W ciemno z Marcinem Ryszką #21: Minister Obrony opuszcza pokład, czyli dlaczego po prostu żal mi Pazdana

Trwają właśnie mistrzostwa świata, którymi z racji braku reprezentacji Polski żyjemy w znacznie mniejszym stopniu. Zamiast więc ekscytować się tym, co tu i teraz na globalnych boiskach, moje myśli siłą rzeczy powędrowały w zupełnie innym kierunku, wywołując uśmiech nostalgii.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Dokładnie dziesięć lat temu cała Polska z wypiekami na twarzy śledziła najlepszy występ naszej reprezentacji na dużej imprezie w dwudziestym pierwszym wieku – niezapomniane Euro we Francji. To właśnie wtedy narodził się prawdziwy bohater narodowy, okrzyknięty dumnie Ministrem Obrony Narodowej. Mowa oczywiście o Michale Pazdanie. Pracowałem wtedy w radiu Weszło FM i doskonale pamiętam, jak na antenie do znudzenia puszczano przeróbkę popularnego hitu z refrenem: „Czego chcesz dziewczyno? Ja wiem, Pazdana!”. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie miałem już tej piosenki po prostu serdecznie dosyć, choć dzisiaj wspominam to z ogromnym sentymentem.

Projekt budowany przez Wojciecha Kwietnia w Wieczystej Kraków od samego początku robił potężne wrażenie pod kątem głośnych nazwisk, które udawało się sprowadzić pod Wawel. Jednym z takich absolutnych hitów było ściągnięcie właśnie Michała, który dołączył do drużyny jeszcze na poziomie trzeciej ligi. Kiedy wczoraj gruchnęła oficjalna informacja, że opuszcza on klub i nie będzie już dłużej reprezentował żółto-czarnych barw, zrobiło mi się go tak po prostu, po ludzku żal.

Przecież on do samego końca pozostawał podstawowym, fundamentalnym zawodnikiem tej drużyny. Miał potężny, niezaprzeczalny wkład w to, że Wieczysta ostatecznie zagra w upragnionej Ekstraklasie. Przez cały sezon był mocnym punktem zespołu i procentowo jego udział w tym historycznym awansie jest wręcz nie do podważenia.

Nie mam najmniejszego zamiaru wtrącać się w kompetencje sztabu szkoleniowego, nie chcę bawić się w trenera i chłodno oceniać, czy obecny poziom sportowy Michała wystarczyłby na regularną grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zastanawiam się jednak nad nieco innym, bardziej ludzkim aspektem piłki nożnej. Biorąc pod uwagę wszystko to, co zrobił dla klubu, czy naprawdę nie można było dać mu chociażby krótkiej, półrocznej umowy? Tak po prostu, w ramach szacunku za wykonaną robotę, żeby mógł pożegnać się z kibicami i ten ostatni raz zasmakować Ekstraklasy, do której sam w dużej mierze tę drużynę wprowadził? Niestety, brutalność i pragmatyzm piłkarskiego biznesu po raz kolejny wygrały z romantyzmem.

Lojalność czy gruby portfel? Brutalna weryfikacja piłkarskich deklaracji

Przejdźmy teraz do drugiego bieguna piłkarskich realiów, a mianowicie do kwestii finansów i wierności klubowym barwom. Z pewnością spora część z was śledzi sytuację w Górniku Zabrze. Zespół ze Śląska to aktualny wicemistrz Polski, który już za kilka tygodni rozpocznie niezwykle ekscytującą rywalizację w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Ogromny, wręcz nieoceniony wkład w ten fantastyczny wynik w minionym sezonie miał czeski pomocnik, Patrik Hellebrand. Zawodnik ten szybko zaskarbił sobie sympatię trybun, chętnie i głośno manifestował swoje wielkie przywiązanie do Górnika, a w kuluarach mówiło się głównie o tym, że jeśli odejdzie, to tylko do silnego klubu zagranicznego.

Tymczasem nagle gruchnęła informacja, która wprawiła wielu w osłupienie: Patrik przenosi się do Korony Kielce. Złocisto-Krwiści bez wahania aktywowali klauzulę odstępnego, wykładając na stół niemal dwa miliony euro. Zastanawiam się w tym momencie, czy jako środowisko piłkarskie powinniśmy być w ogóle zdziwieni takim obrotem spraw. Nie jest tajemnicą, że Czech otrzyma w Kielcach nieporównywalnie lepsze wynagrodzenie niż to, na które mógł liczyć w Zabrzu.

Z jednej strony masz przed sobą perspektywę gry w czołowej drużynie Ekstraklasy, szansę na zasmakowanie europejskich pucharów i walkę o piłkarski raj. Z drugiej strony zamieniasz to wszystko na ekipę, która jeszcze niedawno dramatycznie broniła się przed spadkiem. Szanse na to, że Korona w przyszłym sezonie nagle włączy się do walki o najwyższe laury i odegra czołową rolę, są raczej niewielkie. Ale na koncie co miesiąc będzie zgadzać się o wiele większa kwota.

Bardzo trafną i życiową rzeczą podzielił się niedawno Tomasz Loska na antenie Kanału Sportowego. Powiedział wprost: gdyby dziennikarz dostał od innego medium ofertę kontraktu dwukrotnie wyższego niż obecny, to po prostu zmieniłby pracodawcę. I trudno się z tym nie zgodzić. Czy powinniśmy zatem na siłę dziwić się piłkarzom, że idą tam, gdzie im lepiej płacą? Przecież świetny mechanik pracujący dla konkretnej marki samochodowej, gdyby dostał znacznie korzystniejszą ofertę z konkurencyjnego warsztatu, nie miałby skrupułów przed zmianą miejsca pracy. Piłka nożna to dzisiaj po prostu zawód. Kariera zawodnika trwa krótko, a kiedy na stole pojawia się oferta finansowa mogąca realnie pomóc i zabezpieczyć byt całej rodziny, sentymenty schodzą na dalszy plan.

Wniosek z tego płynie tylko jeden. Zmiana klubu dla pieniędzy to rzecz całkowicie ludzka, naturalna i w pełni zrozumiała. Piłkarze powinni jednak w końcu wyciągnąć wnioski i zrozumieć, że lepiej nie wygłaszać głośno deklaracji o dozgonnym przywiązaniu do klubu. Nie ma sensu na siłę szukać taniej atencji u kibiców, całując herb po każdym udanym meczu, bo życie szybko to weryfikuje. Ostatecznie, gdy przychodzi co do czego, to stabilizacja i lepsze pieniądze wygrywają z romantyczną wizją futbolu. Zamiast kręcić nosem, my jako obserwatorzy musimy po prostu przestać się na to obrażać i zaakceptować zasady, którymi rządzi się ten biznes.

Romantyzm mundialu i urok piłkarskich kopciuszków

Przejdźmy na koniec do tego, co obecnie najbardziej rozpala piłkarski świat, czyli do trwających mistrzostw świata. Oczywiście, nie jest wcale tak, że śledzę z zapartym tchem absolutnie każde spotkanie. Przy tym formacie i różnicy czasu to po prostu fizycznie niemożliwe. Często z premedytacją decyduję się jedynie na obejrzenie porządnych skrótów, co dotyczy zwłaszcza tych meczów, które z perspektywy europejskiego kibica odbywają się w środku nocy.

To, co rzuca się w oczy po pierwszych starciach, to zaskakująco słaba postawa potęg z Europy. Byłem w absolutnym szoku, śledząc to, jak mocno i odważnie Japonia potrafiła postawić się faworyzowanej Holandii. Ale zostawmy na razie chłodną ocenę poziomu sportowego poszczególnych kontynentów, bo ciekawsze rzeczy dzieją się na nieco innej płaszczyźnie.

Muszę się wam szczerze do czegoś przyznać. Należałem do grona osób, które z ogromnym, by nie powiedzieć skrajnym, sceptycyzmem podchodziły do pomysłu napompowania tego turnieju aż do 48 drużyn. Bałem się drastycznego spadku jakości i zapachu taniej komercji. Jednak jak widać, futbol potrafi bardzo szybko weryfikować nasze uprzedzenia. Kiedy obserwuje się mecze, w których tak małe kraje, jak choćby Wyspy Zielonego Przylądka, wychodzą na boisko i są w stanie solidnie napsuć krwi takiemu gigantowi jak Hiszpania, perspektywa nieco się zmienia.

Zaczynam się powoli zastanawiać, czy te mistrzostwa nie będą miały jednak w sobie czegoś absolutnie wyjątkowego. Może z tego ogromnego, zróżnicowanego tłumu wyłoni się jakiś niepozorny kopciuszek, który zdoła zrobić coś spektakularnego? Zespół, który nie przelęknie się wielkich marek i stanie się uwierającym kamykiem w bucie dla tych najpotężniejszych. Taka klasyczna, romantyczna historia z pewnością pokazałaby, że może jednak był jakiś głębszy sens w tym, by szerzej otworzyć drzwi mundialu i dać powody do radości kibicom z mniejszych nacji. A może to po prostu moje zbyt naiwne, romantyczne spojrzenie na współczesną piłkę? Zobaczymy, co przyniosą nam kolejne dni tego turnieju.

Kącik humorystyczny

Rozmawiają dwaj wieloletni kibice jednego z polskich klubów ligowych:
– Wyobraź sobie, że mój pies niesamowicie reaguje na mecze! Kiedy nasza drużyna traci gola, kładzie się na dywanie i żałośnie piszczy. A kiedy przegrywają całe spotkanie, chowa się pod łóżko i nie wychodzi stamtąd przez dwa dni.
– Niesamowite! A co robi, kiedy nasza drużyna wygrywa?
– Nie mam pojęcia, mam go dopiero od trzech lat.

Trzymajcie się i do następnego piątku!

Marcin Ryszka