Dzienniki z mundialu #4. Uberem z pustyni. “Nie wejdziesz z komputerem”

Grupowa fotka po meczu
Na zdjęciu: Grupowa fotka po meczu

Trzeba im to przyznać – zrobili wiele, by pisało się o nich dobrze. Ale wystarczyło, by zaczął się mundial, a pojawiły się – modne ostatnio słowo – niedociągnięcia. Wiozącemu nas na mecz kierowcy autobusu chyba nikt nie zdradził trasy, bo pod stadionem całkiem pobłądził, by wyrzucić nas kilometr od wejścia dosłownie na środku drogi. Pięćdziesięciokilometrową podróż powrotną do Ad-Dauhy trzeba było załatwić uberem (120 zł za trasę – co jak co, ale ubery są tu naprawdę tanie), bo o ile transport na Al Bayt Stadium odbywał się co sześć minut, o tyle godzinę po meczu autobusy już nie były dostępne. Obrazili się?

  • Wizyta na pustyni na meczu Katar – Ekwador była jednym z wrażeń, o których powtórzenie będzie trudno
  • Dwanaście lat czekania, by po 70. minutach meczu po prostu wyjść ze stadionu
  • Wierny pozostał tylko młyn. Ciekawe dlaczego?

Stadion na pustyni

Ale zanim o przygodach organizacyjnych, trochę o miejscu rozgrywania meczu Kataru z Ekwadorem. Al-Chaur to 30-tysięczne miasto położone na północ od Ad-Dauhy, w którym zbudowano 60-tysięczny stadion, który wyglądem – to nie złośliwość, zwykła obserwacja – przypomina cyrk. To najbardziej oddalone od stolicy Kataru miasto-gospodarz mundialu. Biorąc pod uwagę, że po drodze mija się Lusajl, czyli miasto postawione od zera na pustyni, jadąc do Al-Chaur można było się przekonać, jak wygląda trasa właśnie przez pustynię wiodąca. To dość osobliwe doświadczenie, bo naprawdę – gdyby wyciąć stamtąd dwie nitki asfaltu, znaleźlibyśmy się pośrodku niczego. Sam stadion też wygląda na postawiony, by urozmaicić wygląd pustyni. Jeśli byliście kiedyś na obiekcie w Niecieczy, możecie sobie to łatwo wyobrazić, tylko zastąpcie kukurydzę piaskiem.

Stadion na pustyni

Gdyby w Al-Chaur rozgrywać mecze w klasycznym dla mundialu terminie, temperatura w słońcu przebiłaby 50 stopni. W ten konkretny listopadowy wieczór była idealna – zresztą przez Katar ewidentnie przechodzi obecnie fala chłodów. W dzień jest około 30 stopni, wieczorami o kilka mniej i bardzo przyjemne do oddychania powietrze. Po rosnącej populacji miasta widzimy, jaki trend związany z imigracją zapanował w całym Katarze. W ciągu niespełna dwudziestu lat – licząc od lat 80. do dwutysięcznych (od 2004 roku nie robiono tam spisu ludności) z 8 tys. ludzi zamieszkujących to miasto, zrobiło się ponad 30 tys. Bynajmniej nie za sprawą przyrostu naturalnego.

Jazda przez pustynię

Pustki, widzę pustki

Czy pod stadionem dało się wyczuć ekscytację meczem? Chyba tak. Kolorytu dodawali Ekwadorczycy, ale jednak Katarczycy też wypełnili stadion do ostatniego krzesełka. Tłum zawsze robi klimat, ktokolwiek do tego tłumu należy. Ich dało się podzielić na dwie kategorie – tych ubranych w thob (to na ciele) i ghutrę (to na głowie) oraz młyn, który wypełnił dość znaczną część sektora za bramką, na którą w pierwszej połowie strzelali Ekwadorczycy. Wiedziałem, czego spodziewać się po kibicach z Ameryki Południowej, ale kibice Kataru (celowo nie piszę “Katarczycy”. Mam co do ich narodowości niepewność) wyglądali na świetnie zorganizowaną grupę. I w przeciwieństwie do panów w togach, pozostali wierni do końca. Podejrzewam, że było to związane z potrzebą odebrania wynagrodzenia za dobrze wykonaną pracę.

Ich obecność na stadionie żywcem przypominała scenę z filmu “Skrzydlate świnie”, gdy prezes klubu robionego chyba na wzór Groclinu Dyskobolii powiedział do jednego z najważniejszych kibiców klubu robionego chyba na wzór Lecha Poznań – chcę u siebie mieć na trybunach to samo. I by mieć, zapłacił.

Szejkowie chyba musieli oglądać “Skrzydlate świnie”.

Sami ciśnienia nie wytrzymali, bo gdy około 70. minuty zorientowali się, że ich drużyna nie nadaje się do niczego, zaczęli opuszczać stadion. Przyznam szczerze, że o ile pustoszejące trybuny już w życiu widziałem, to nigdy tak wcześnie i przy takim wyniku – wszak jest milion przypadków, gdy w ostatnich dwudziestu minutach drużyna odrabiała dwa gole straty. Wychodzenie nawet nie miało okresu przejściowego, nie rozkręcało się. Po prostu było gremialne od chwili rozpoczęcia. Gdyby z trybun nie trzeba było wychodzić, a można było z nich po prostu zniknąć, w 70. minucie zostaliby tu tylko dziennikarze, Ekwadorczycy i wynajęty młyn.

Komputer? Po co ci komputer? Nie wejdziesz z nim

Pisałem już o problemach z organizacją, ale jedna rzecz była tak absurdalna, że do teraz jej nie rozumiem. Gdy zostaliśmy wyrzuceni z autobusu, trzeba było znaleźć wejście dla mediów. – To będzie tam – skierował nas jakiś steward, pokazując na białą budkę. Fakt, tak zazwyczaj te wejścia wyglądają. To było do ominięcia, wystarczyło przejść obok, nie było żadnej konieczności, by tam wchodzić. Ale czemu mielibyśmy ominąć wejście dla mediów?

Wejście dla mediów okazało się depozytem. Zanim ktokolwiek by się zorientował, do jakiego miejsca trafił, facet wypisał karteczkę i próbował odebrać mi plecak. Dialog:

– Ale ja go nie chcę tu zostawiać.

– To po co tu przyszedłeś?

– Ktoś mnie źle pokierował.

– A co masz w środku?

– Komputer.

– Nie możesz tego wnieść na stadion. Musisz to tu zostawić i odebrać po meczu.

– Ale to moje narzędzie pracy, jestem dziennikarzem.

– Nie możesz.

– Muszę.

Sytuacja wytworzyła zainteresowanie dziewczyny, która była chyba wyższa stopniem, ale i ona uznała, że nie mogę komputera wnieść na stadion. Pomógł dopiero telefon do szefa wszystkich szefów, który – w miarę inteligentnie – uznał, że w sumie po to są dziennikarze, by wnosić komputery na stadion.

***

Trasa z Ad-Dauhy na Al Bayt Stadium miała trwać mniej niż godzinę, trwała ponad dwie. Cała nadwyżka wynikała z postoju w gigantycznym korku przed samym stadionem. Przeciągający się czas sprawił, że nie zdążyłbym odebrać swojej wejściówki na mecz w odpowiednim czasie – FIFA wymaga, by nastąpiło to najpóźniej na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem. Jeśli ktoś wie, że nie da rady, może skorzystać z opcji Hold My Ticket (Przytrzymaj Mój Bilet) w aplikacji FIFA. Kliknięcie niewiele dało, bo na miejscu okazało się, że mój bilet się nie drukuje. Stres był na szczęście dość krótki, bo jakiś supervisor w garniturze FIFA – widząc, że faktycznie w porę kliknąłem w odpowiedni przycisk – bilet mi załatwił.

Resztę przygód obejrzycie we vlogu. Publikacja jeszcze w poniedziałek.

Chyba wyprzedziliśmy kogoś ważnego
Autobusu do Ad-Dauhy już nie ma. Tłum zaczyna się martwić, co dalej
Autobusu już nie ma, a wrócić jakoś trzeba

Komentarze

Na temat “Dzienniki z mundialu #4. Uberem z pustyni. “Nie wejdziesz z komputerem”