Dzienniki z mundialu #6. Wszystko się nagrało. Szkoda, że idziemy tą drogą

Czesław Michniewicz
PressFocus Na zdjęciu: Czesław Michniewicz

Jeszcze kilka dni temu w moich relacjach mogliście czytać o uśmiechniętym i szczerze wyluzowanym trenerze reprezentacji. Uśmiechnięty wciąż jest, wyluzowany zresztą też. Tyle, że kiedy luz podszyjesz złośliwością, a później kolejną, a później kolejną, to trudno w ten luz uwierzyć.

  • Wydawało się, że akurat z tak otwartym selekcjonerem nie będziemy mieć do czynienia z choćby symptomami oblężonej twierdzy
  • Czesław Michniewicz jednak zarzuca mediom, które po prostu wykonują swoją pracę, złe intencje
  • Trener mówi, że nie powiedział czegoś, co powiedział, na dowód rzucając: wszystko się nagrało. No właśnie. Wszystko się nagrało

Smuda też nie powiedział czegoś, co powiedział

Zawodowo obcuję z reprezentacją Polski od 13 lat. Niedługo po Katarze stuknie mi na liczniku jej 100 meczów obejrzanych z trybun. Byłem na wielu zgrupowaniach, obserwowałem ewoluujące zachowania trenerów. Zawsze dało się wyczuć, kiedy nadchodzi moment nietrzymania napięcia. W sumie to nic dziwnego – wśród zawodów, od których nie zależy ludzkie życie, pracę selekcjonera umieściłbym pewnie w trójce-piątce najbardziej stresujących stanowisk. Zawsze na ręce patrzą ci setki tysięcy ludzi. W czasie wielkiego turnieju miliony. Nietrzymanie napięcia nie jest raczej czymś, co sprawia, że nagle możemy powiedzieć: ale buc. W warunkach pracy trenera najważniejszej drużyny w kraju to pewnie naturalna konsekwencja przyjęcia oferty życia. Nie ma róży bez kolców.

Kiedyś w czasie Euro 2012 grubo po godzinach ograniczonych savoir-vivrem zadzwonił do mnie Tomasz Rząsa, ówczesny – jak to dumnie nazwano – szef departamentu ds. kontaktu z mediami. – Trener się wściekł. Zagotował się totalnie, krzyczy w pokoju, co ten Onet (wtedy tam pracowałem) napisał. Mówi, że nigdy tak nie powiedział i podkręcono jego słowa – Rząsa powiedział to w miarę spokojnie. Znam siebie dość dobrze – wiem, że nigdy nie miałem tendencji do podkręcania wypowiedzi w celu zrobienia mocniejszego tytułu, to nie mój styl. Spisuję dość wiernie, co najwyżej operuję synonimami, by tekst się lepiej kleił przy zachowaniu stuprocentowego sensu wypowiedzi. Padła prośba o zmienienie palącej wypowiedzi Smudy, nawet pojawił się argument “jedziemy na jednym wózku, to wszystko sprawa narodowa”. Zmieniłbym, gdybym przekręcił cytat. Odsłuchałem, był identyczny jak w tekście.

Zaczyna być niemiło. Choć z uśmiechem

Przypomniało mi się to właśnie teraz, bo dwie godziny przed powstaniem tego tekstu, Czesław Michniewicz też powiedział, że czegoś nie powiedział. Jestem niemal pewny, że nie było to świadome – to zbyt inteligentny facet, by nie zdawać sobie sprawy, że gdy mówi “można to sprawdzić, bo wszystko się nagrało”, nikt tego nie sprawdzi.

Szczerze mówiąc, w ogóle nie przywiązuję do tego wagi, trener coś tam chlapnął. Gorsze jest dostrzeganie wszędzie złych intencji. Pieklenie się na pytania o statystyki, gdy sugerują one, że mało kto gra na mundialu tak siermiężnie jak Polska. Paradoksalne, że Kuba Białek, który zwrócił trenerowi uwagę na liczby obrazujące wprost granie sufferball – uwielbiam to określenie – chwilę przed konferencją mówił mi, że wcale go nie oburza taktyka Michniewicza. Jego pytanie też nie było podszyte oburzeniem, to raczej dopisał sobie sam selekcjoner. Nie pierwszy raz. Chwilę przed atakiem na Jacka Kurowskiego po barażu ze Szwecją, też żadna szpila nie została wbita. Widział ją tylko trener.

Trener, który nie czyta mediów, ale wszystko wie, co i gdzie kto pisze. Trener, który skórę ma grubą, ale tylko do momentu krytyki.

Widziałem ewoluujące zachowania poprzednich selekcjonerów i teraz widzę je u Michniewicza. W naprawdę niezbyt długim spotkaniu z dziennikarzami – nie tracąc przyklejonego uśmiechu – upchnął stwierdzenia: nie jesteście kibicami, hejt Polska gol i wytknięcie manipulacji o zamienianiu wody w wino. Porównajcie te dwa nagrania (pierwsze to czwartkowa konferencja, drugie – wczorajsza rozmowa z dziennikarzami, włączcie od 9:00). Jako atak na siebie potraktował słowa o statystykach.

Po wczoraj zapaliła mi się lampka – to jeszcze nie jest oblężona twierdza, ale jej zaczątki. Walka selekcjonera z samym sobą, by nie doprowadzić do złych relacji z mediami, ale jednocześnie sprzedać im trochę kopniaków. Dziś – przy co najmniej dwóch zarzutach o złe intencje – nastąpiło wejście na kolejny poziom. Trenerze, jak to mówił Tomasz Rząsa, wszyscy jedziemy na jednym wózku.

Komentarze