Największych rywali pokonał poza boiskiem. Mundialowy blok Olkiewicza #9

Andrej Kramarić
PressFocus Na zdjęciu: Andrej Kramarić

Ta historia wraca, wraca… przy okazji każdej dużej imprezy. To zresztą chyba w najlepszy sposób definiuje swego rodzaju styl, sposób działania Andreja Kramaricia. Pomiędzy wielkimi turniejami, podczas których stanowi istotną figurę na biało-czerwonej chorwackiej szachownicy, Kramarić wraca do klubów zdecydowanie mniejszych niż jego potencjał sprzed lat i do gry zdecydowanie mniejszej, niż ta, na którą stać go w wielkich meczach. Ale czy inaczej może być z zawodnikiem, który rzucił wyzwanie mafii? To nie jest chłopak na nudne klepanie w środku ligi, to jest chłopak na wielkie sceny. 

  • Andrej Kramarić na tych mistrzostwach świata może stać się odpowiedzią na problemy Chorwacji z obsadą pozycji numer dziewięć
  • Jego największe zwycięstwo to i tak lata ubiegłe – gdy jako jeden z nielicznych odważył się wystąpić przeciw mafijnym praktykom chorwackiego futbolu
  • Być może to jeden z ostatnich ludzi, którzy dla wartości poświęcili bardzo istotną część kariery – biorąc pod uwagę, jak wygląda jego historia klubowa, sukcesy reprezentacyjne to najlepsze i najbardziej odpowiednie zadośćuczynienie. 

Kramarić uwielbiany w Chorwacji

Andrej Kramarić w meczu z Kanadą zdobył dwie bramki, trzeci raz trafił do siatki po minimalnym spalonym, a gdyby grał też w bardzo otwartej końcówce spotkania – pewnie skompletowałby hat-tricka. W tym roku to były gole numer pięć i sześć dla narodowej drużyny, wcześniej strzelił dwa razy w marcowych sparingach, raz w Lidze Narodów i raz w przedmundialowym meczu towarzyskim z Arabią Saudyjską. Jak się możecie domyślać – w piętnastu rozegranych tej jesieni meczach dla Hoffenheim, Kramarić trafił trzy razy. Wiosną 2022 dołożył jeszcze cztery sztuki w siedemnastu meczach. Jeśli utrzyma obecną formę – formalnością wydaje się przebicie klubowego dorobku na boiskach reprezentacyjnych. Kramarić zresztą jest w gazie nie tylko na boisku. 

W wywiadzie po wczorajszym meczu odniósł się do słów selekcjonera Kanady, który zapowiadał, że Kanadyjczycy Chorwatów “roz…”. To chyba odpowiednie tłumaczenie angielskiej konstrukcji, w której John Herdman zapowiedział “we are going to F Croatia”. Kramarić wprost podziękował – panie Herdman, dziękujemy za dodatkową motywację, ostatecznie Chorwacja najlepiej pokazała, kto tu kogo F (lub według mojego tłumaczenia, z którego jestem dumny – kto tu kogo roz…).

Dlaczego Kramarić jest aż tak uwielbiany w całej Chorwacji i jednocześnie dlaczego ani przez moment nie zbliżył się do poziomu, który wróżono mu u progu dorosłej piłki? Co ciekawe – odpowiedź na oba pytania jest bardzo podobna. A może wręcz odpowiedź jest jedna.

Zacznijmy od tych wróżb wielkiej kariery. Od początku wokół Kramaricia pojawiały się okrągłe słówka, porównania do Davora Sukera, ale nawet odsiewając tradycyjną medialną pompkę a’la “Ronaldo spod Siedlec” – to był topowy talent topowej europejskiej akademii. Chłopak, którego ojciec przyprowadził do Dinama jako sześciolatka. Zakochany w klubie, marzący o występach na wypełnionym Maksimirze, oddany i lojalny, ładujący gola za golem w rozgrywkach juniorskich. Nawet jeśli faktycznie za tym talentem nie nadążałaby głowa – pozycja startowa uprawniała go do myślenia o szybkim transferze do najmocniejszych lig. W tamtym Dinamie występowali Sime Vrsaljko, Domagoj Vida, Mateo Kovacić, wcześniej Dinamo wypuściło w świat choćby Modricia czy Lovrena. Kramarić miał wszystko, by iść w ich ślady – poza jednym. Poza podpisanym świstkiem papieru, podsuniętym mu przez Zdravko Mamicia. 

Jak odkupienie, to na całego. Mundialowy blog Olkiewicza #8
Czesław Michniewicz (mecz Polska - Arabia Saudyjska)

Dzisiaj wnikliwie przejrzałem swoje teksty z ostatnich dni, przede wszystkim w poszukiwaniu popiołu, który powinienem wysypać na swoją głowę za to, że wątpiłem w reprezentację Polski. Ku mojemu zdziwieniu – wcale nie mam do odszczekiwania tak wiele, bo asekurowałem się cały czas furtką awaryjną: cała krytyka po Meksyku może się okazać przesadzona, jeśli tamta karykatura

Czytaj dalej…

Kramarić postawił się Mamiciowi

Zdravko Mamicia już chyba prezentować bliżej nie trzeba – to “pierwszy po bogu” w Dinamie Zagrzeb przez długie lata, kontorwersyjny prezydent klubu z szeroką kartoteką kryminalną, zawierającą ataki na dziennikarzy, malwersacje finansowe oraz wymuszanie przez swoich piłkarzy podpisywania niekorzystnych umów. Mamić stworzył niemal doskonały układ. On był prezydentem klubu. Pozostali członkowie jego klanu – Zoran i Mario – podzielili się rolami. Ten pierwszy stał się trenerem, również trenerem Dinama, przez moment też dyrektorem sportowym. Ten drugi – założył własną stajnię menedżerską. Biorąc pod uwagę, że wpływy Mamicia obejmowały też związek piłkarski, w Zagrzebiu powstało unikalne perpetuum mobile. Chorwacja szkoliła kolejne piłkarskie talenty, wiele z nich albo wyrosło w Dinamie, albo chociaż do Dinama trafiało. Tam podpisywali umowy z Mario Mamiciem, który następnie negocjował ich interesy z klubem, reprezentowanym przez Zdravko Mamicia. Piłkarzom, którzy nie do końca pokładali wiarę w wizji prezentowanej przez ten klan, ewentualne bunty wybijały z głowy trener/dyrektor sportowy, Zoran Mamić, lub jego podwładni, zazwyczaj dość ugodowi, gdy trzeba było zdecydowanych ruchów.  

Całość była przez wiele lat badana przez chorwackie służby antykorupcyjne, ale zanim El Dorado w Dinamie zostało rozbite przez ichniejsze CBA, temu zgniłemu układowi postawił się Kramarić. 

Dziś już wiemy – przy transferach największych kozaków pokroju Modricia czy Lovrena, Mamiciowe zgarniali solidną działkę. Tak, zarabiało Dinamo, tak, piłkarze korzystali z ich kontaktów i renomy samego Dinama, dostając się do wymarzonych klubów. Ale swoją, ogromną pajdę, kasowała ekscentryczna rodzinka. Najbardziej skrajny przykład to Eduardo da Silva, który jako młody, niewiele rozumiejący Brazylijczyk, podpisał kontrakt, w którym zobowiązał się dożywotnio działkować swoje zyski z futbolu z europejskimi mecenasami. Po paru latach w głośnym procesie Edu pozbył się tego cyrografu, ale sam sposób działania uzmysławia jak mocni, jak bezkarni i jak bezczelni byli długo Mamiciowie. Państwo Kramarić zaś powiedzieli tej całej zgrajce: “nie”. 

Jakie były konsekwencje? Cóż, na początku bardzo zwyczajne – władze klubu z wyrozumiałością podeszły do zapewne chwilowej niechęci do współpracy. Kramarić najpierw przestał grywać, potem wylądował na zesłaniu – wypożyczeniu do sąsiedniej filii, zespołu NK Lokomotiva, złączonym z Dinamem wieloma więzami, które w bardziej rozwiniętej lidze zapewne nie uszłyby uwadze związku piłkarskiego. By zrozumieć w pełni, jak bezwzględny był tutaj jego ukochany i macierzysty klub – Kramarić w sezonie 2009/10, gdy był jeszcze nastolatkiem, zdobył dla Dinama siedem goli i dorzucił cztery asysty, wszystko w niespełna tysiąc minut. Sezon później zamiast pójść za ciosem – głównie oglądał występy skądinąd świetnie znanego w Polsce Fatosa Beqiraja. Potem wypożyczenie do Lokomotivu i… cud! Znowu 15 meczów, 5 goli i asysta, w zespole, któremu przecież bliżej do walki o utrzymanie, niż regularnego obtłukiwania całej ligi, co miał okazję robić Kramarić w Dinamie. 

Szalony był sezon 2012/13. Kramarić był już wówczas otrzaskanym napastnikiem o ogromnym talencie, coraz częściej jego nazwisko było przymierzane do dużych klubów, jak to zazwyczaj bywa w przypadku 21-letnich Chorwatów doskonale trafiających w lidze. Zamiast kroku do przodu, choćby i do Dinama, Kramarić dostał specyficzną nagrodę za nieugiętość przy kolejnych ofertach Mamicia. Nie chcesz być z nami? Jesteś przeciwko nam. Kramariciowi przedłużono o kolejny rok zesłanie do Lokomotivy. I co? I Lokomotiva po raz pierwszy w swojej historii zajęła miejsce na ligowym podium. Srebro, tuż za plecami wielkiego brata, Dinama. Co więcej – filia Dinama dotarła też do finału Pucharu Chorwacji, gdzie musiała uznać wyższość zasłużonego Hajduka Split. Jaka w tym rola Kramaricia? Cóż, zbliżona jak wczoraj z Kanadą. 

15 goli i 8 asyst w 32 występach. Szczegółówe statystyki z Pucharu Chorwacji nie są dostępne, ale w półfinałowym dwumeczu Kramarić strzelił dwa gole, dorzucił jeszcze bramkę w dwumeczu finałowym. To było wyważenie drzwi z futryną, po takim sezonie w filii Dinama, Kramarić po prostu nie mógł zostać na wygnaniu, trzeba było podjąć konkretne decyzje. Andrej w Dinamie nie miał przyszłości, wiedział też, że Dinamo nie zaakceptuje oferty, która pokazałaby chorwackiej młodzieży, że da się pogrywać z Mamiciami w taki sposób. Trzeba było pozbyć się Andreja, ale najlepiej tak, by słuch o nim szybko zaginął. Postawiono na Rijekę, lokalnego rywala o mniejszej marce niż Hajduk. A jednocześnie rywala, który raczej nie miał szans, by na poważnie zagrozić dominacji Dinama, wygrywając ligę rok po roku. 

To nie Hollywood

Kramarić do końca się nie ugiął, położył na szali swoją karierę, ale zachował swoje wartości. Ponieważ to życie, a nie Hollywood, ryzykowanie swoją karierą miało duże konsekwencje. Kramarić wyjechał z Chorwacji dużo później, niż jego koledzy z podobnym talentem, ale mocniejszym mecenatem u najmożniejszych chorwackiej piłki. Późny wyjazd oczywiście nie ułatwił mu aklimatyzacji w kolejnych klubach, a pewnych braków już nigdy nie nadrobił. W Leicester był przejazdem, w dodatku nie załapał się nawet na mistrzowski sezon, gdy na wieki w historii miasta zapisał się choćby Marcin Wasilewski. Miejsce na ziemi znalazł w nieco prowincjonalnym Hoffenheim, gdzie najpierw był wypożyczony, a później sprzedany – i gdzie gra do dzisiaj. Nie jest to może jakieś kartoflisko pod Zgierzem, ale nie jest to też Tottenham, Atletico Madryt, Chelsea czy Inter – a tam przecież spokojnie radzą i radzili sobie w przeszłości kumple Kramaricia o podobnych perspektywach w 2010 czy 2012 roku. 

Natomiast… To życie, a nie Hollywood. Tak jak nie może być historii o jednoznacznie cukierkowych zakończeniach, tak też często zdarza się, że życie po prostu oddaje, zwłaszcza tym, którzy od początku stoją po stronie “nice guys”. Kramariciowi trwanie we własnych wartościach nie pomogło w rozwoju kariery, ale pomogło parę razy utrzeć nosa Mamiciom. W Rijece najpierw wygrał Puchar Chorwacji, następnie dołożył do tego Superpuchar, po pokonaniu Dinama. Zabrakło mistrzostwa, ale… Rijeka zdobyła tytuł już po transferze Kramaricia, przerywając 11-letnią dominację Dinama. Los oddał? Oddał. A przecież i tak najlepsze kąski przewrotny futbolowy los zostawił Andrejowi na reprezentację. 

Gdy w 2018 roku Zdravko Mamić ukrywał się już w Medjugorje, próbując uniknąć więzienia, na które skazał go chorwacki sąd, Andrej Kramarić szedł razem z Chorwacją po mundialowe srebro. Wziął udział w finale Mistrzostw Świata, strzelał jedenastkę w serii rzutów karnych w fazie pucharowej, trzasnął gola Rosjanom w ćwierćfinale. 

Teraz pracuje na to, by w Chorwacji znów witano go jak króla. Kochają go tam wszyscy – bo Mamić wciąż ucieka przed chorwackimi służbami, a wnioski o ekstradycję ze strony Chorwacji na razie nie spotykają się z bośniackim zrozumieniem. 

Jeden do Chorwacji przyjeżdża zawsze jako bohater, drugi jest w niej banitą. Może i nie grał w takich klubach, w jakich mógł grać. Może i nie zrobił kariery na miarę talentu. 

Ale moim zdaniem wygrał. 

I trudno się z jego zwycięstw nie cieszyć. 

Komentarze

Na temat “Największych rywali pokonał poza boiskiem. Mundialowy blok Olkiewicza #9