Kulesza nie może popełnić tego błędu. A popełniali go wszyscy

Cezary Kulesza
PressFocus Na zdjęciu: Cezary Kulesza

Cezary Kulesza jeszcze nie zakończył współpracy z Czesławem Michniewiczem, ale już rozpoczął poszukiwania następcy. Dlatego mimo iż kontrakt z obecnym selekcjonerem obowiązuje wciąż do końca roku, ten tekst ma rację bytu. Na razie trudno jest wskazać, kto zostanie następcą Michniewicza, bo całkiem możliwe, że to nazwisko jeszcze nie pojawiło się na giełdzie, ale warto zastanowić się, jakie cechy powinien spełniać.

  • Analiza wyborów selekcjonerów w XXI wieku to zatrważające doświadczenie. Zatrudnienia właściwie żadnego z nich nie poprzedził proces rekrutacyjno-myślowy, jaki powinien mieć zastosowanie
  • Efektem tego wszystkiego jest to, że w ostatnim czteroleciu – czyli okresie, gdy zgodnie ze sztuką powinien pracować jeden trener – podpis pod kontraktem z PZPN składało trzech selekcjonerów
  • Cezary Kulesza musi jako pierwszy prezes PZPN w tym wieku odpowiedzieć sobie na szereg pytań, których jego poprzednicy unikali

Wybory, bo widzi mi się

Z wyborem selekcjonera reprezentacji Polski do tej pory zawsze był ten sam problem – żaden prezes PZPN w XXI wieku nie poprzedził rekrutacji solidną analizą kandydatów. Taką, która sięgałaby wgłąb każdego z nich i dawała odpowiedzi na wszystkie kluczowe pytania: czy jest to trener idealnie skrojony pod pracę z tymi konkretnymi zawodnikami? Jak zachowa się w momencie kryzysu? Jakie cechy jego charakteru mogą okazać się destrukcyjne? Jakie będą ciągnąć nas w górę? Czy w przypadku kandydatury zagranicznej jest to człowiek, który nie będzie traktować PZPN jedynie jak dojnej krowy? Jak poradzi sobie z presją? Jak duże jest zagrożenie, że – przyjmując za docelowy okres czteroletnią kadencję – trzeba będzie znów szukać selekcjonera przed upływem oczekiwanego czasu? Jaka jest szansa, że zaangażuje się nie tylko w prowadzenie kadry A, a rozwój całej piłki w Polsce: od współpracy z kadrami młodzieżowymi, po wszelkiego rodzaju aktywności mające na celu podnoszenie kwalifikacji innych trenerów w kraju?

Pytań można wymyślić naprawdę dużo, ale nawet z tych wymienionych wyżej nigdy w XXI wieku nie zostały postawione wszystkie. Nawet w przypadku Leo Beenhakkera, który w swojej pierwszej kadencji uchodził niemal za wzór na przyszłość, genezą jego zatrudnienia był pozytywny odbiór pracy z kadrą Trynidadu i Tobago na mundialu w 2006 roku – nie zaś solidny research. Adam Nawałka – kolejny selekcjoner, który się sprawdził – został zakontraktowany w dużej mierze dla zaspokojenia ego Zbigniewa Bońka, który potrzebował trenera, jakiego nie wymyśliłby nikt inny. Wtedy wypaliło, ale kolejna próba bazująca na tym kryterium zakończyła się przedwczesnym zwolnieniem. Franciszka Smudę rzekomo chciał naród, choć trudno być przekonanym, czy gdyby faktycznie wsłuchać się w głos społeczeństwa, tak faktycznie było. Abstrahując od tego, że choćby minimalna próba podrążenia w tej kandydaturze zakończyłaby się stanowczym “nie”. Research na pewno był przeprowadzony w przypadku Paulo Sousy (słynne “Zibi, top”), ale luk w nim było więcej niż w obronie Polaków w meczu z Argentyną. Na pewno całkowicie dało się usprawiedliwić wybór Czesława Michniewicza, który wręcz złotymi zgłoskami w CV powinien mieć wygrawerowane hasło o byciu idealnym trenerem na krótki okres – a dokładnie takiego szukaliśmy. Ale nawet w chwili zatrudniania wątpliwości, czy nada się też na kolejne lata, były ogromne.

PZPN niemal zawsze popełniał te same błędy. Zatrudniał na czuja, po sympatii. Ewentualnie określając nieodpowiednie cele. Jerzy Brzęczek mógł się bronić realizacją każdego z nich, ale przez 2,5 roku nie rozwinął zespołu – a przecież rozwój i zauważalna poprawa gry na tak długim dystansie musiała być wpisana w jego zadania. Sousa, pracujący na najwyższym kontrakcie w historii PZPN, nigdy nie otrzymał od polskiego pracodawcy obowiązku rozwijania całego naszego futbolu. Dlatego ograniczył swoją pracę do wizyt w kraju przy okazji zgrupowań, nie czuł potrzeby goszczenia na meczach Ekstraklasy czy zostawienia po sobie spuścizny w postaci przekazania sporej wiedzy – tej nie można było mu odmówić – na warsztatach z naszymi rodzimymi szkoleniowcami. Przez dekady sami pletliśmy na siebie bat. Sami wyborami na hurra dbaliśmy o to, by w czteroletniej kampanii mieć trzech różnych selekcjonerów – w dodatku odbijając się od ściany do ściany, bo defensywnego zmieniliśmy na ofensywnego, by ofensywnego później zmienić na defensywnego.

Byle się nie spieszyć

Przyjmując, że faktycznie dojdzie do zmiany selekcjonera, Cezary Kulsza znalazł się obecnie w sytuacji idealnej. Rozpoczyna się właśnie kolejny czteroletni cykl, w którym przez półtora roku można bez większego napięcia budować autorską reprezentację. Powierzenie jej we właściwe ręce jest najważniejszą decyzją jego kadencji. Dlatego dziwi pałanie miłością do Andrija Szewczenki w sytuacji, gdy ten kandydat zapala czerwone lampki ostrzegawcze szybciej niż Polacy tracili na mundialu piłkę pod pressingiem. Jeśli narzekaliśmy na styl, w jakim Michniewicz osiągnął najlepszą szesnastkę na świecie, osoby zerkające na CV Ukraińca czym prędzej powinny sprawdzić, jak ten doszedł do ćwierćfinału Euro 2020. Do tego bardzo trudno założyć, że jest to właściwa osoba do pracy szerszej niż selekcjonerskiej. Wątpliwa jest jego wiedza z zakresu przygotowania drużyny, podobnie jak ta taktyczna – w kadrze Ukrainy miał od tego ludzi. Dlaczego zatem miałby skutecznie edukować naszych trenerów sprzedając im własną wiedzę i doświadczenia?

A w przypadku selekcjonera spoza polskich granic (nie ukrywajmy – po odmowie Macieja Skorży i właściwie zerowej realności wyciągnięcia Marka Papszuna z Rakowa Częstochowa – co swoją drogą i tak by było ryzykowne biorąc pod uwagę przywiązanie tego trenera do jednego ustawienia i wybitne lubowanie się w specyfice pracy w klubie, gdy w reprezentacji sytuacja zmienia się ze zgrupowania na zgrupowanie, wokół takich nazwisk będziemy się kręcić), powinien być to warunek konieczny. Co najmniej z dwóch powodów: mocniejszego przywiązania człowieka z zewnątrz do kraju, gdzie ma pracować, oraz naszych własnych profitów nawet w przypadku ucieczki w stylu Sousy. Ostatnio widzieliśmy też, jak bardzo Czesławowi Michniewiczowi zależało na karmieniu się doświadczeniami ludzi, którzy przeżyli już wielkie turnieje – stąd jego przedmundialowe spotkania z byłymi selekcjonerami.  

Jednocześnie znając finansowe wymagania Szewczenki – mówi się o 2,5 mln euro rocznie – oraz to, że nie są one nie do spełnienia przez PZPN, zyskujemy potężną oręż w walce o trenerów, dla których praca w Polsce nie będzie zsyłką za karę.

Jedno jest pewne – nie ma potrzeby, by z wyborem selekcjonera zbyt mocno się spieszyć. Deadline do końca stycznia nie wydaje się ryzykowny, a jednocześnie od chwili powstania tego tekstu zapewnia 46 dni na prześwietlenie kandydatów od stóp do głów. I rozmowy z nimi. Pierwszy mecz w nowym roku zagramy 24 marca, czyli w terminie podobnym do debiutu Czesława Michniewicza – oficjalnie wybranego właśnie 31 stycznia.

Kandydat idealny?

Tyle teoria. W praktyce trzeba wskazać konkretne nazwiska, które powinny zostać rozpatrzone. Jedno przychodzi na myśl samo – to Vladimir Petković. Trener wydający się w zasięgu finansowym PZPN-u. Z ogromnym doświadczeniem międzynarodowym i – jeśli nasze wyjście z grupy na mundialu nazywamy sukcesem – sukcesami z kadrą Szwajcarii. Charakterologicznie nie wydający się człowiekiem trudnym w bezpośrednim kontakcie. Z chęcią udowodnienia swojej wartości po bardzo nieudanej przygodzie w Girondins Bordeaux. Paradoksalnie może to być kolejny plus, bo ewentualny duży klub chcący nam Petkovicia w przyszłości podebrać, pewnie z tego powodu może postawić obok jego nazwiska pytajnik.

Od początku kadencji tego trenera w reprezentacji Szwajcarii było widać postęp. Po porażce w karnych z Polską na Euro 2016 nikt nie myślał o jego zwalnianiu, bo proces cały czas trwał i nic nie wskazywało na potrzebę jego zakończenia. Po tamtym turnieju wręcz rozsadził eliminacje do mundialu w Rosji wygrywając dziewięć pierwszych meczów. W fazie grupowej mundialu nie przegrał żadnego meczu, remisując z Brazylią 1:1 – a mówimy przecież o reprezentacji o niewiele wyższym potencjale od polskiej. Cały cykl zakończył po siedmiu latach dojściem do najlepszej ósemki Euro 2020 (słynne wyeliminowanie Francji po drodze).

Petković wydaje się być do bólu naturalnym wyborem. Nawet jeśli nie uda się go sprowadzić, to powinno zostać zrobione wszystko, by pod każdym kątem tę kandydaturę prześwietlić. Jest naturalną jedynką. Kolejnych nazwisk nie będę wskazywał nie chcąc wychodzić z roli dziennikarza. Mam tylko nadzieję, że Cezary Kulesza nie połakomi się na wybór z użyciem kryteriów, które w gruncie rzeczy nie mają zbyt wielkiego sensu.

Komentarze