalej…

Niestety, potem był mecz z Urugwajem. Kuriozalna radość po golu Fernandesa, choć Ronaldo musiał mieć świadomość, że piłki właściwie nie dotknął. Potem rzut karny, gdy kapitana nie było już na murawie. Wreszcie totalny absurd, jakim był protest portugalskiej federacji, przeciwko zaliczeniu bramki, rzekomo zdobytej przez Ronaldo, jego koledze z reprezentacji. I jednocześnie byłemu już koledze z klubu. Finisz? Przedwczoraj. Gdy najlepszą grę, najwięcej finezji, jakości i tempa, Portugalia zaoferowała z Ronaldo w roli biernego widza przy linii bocznej. Na murawie błyszczał Ramos.

Piłka nożna kocha symbole, dziennikarze i kibice uwielbiają opowieści, które równie dobrze można byłoby sprzedać w filmach czy książkach. Wydaje mi się, że nie jestem z tym sam, ale transfer Cristiano Ronaldo do Juventusu nie miał w sobie cząstki magii, którą miał transfer Cristiano Ronaldo do Manchesteru United. Ten cały kapitał, doświadczona legenda powracająca na swoje miejsce, na scenę, gdzie na dobre rozbłysnęła gwiazda, to coś, czego nie da się w piłce kupić – trzeba na to uczciwie zapracować meczami, golami, treningami, trzeba to okupić potem, łzami i krwią. Walczysz o ten swój happy end latami, budujesz przystań, do której zawsze możesz zawinąć okrętem, w glorii i chwale niepokonanego zdobywcy. Gdy spoglądam na statystyki Ronaldo z ubiegłego sezonu, zwłaszcza jego wejście do Premier League oraz rozjechanie rywali w fazie grupowej Ligi Mistrzów, widzę właśnie to wymarzone szczęśliwe zakończenie. W kadrze? Przecież Ronaldo to król strzelców Euro 2020, turnieju rozgrywanego tak niedawno, raptem w ubiegłym roku.

Jak to wszystko mogło się tak drastycznie odmienić? Ronaldo zmierzał do piłkarskiego absolutu w kwestii schodzenia ze sceny – w kadrze na szczycie, w klubach – odwrócona droga z pierwszych lat swojej gry. Najpierw sentymentalny powrót do Manchesteru United, potem pewnie zapowiadany od wielu lat przyjazd do Sportingu Lizbona, by zaliczyć jeszcze to miejsce, które go wychowało i wypuściło w świat. Tu wszystko się zgadzało, tu symbolika podpowiadała – będzie jak z Ibrahimoviciem, którego misją było zawsze udawanie boga – co w pełni udało się i w Los Angeles, i teraz, w Mediolanie, gdzie kompletnie odmienił mentalność całej drużyny, a może i całego klubu. Ronaldo zawsze chciał pełnić rolę niezmordowanego lidera. I miał do pełnienia tej roli idealne środowiska, w idealnych momentach swojego schodzenia ze sceny. Najpierw na Old Trafford, potem – w niedalekiej przyszłości – na Estadio Jose Alvalade. Układało się świetnie – aż do momentu, gdy ego nie zaakceptowało słabnącej pozycji w Manchesterze United. Gdy ciało nie zaakceptowało, że dalszy szczęśliwy ciąg tej historii musi mieć miejsce w lidze innej, niż angielska.

Czy to nie był moment, by po prostu wrócić do Lizbony, zamiast tej wielopoziomowej katastrofy, zakończonej rozwiązaniem kontraktu? Czy to nie był moment, by uznać własne ograniczenia w tych cholernie wymagających warunkach, jakie tworzy najbardziej intensywna liga świata? Nie wiem, może Ronaldo jeszcze wyprowadzi mnie z błędu, przejedzie do finału na hat-trickach, a w finale zgarnie tytuł G.O.A.T. dokładając do kolekcji ostatni brakujący i jemu, i Messiemu, tytuł. Natomiast na ten moment, gdy dochodzą do nas pogłoski o dogadywaniu kontraktu w Arabii Saudyjskiej, umów z klubami w Europie, które kiedyś pewnie nie ośmieliłyby się w jego kierunku spojrzeć…

Dewastacja historii

Pamiętam, gdy pierwszy raz miałem okazję obejrzeć cmentarz 1 listopada, w godzinach wieczornych. Morze zniczy, kwiatów i ludzi, atmosfera właściwie mistyczna, lata dziewięćdziesiąte, a więc jeszcze przed hipermarketyzacją tego święta. Dla mnie klimat tamtego miejsca w tamtych dniach był niemal namacalnym dowodem na kontakt z tym innym, daj Boże, lepszym światem. Gdy teraz widzę już nie tylko obwarzanki, hamburgery, hot-dogi i baloniki, ale nawet pieski, samochodziki oraz inne zabawki w bezpośrednim sąsiedztwie cmentarnego muru, mam wrażenie, że tę nić zerwano. Że to, co wydawało się boskie, jest jednak bardzo, bardzo przyziemne, albo przynajmniej my, ludzie, ten mistycyzm zamieniliśmy na sos czosnkowy.

Ronaldo w przypadkowym klubie, czy to będzie Arabia Saudyjska, Katar, czy jakiś egzotyczny klub w Europie, gdy była szansa na tak piękne puenty, to dla mnie dewastacja historii niemal tak destrukcyjna, jak wspomniana ewolucja cmentarnego handlu.

Wczoraj Ronaldo otrzymał zasłużone owacje, publika zareagowała niemal histerycznie na moment, gdy wreszcie pojawił się na murawie. Ale trzy gole i asystę zaliczył nie Cristiano Ronaldo, rocznik 1985, ale Goncalo Ramos, rocznik 2001. Dwa lata i dwa miesiące miał malutki Goncalo, gdy CR7 zaliczał swój reprezentacyjny debiut.

Zobacz również: Co się dzieje z Cristiano Ronaldo?

Bardzo się boję tego, co będzie dalej. Jeśli Ronaldo bezrobotny, Ronaldo rozżalony u Piersa Morgana, Ronaldo negocjujący z Saudami gdzieś odzyskiwał magię – to po założeniu reprezentacyjnej koszulki. Ale być może dlatego, że tutaj nadal cała federacja jest w stanie stanąć na uszach, by gola Bruno Fernandesa zapisać ostatecznie na konto Cristiano Ronaldo.

Jest raczej jasne, że w ćwierćfinale znów od pierwszej minuty obejrzymy Ramosa. Ze wszystkich sił pragnę, by nie wydarzyło się nic, co jeszcze mocniej popsuje smak schodzenia ze sceny jednego z największych w historii. Ronaldo nie wykorzystał szansy na wyśniony finisz w klubach, ale wciąż ma szansę zbudować piękny i symboliczny epilog w kadrze, symbolicznie przekazując koronę dalej. Wciąż może być wielkim wsparciem czysto piłkarskim, choć już raczej z ławki, ale przede wszystkim ogromnym wsparciem mentalnym, także dla dzieciaka, który dopiero rozpoczyna strzelanie na największej możliwej scenie.

Tylko czy Ronaldo po cyrkowym rozstaniu z United już dojrzał do tej nowej roli?

Komentarze