Oddajmy polski futbol w obce ręce

Czesław Michniewicz
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Czesław Michniewicz

Byłbym bardziej niż szczęśliwy, gdyby Polska osiągnęła sukces na mistrzostwach świata w Katarze, pewnie wpadłbym nawet w euforię, gdyby udało się nam wyjść z grupy i powalczyć w kolejnej fazie, ale coraz trudniej oprzeć mi się wrażeniu, że wynik na mundialu nie jest najważniejszą rzeczą dla naszego futbolu. Dlatego kolejną już dyskusję o szkoleniu warto zacząć już teraz, zanim obraz zaciemni nam sobotni mecz z Arabią Saudyjską.

  • Polska bezbramkowo zremisowała z Meksykiem po mało atrakcyjnym dla oka meczu, co wzbudziło dyskusję w narodzie o sposobie gry drużyny Czesława Michniewicza
  • Na razie mamy przyzwoity wynik, ale nic poza nim
  • Potrzebujemy kogoś, kto byłby niczym Ralf Rangnick dla systemu Red Bulla

Krajobraz przed Polska – Arabia Saudyjska

Tuż po końcowym gwizdku meczu z Meksykiem podłamany byłem remisem, bo przecież do wygranej wcale wiele nie brakowało. Z każdą kolejną godziną, a potem dniem i następnymi występami innych drużyn w Katarze byłem jednak bardziej rozczarowany samym meczem. Mundial to radosne święto, wielka światowa feta (nawet jeśli mocno ograbiona przez polityczne uwarunkowania gospodarza, ale to temat na inne rozważania), a my tej radości nie mieliśmy prawie wcale. 

– No tak, wy wolelibyście, abyśmy pograli piłeczką, jak Australia – cytuję z pamięci zasłyszane zdanie Czesława Michniewicza rzucone do polskich dziennikarzy. Mogło brzmieć inaczej, ale sens wypowiedzi selekcjonera na treningowym boisku w Dosze jest oddany właściwie. I pewnie paru słyszącym je osobom przeszło przez głowę, że Australijczycy mieli swój moment euforii, mieli kilka stworzonych sytuacji w spotkaniu z Francją, mieli swój styl. Choć oczywiście nie mają wyniku, podobnie jak Kanadyjczycy dzielnie walczący z faworyzowaną Belgią i nieudolnymi sędziami z Afryki. 

My na razie wynik mamy przyzwoity, ale nic poza tym. Ba, jestem przekonany, że w sobotę możemy mieć cztery punkty w tabeli, ale i tak będę uważał, że Kanada, kraj piłkarsko dość egzotyczny, dopiero drugi raz występujący na mundialu, jest dużo bliższy sukcesów niż my, wciąż dumni ze sposobu w jaki potrafimy cierpieć na boisku i wyszarpać korzystny wynik. 

W tym cierpieniu i szarpaniu nie ma zresztą nic złego, zespoły słabsze często tak grają z lepszymi. Chodzi mi jednak o proporcje, o to by cierpieć właśnie z myślą o szarpnięciu, a nie tylko przetrwaniu. By szarpać w sposób zorganizowany i regularny, przynajmniej kilka razy w meczu. By przez 90 minut serce mocniej nam zabiło choć kilka razy, gdy piłka jest pod bramką przeciwnika, a nie tylko pod naszą.

– Powiedzcie mi: jaki mógł być bardziej ofensywny skład? Za kogo miałby grać Świderski? Jakby grał za Szymańskiego, to oni mieliby trzech pomocników w środku, a my dwóch – Krychowiaka i Zielińskiego – przekonywał Czesław Michniewicz, udowadniając, że po prostu brakowało mu, jakkolwiek brzydko to zabrzmi, materiału ludzkiego. – Myślicie, że jest taki trener, który nauczy lub oduczy kogoś grać w trzy dni? Nie ma takiej możliwości. Nie zamieniam wody w wino, choć tutaj pewnie by się to przydało – mówił jeszcze selekcjoner i to ostatnie zdanie najbardziej chyba zapadło mi w pamięć. To bowiem tak naprawdę przyznanie, że choć mamy dwie gwiazdy i kilku europejskich średniaków, to piłkarzy zdolnych dać jakość podczas wielkiej światowej imprezy znaleźć naprawdę trudno. Choć naród mamy liczny.

Czesław Michniewicz to specjalista od zadań trudnych, ale nawet jeśli rzeczy niemożliwe zdarza mu się robić od zaraz, cudów nie dokona. Zamiast więc czekać aż nagle woda zmieni się w wino – jak choćby przez kilkanaście pięknych dni podczas Euro 2016 – warto zająć się pozyskaniem działających zagranicznych technologii i budową linii produkcyjnej, która zapewni nam regularny dopływ towaru wysokiej jakości, bez konieczności czekania na siły nadprzyrodzone, łut szczęścia i ten jedyny udany kontratak.

Mamy już Narodowy Model Gry, mamy certyfikację szkółek, szkołę trenerów w Białej Podlaskiej. I ja to wszystko doceniam, jest to początek jakiejś ewolucji. Ostatnie nie lata nawet a całe dekady pokazują jednak, że u nas potrzeba prawdziwej rewolucji, na miarę tej w niemieckim futbolu kilkanaście lat temu. Wiem, że nie mamy tyle pieniędzy, ale jestem pewien, że fundusze na kilku fachowców – warsztatowców ze świata wielkiej zachodniej piłki by się znalazły. Do szkółek dla dzieci garną się dziesiątki tysięcy chłopców i dziewczynek, te prywatne często szkółki dają coraz więcej jakości, ale później ten ich entuzjam ginie, podobnie jak wiele talentów. Potrzebujemy kogoś kto byłby niczym Ralf Rangnick dla systemu Red Bulla. Kto dostałby na lata carte blanche i pełne zaufanie szefów, by wstrząsnąć naszym systemem szkolenia. Tak, byśmy za kilka lat patrzyli na reprezentantów, którzy próbują utrzymać piłkę podaniami na trawie, a nie tylko, niczym kapitalny w Napoli Piotr Zieliński w meczu z Meksykiem, jedynie zerkali w górę, jak wysoko futbolówka lata nad głową. 

Największe emocje wzbudza w nas zawsze wybór selekcjonera, a to przecież tak naprawdę tylko człowiek na samym szczycie piramidy. Może zafałszować obraz tego co poniżej – bo przecież reprezentacja jest najważniejsza, nieprawdaż? – oszukać przeznaczenie na kilku meczach, ale na dłuższą metę kluczowy powinien być wybór zagranicznego fachowca z autorytetem, który wstrząśnie naszym futbolem. Od razu powiem: nie mam gotowego nazwiska kandydata, takiego powinni wskazać najlepsi skauci po dziesiątkach godzin analiz, dyskusji i obserwacji. Ale nie mam wątpliwości, że tylko w ten sposób możemy doczekać kadry, która będzie wywoływać uśmiech na naszej twarzy nie tylko wtedy, gdy skutecznie zamuruje bramkę a Lewandowski wykorzysta jedną, jedyną okazję.

Żelisław Żyżyński, Canal+Sport      

Komentarze