Od Lukaku od pana Sieberta. Rozczarowania fazy grupowej. Mundialowy blog Olkiewicza #14

Romelu Lukaku
PressFocus Na zdjęciu: Romelu Lukaku

Za nami najfajniejsza część mundialu, za nami faza grupowa, za nami meczowe maratony, za nami emocje związane z kompletnie niespodziewanymi wpadkami faworytów i absolutnie sensacyjnymi zwycięstwami underdogów. Obawiam się, że przechodzimy z fazy radosnej do fazy bolesnej, ale tym bardziej to dobry moment, by podsumować to, co za nami. Oczarowania już wszyscy znamy, wszyscy wiemy, jak kapitalne okazało się Maroko, już bez bosmana Vahida Halihodzicia. Prześledźmy więc tych, którzy najbardziej rozczarowali, zwłaszcza, że płynie z tego ważna nauka na przyszłość – nawet jeśli masz wszystko, niekoniecznie musisz mieć 1/8 finału Mistrzostw Świata. 

  • Absolutnie kuriozalny występ Romelu Lukaku to niejako podsumowanie całego cyklu reprezentacji Belgii
  • Niemcy rozczarowali przede wszystkim wyrównaniem w ostatnim meczu – awans Kostaryki byłby dopełnieniem klimatu całej imprezy
  • Sędzia Daniel Siebiert, selekcjoner Urugwaju, pazerność Portugalii – co było decydującym czynnikiem w grupie G?
  • Dania – tak słaba, że prawie udało się o niej zapomnieć nawet na liście rozczarowań

Romelu Lukaković, architekt sukcesu Chorwacji

Pamiętam doskonale Mistrzostwa Świata w 2018 roku. Robert Lewandowski był już w swoim naprawdę mocnym okresie, tytuł najlepszego napastnika świata był jeszcze może nie oczywistością, ale czymś bardzo mocno rozważanym przez topowych ekspertów. I wtedy przytrafił się mundial. Na mundialu – jak to na mundialu, Polska rozczarowała i zakończyła swój udział po trzech grupowych meczach. Robert Lewandowski zaliczył dość anonimowy występ, gola strzelić nie zdołał, można było ubolewać nad tym, że koledzy nie nadążają za jego geniuszem, można było zastanawiać się, czy on sam nie mógł dać z siebie więcej. W każdym razie zasadny był tytuł, który dałem w jednym z ówczesnych tekstów – czy Lewandowski jest najlepszym napastnikiem świata? Nie jest nawet najlepszym RL9 na świecie. 

Bo tak się składa, że morderczym napastnikiem z inicjałami RL i numerem 9 był wtedy również Romelu Lukaku. Dwa gole z Panamą, dwa z Tunezją, doszło do takiego absurdu, że Belgia mogła się oszczędzać w meczu z Anglią, w którym Lukaku zasiadł na ławce. Zresztą, tę Anglię też puknęli wówczas 1:0. 

Lukaku był absolutnie kluczowy przy zdobyciu brązowych medali, które chyba przyjęto nawet z lekkim rozczarowaniem – bo złote pokolenie ostatecznie nie zdołało pokryć się złotem po porażce 0:1 z Francją w półfinale. Dziś dopiero widać, jak mocno zestarzała się tamta ekipa, jak bardzo wypalił się ich ogień i jak wielki zjazd zaliczył sam Lukaku. 

Nie chcę – jako sympatyk tej drużyny – pisać, że tak się kończy odchodzenie z Interu Mediolan. Zwłaszcza, że dla wielu przed Lukaku odejście z Interu Mediolan było okazją do rozwinięcia w pełni skrzydeł. Ale Belg od czasu tamtego transferu cały czas szuka mocno zaginionej formy, boryka się z urazami, jeśli już gra – rozczarowuje. Po powrocie do Mediolanu praktycznie od razu zamienił boisko na gabinety lekarskie. Ale apogeum i smutne podsumowanie jego ostatnich lat to mecz z Chorwacją. Dawno nie widziałem tak katastrofalnego występu napastnika, a grywam w A-klasie, kibicuję klubowi z I ligi. Liczba kuriozalnych sytuacji, absurdalnych pudeł i zagrań rodem z X-Boxa obsługiwanego przez psa przekraczała wszelką skalę. Ile razy Lukaku odcinał Chorwację ze stryczka – nie zliczę. Ile razy potwierdzał, że to belgijskie pokolenie już raczej kończy niż się wznosi – nie da się zsumować. Gdy połączymy jego dyspozycję boiskową wraz z wszystkimi artykułami wokół reprezentacji Belgii, wokół atmosfery w tamtejszej szatni, otrzymujemy obraz drużyny, której cykl właśnie dobiega końca. 

Pokolenie Hazarda, De Bruyne, Lukaku, Mertensa, Witsela i Courtois zaliczyło pewnie swój ostatni wspólny mundial, a może też ostatni turniej, podczas którego w większości są jeszcze w świetnej formie klubowej. Aż trudno uwierzyć, że kończą już na fazie grupowej, w dodatku po takim meczu, gdzie sam Lukaku natrzepał wyższe xG niż cała reprezentacja Polski przez trzy mecze. Ta historia w teorii powinna skończyć się choć minimalnie lepiej. Kończy się groteskowo, pudłami Lukaku z niemożliwych pozycji. 

Gigantyczne rozczarowanie, możliwe, że największe obok Niemców. Ale chyba też, mimo wszystko: rozczarowanie spodziewane. Dwumecz z Holandią w Lidze Narodów zakończony wynikiem 1:5 był ostrzeżeniem, mundial oficjalnym zakończeniem etapu. 

Odpadnięcie Niemców mogło być jeszcze bardziej radosne

Jeżeli chodzi o Niemców – zawsze cieszy, gdy coś im się nie udaje. Taka już nasza wspólna historia, dodatkowo podkręcona ich irracjonalnym podejściem do Rosji, że dość trudno przychodzi mi cieszenie się z jakichkolwiek ich sukcesów, a jednocześnie trudno mi uniknąć uśmiechu, gdy Niemcom coś nie do końca wychodzi. 

Na przykład drużyna z grupy, hehe! 

Niemcom drużyna z grupy nie do końca wyszła, ale akurat w przypadku tej reprezentacji to chyba kluczowy dowód na to jak niesprawiedliwy i losowy potrafi być ten nasz przewrotny futbol. Niemcy jadą do domu mimo nieprawdopodobnie szybkiego i intensywnego meczu z Hiszpanią oraz ogolenia Kostaryki 4:2, wracając do gry po utracie prowadzenia. Zaważyła druga połowa meczu z Japonią, meczu, który dla mnie będzie przez lata stanowić swoisty punkt odniesienia. Miałem to szczęście, że Japonię z Niemcami oglądałem wnikliwie, w dodatku z odpalonymi statystykami, chcąc też trochę porównać sobie jak reprezentacja o zbliżonym potencjale do Polski radzi sobie z murowanym faworytem. Przed przerwą Niemcy po prostu Japonię zmiażdżyli. Japończycy wybijali piłkę byle dalej, nie pozorując nawet, że próbują tym wybiciem znaleźć jakiegoś wysuniętego zawodnika z przodu. Ich obrona we własnej jedenastce była desperacka, tam naprawdę momentami pachniało przełamaniem tego muru z rzucających się po trawie Japończyków, a wówczas pewnie Niemcy rozpoczęliby strzelaninę. 

Ale tak się nie stało. Drużyna, która wymieniła 65 celnych podań przez 45 minut (sic!), po przerwie wykonała roszady personalne, taktyczne, chyba również mentalne. Japończycy bardzo długo próbowali zabić mecz, potrajać Musialę, blokować, wybić, przerwać. Nieuznany gol w doliczonym czasie gry przed przerwą został przyjęty przez Niemców ze spokojem – jakby wiedzieli, że po przerwie dopiero zacznie się huragan. Ale huragan się nie rozpoczął. Japończycy zaczęli dłużej trzymać piłkę, lepiej wiązać akcję, a w decydującym momencie – zadali dwa mordercze ciosy. Niemcy dali się uśpić może na kwadrans? Kosztowało ich to awans do kolejnej fazy. Mimo że naprawdę nie grali źle, a to 45 minut meczu Niemcy – Japonia to być może największy rozstrzał jakości obu drużyn w całej fazie grupowej. 

Rozczarowaniem jest jednak ich postawa z Kostaryką. Przy wynikach 2:1 dla Japonii z Hiszpanią i 2:1 dla Kostaryki z Niemcami, z grupy, gdzie grali dwaj regularni faworyci ze “starej Europy”, wyszliby Kostarykanie i Japończycy. Szkoda, strasznie szkoda, że Niemcy zabrali ze sobą Kostarykę do domu. Również dlatego, że dalej będziemy oglądać kunktatorską Hiszpanię. A historia od 0:7 do 1/8 finału byłaby o wiele ciekawsza, niż hiszpańskie plotki o romansie Gaviego z przedstawicielką Rodziny Królewskiej.

Mimo wszystko żal Urugwaju!

Nie przekonywali. Mogli zrobić więcej. Przy tym potencjale ofensywnym powinni grać odważniej. Niektóre wypowiedzi dla mediów i niektóre decyzje selekcjonera wydają się dziwne – włączając w to jego dzisiejsze zmiany, wyglądające jak próba oszczędzania swoich gwiazd na kolejne fazy. Ale mimo wszystko – Urugwaj jednak trochę zasłużył. Jednak trochę go żal i przede wszystkim – jednak trochę go będzie brakowało w kolejnej fazie. Dzisiaj chwilami potrafił grać spektakularnie, szybko, z werwą, kreatywnie i skutecznie. Gładkie 2:0 z Ghaną, kilka kolejnych okazji… 

I właśnie. Tutaj trzeba się zastanowić, kogo wytypować na głównego winowajcę tego rozczarowania. Sędziowie na VAR? Niekoniecznie, oni zaprosili głównego arbitra do monitorka. Czemu ten nie dopatrzył się przewinienia przy obu spornych sytuacjach, na których Urugwaj mógł zarobić “jedenastkę”? Dla mnie jego decyzje nie były do końca czytelne – i dokładnie to samo powiedziałbym o selekcjonerze, który zdjął de Arrascaetę, Suareza i Nuneza z boiska, gdy musiał brać pod uwagę, że o awansie mogą decydować gole. Winić poszczególnych zawodników z Urugwaju? Nie, po zwycięstwie 2:0 jednak trochę głupio. Gdyby szukać kogoś, kto faktycznie miał duży wpływ przynajmniej na dwa gole godzące w interesy Urugwaju, trzeba byłoby przełączyć na spotkanie Portugalii. 

Cristiano Ronaldo z asystą plecami do jednego z Koreańczyków. Cristiano Ronaldo marnujący sam na sam. Tak jak po pierwszej kolejce zachwycałem się długowiecznością Portugalczyka, tak dzisiaj Korea wczołgała się dalej również na jego plecach. Choć trzeba wspomnieć też o pozytywnej pazerności Portugalii. Mecz pod kontrolą, wyniki na obu stadionach również, doliczony czas, stały fragment gry. Można byłoby się pokusić o spokój, o bezpieczne rozegranie, nawet o grę na czas. Zamiast tego Portugalczycy ruszyli po kolejne trafienie – i nadziali się na bolesną kontrę. Kontrę, która Korei dała awans – a Urugwajowi powód, by Cavani stłukł monitorek z VAR-em. 

Prawdziwym rozczarowaniem jest tak naprawdę brak podłożenia pod te wszystkie zdarzenia jakiejś solidnej ścieżki dźwiękowej ze strony realizatora. Na przykład The Libertines, “What a waster”. Pasuje bardziej, niż można się spodziewać.

Stary trener, nowe zadania. Mundialowy blog Olkiewicza #13
Czesław Michniewicz

Jak poinformował portal Weszło – w kontrakcie Czesława Michniewicza, zawartym z Polskim Związkiem Piłki Nożnej znalazła się klauzula automatycznego przedłużenia umowy w przypadku awansu do fazy pucharowej Mistrzostw Świata. Ku rozpaczy wielu spośród krytyków Michniewicza, w klauzuli nie zawarto minimalnej liczby celnych strzałów i podań progresywnych, wystarczył awans – nawet w najgorszym dostępnym stylu. Awans w

Czytaj dalej…

Dania. Ech.

O tym, że z Danią mogą być pewne ciężary zacząłem się przekonywać, gdy na Twitterze mignął mi dorobek Martina Damsgaarda. Jedna z rewelacji Euro 2020 w 2021 roku, jedno z indywidualnych odkryć, zapamiętałem gościa, jako przebojowego i dynamicznego skrzydłowego, który potrafi również wykończyć akcję. Na tamtym turnieju – dwa gole i asysta, wszystko piękne, zresztą jak gra całej Danii. No i okazało się, że od pamiętnego gola z Anglią, Damsgaard już nic nie trafił. Nie chodzi o mecze w reprezentacji. W ogóle nic nie trafił, nawet w Sampdorii. 

Damsgaard to był trochę symbol, ale przecież ogólnie spoglądając na obecnych 25-, 26-latków z Danii, na ludzi, którzy właśnie powinni przeżywać swoje najlepsze lata – trudno nie odczuwać rozczarowania. Dolberg, wielki wonderkid Ajaksu, ma 25 lat i ani przez moment nie zbliżył się do swoich poprzedników – już nie ma co wracać do Ibrahimovicia czy Suareza, ale Dolberg nie nawiązał nawet do Milika. Skov Olsen? 22 lata, a zamiast podboju lepszych klubów Serie A jest FC Brugge. Kristensen dopiero od pół roku gra w Premier League, Christensen w Barcelonie nie jest na razie nowym wcieleniem Carlesa Puyola. Od tej reprezentacji na pewno można było wymagać więcej, niż 1 punkt w “grupie życia”, bo tak chyba można było określić stawkę z Australią i Tunezją. Ale nieco głębsze spojrzenie na Duńczyków nakazywało sądzić, że możemy trochę ich przeceniać na fali oczarowania ich całą historią na Euro 2021. Trzeba jednak pamiętać, jak ekstremalny to był dla Duńczyków turniej i jak te ekstremalne przeżycia scementowały całą grupę. 

Dziś, na tym turnieju? Mimo że Eriksen był już w pełni sił, mimo że Dania posiadała to słynne “doświadczenie turniejowe” nie pokazała prawie nic. A już spotkanie z Australią, gdy ewidentnie było widać rosnącą z każdą minutą pewność siebie rywala z drugiej półkuli to smutne podsumowanie turnieju. Australijczycy pierwsze minuty meczu spędzili na dość bojaźliwym sondowaniu – ciekawe czy nas mocno będą bić. Niestety dla Danii – gdy Australia zorientowała się, że Dania zasadniczo nie za bardzo ma czym bić, sama ruszyła do przodu. Efekt widzimy w mundialowej rozpisce, Duńczyków z kolei widzimy na lotnisku. Albo już w domu. 

Komentarze