Jean-Pierre Nsame: Podziwiam Warszawę. Jej historia przypomina mi mój własny ból [NASZ WYWIAD]

W meczu z Rakowem Jean-Pierre Nsame strzelił pierwszą bramkę po miesiącach przerwy spowodowanej kontuzją. W wywiadzie dla goal.pl Kameruńczyk opowiedział nie tylko o uczuciach po tym golu, ale i o piekle swojego dzieciństwa, rodzinie zastępczej, walce o spełnianie marzeń i identyfikacji z Legią i Warszawą.

Jean-Pierre Nsame
Obserwuj nas w
SOPA Images Limited / Alamy Na zdjęciu: Jean-Pierre Nsame
  • Przed meczem z Rakowem córeczka JP Nsame wykonała gesty, których nigdy wcześniej nie robiła. To się okazało dobrym, symbolicznym znakiem dla napastnika
  • Nsame wraca do trudnych momentów na początku pobytu w Legii, ale i do ciężkich chwil jakie przechodzi teraz Legia
  • Kameruńczyk opowiada o niełatwym dzieciństwie, ucieczkach z domu i swojej fascynacji Warszawą, obecną, ale i tą historyczną

Kiedy Jean-Pierre Nsame odniósł w meczu z Cracovią ciężką kontuzję, wielu już go przekreśliło. Uraz achillesa oznacza wiele miesięcy przerwy, a Kameruńczyk ma już swoje lata. Stąd właśnie wiele było wtedy opinii, że w barwach Legii już go nie zobaczymy.

Nsame miał jednak od początku rehabilitacji inne zdanie. Zapowiedział, że wróci szybciej niż się wielu wydaje. I słowa dotrzymał. Pojawił się na boisku w meczu z Radomiakiem, a w starciu z Rakowem zdobył pierwszą bramkę po powrocie.

To była dobra okazja, aby usiąść z nim i dłużej porozmawiać. Nsame to bardzo otwarty człowiek, odpowiadał na każde pytanie. „Przeszliśmy” więc nie tylko przez jego karierę, ale i pełne cierpienia dzieciństwo.

Czekał na taki mecz

Piotr Koźmiński, dziennikarz goal.pl: W meczu przeciwko Rakowowi strzeliłeś gola i nie była to zwyczajna bramka. Co ten gol dla Ciebie znaczy?

Jean-Pierre Nsame: To było coś, na co czekałem od dawna. Czułem trochę frustrację, gdy nie mogłem pomóc w zwycięstwie podczas poprzedniego meczu u siebie, kiedy siedziałem na ławce. Bo tak jak mówiłem wcześniej, kiedy odniosłem kontuzję – to był właśnie ten mecz, na który czekałem. 

W sensie: chciałem wrócić na własnym stadionie, przy naszych kibicach, bo to coś, co miało mi dać mnóstwo siły i dobrego samopoczucia. Spotkanie z Rakowem też było wyjątkowe.

W ciągu tygodnia widziałem, że trener chce na mnie postawić. Rozmawialiśmy po meczu z Radomiakiem i powiedział mi, że wyglądam dobrze i że fizycznie na treningach też prezentuję się odpowiednio. Potem dał mi do zrozumienia, że zacznę od początku. Ten gol jest dla mnie sygnałem: „wróciłem na boisko, znowu tu jestem”. Dzięki Bogu udało mi się dotrzymać obietnicy powrotu przed końcem sezonu.

Była krótka dyskusja o tym, kto strzeli karnego. Czy byłeś pewien, że to ty będziesz strzelał?

Nie było dyskusji, bo Rafał Augustyniak mi go oddał. Zapytał mnie, czy chcę strzelać.

To Augustyniak decydował? Na miejscu było kilku piłkarzy.

Właściwie to chcieli chronić „wapno”. Ja sam na początku stanąłem bezpośrednio przy nim, żeby go pilnować na wypadek, gdyby strzelał ktoś inny. Dopiero potem widać jak idę po piłkę. Kiedy podszedłem, obok był Rafa [Rafał Augustyniak]. Od razu zapytał: „Strzelasz?”, a ja odpowiedziałem: „Tak, biorę to”.

Komu dedykujesz tego gola? Rodzinie, kibicom? Czasem dedykuje się te wyjątkowe bramki, prawda?

To w sumie fajna historia: rano przed wyjazdem, a nawet dwa dni wcześniej, moja córka zrobiła coś zabawnego – naśladowała moją „cieszynkę”. To było chyba w czwartek lub piątek przed treningiem. W poranek meczowy, gdy wychodziłem, dałem jej buziaka, a ona znowu pokazała mój gest po golu. Tyle że zasłoniła dłonią oczy, bo jeszcze nie do końca wiedziała, jak to zrobić.

Pomyślałem, że to jej sposób na dodanie mi sił. Zrobiła to pierwszy raz! Bardzo mnie to wzruszyło. Wychodząc, powiedziałem jej: „Mam nadzieję, że wieczorem sprawię ci radość”. W tamtej chwili myślałem o wszystkich: o fanach, klubie, sztabie i rodzinie. Każdy z nich mnie wspierał, bym mógł wrócić na boisko.

Zremisowaliście i wciąż walczycie o utrzymanie. Wyobrażasz sobie, że Legia mogłaby spaść z ligi?

Nie, nigdy. Taka myśl w ogóle nie mieści mi się w głowie. Wiem, w jakiej jesteśmy sytuacji… Przez siedem miesięcy nie było mnie na boisku, więc nie przeżywałem tego „od środka”, grając w meczach. Ale zawsze powtarzam kolegom, Frediemu Bobiciowi i wszystkim innym: nie jestem kimś, kto patrzy wstecz. Skupiam się wyłącznie na zwycięstwie.

Nie boję się spadku Legii, jestem przekonany, że nie spadniemy. Nie skupiam się na negatywnym scenariuszu, choć wiem, że teoretycznie może się zdarzyć. Ale nie poświęcam mu uwagi. Jeśli to robisz, grasz pod presją, czujesz ją. Każdy mecz, każda zepsuta akcja staje się wtedy coraz bardziej przygniatająca.

Nie spadniemy, bo jesteśmy Legią, bo mamy jakościowych piłkarzy, bo jesteśmy wielkim klubem z wielką historią. A przede wszystkim dlatego, że jesteśmy to winni naszym kibicom i wszystkim ludziom, którzy tu pracują.

Wielkie kluby przechodzą czasem takie kryzysy

Czy da się zrozumieć, co się stało? Przyszedłeś do klubu, który chciał wygrać mistrzostwo i grać w Europie. Teraz sytuacja jest tak inna, że wielu ludzi tego nie pojmuje.

Co się stało? Nie wiem, czy istnieje na to jedna odpowiedź. Myślę, że nie. Po prostu każdy wielki klub przechodzi czasem przez taką fazę.

Grałem w Szwajcarii, gdzie FC Basel miało 7 czy 8 lat, podczas których kompletnie nie liczyli się w grze o trofea. Jasne, Basel nie było blisko spadku, więc to inna sytuacja. Ale uważam, że wszystkie wielkie kluby miewają takie okresy.

Kluczowa jest ich zdolność do odrodzenia się i ponownego stania się główną siłą w kraju. Jestem przekonany, że Legia potrafi to zrobić. Oczywiście potrzebna jest stabilizacja. Odkąd przyszedłem, mam już trzeciego trenera.

Czasami sprawy nie idą po twojej myśli i trzeba umieć to zaakceptować. Trzeba umieć zacisnąć zęby, pocierpieć, ale zachować pozytywne myślenie i wierzyć, że lepsze chwile nadejdą, jeśli będziemy szli w dobrym kierunku.

W życiu zawsze tak jest. Jeśli ciężko pracujesz, to nawet jeśli teraz nie masz wyników, one w końcu przyjdą. Z drugiej strony, gdy jesteś w trudnej sytuacji i zmieniasz trenera w momencie, gdy coś zaczyna się zazębiać, to musisz od nowa adaptować się do nowej wizji.

Trener musi poznać piłkarzy, niektórzy lądują na nowych pozycjach i muszą się do nich przyzwyczaić. Czasami idzie to szybko, ale częściej zajmuje dużo czasu. Pamiętam, co mówiłem na początku sezonu – zaczęliśmy dobrze, choć nie idealnie. Ale widać było proces, pewne rzeczy wskakiwały na swoje miejsce. Zwycięstwa dawały pewność siebie.

Potem przyszło wielu nowych zawodników, trzeba było ich zintegrować. Nagle trener decyduje się odejść. Wtedy myślisz sobie: „znowu musimy zaczynać od początku”. Problem w tym, że taki restart to jak powrót do punktu wyjścia w samym środku sezonu.

Myślę, że to właśnie podcięło naszą dynamikę, nawet jeśli nie była ona wtedy idealna. Na początku sezonu rozmawiałem z agentem o tym, czy odejdę. Powiedziałem mu: „Chcę zostać, bo czuję, że jest tu coś do zrobienia”. Nie wiem dlaczego, ale czułem to.

Sam dobrze zacząłem. Czułem, że coś się zmienia, że jest inna atmosfera, więcej spokoju… I mówię mu: w takiej atmosferze lubię przebywać.

Właśnie w takich warunkach najlepiej się wyrażam. Wiadomo, wszystkiego nie wygramy, ale byłem pewien, że możemy coś zdziałać. Nawet w styczniu mówiłem, że strata punktowa nie jest ogromna. Musimy po prostu wygrać 2-3 mecze z rzędu, to nas przełamie i wprowadzi w inną dynamikę. A potem już pójdzie, tego jestem pewien.

Jean-Pierre Nsame
fot. Sipa US / Alamy

Nie spełniło się. Teraz celem jest tylko uniknięcie spadku.

Dziś oczywiście musimy uniknąć spadku, a potem trzeba będzie ruszyć z nowym stylem. Mamy nowego trenera, sztab. Myślę, że przyszły sezon będzie tym, w którym naprawdę wystartujemy z tym trenerem na dobre. Do tego czasu będziemy już po 6 miesiącach wspólnej pracy, dobrze zrozumiemy jego metody i wszystko wdrożymy. Myślę, że potem będzie prościej.

Jeśli zostaniecie w Ekstraklasie, to czy w przyszłym sezonie celem Legii będzie walka o tytuły? Czy może trzeba zrozumieć, że Legia, która nie wygrała ligi od 5 lat, nie jest już głównym kandydatem?

Ja nie gram o nic innego niż o tytuł. Po prostu nie potrafię inaczej. W moim DNA nie ma miejsca na granie o drugie czy trzecie miejsce, bo przywykłem do wygrywania. Uważam, że zawsze musimy mieć taką ambicję. Legia zawsze musi mierzyć w tytuł. To jasne, że inne kluby robią postępy, sprowadzają graczy, mają swoją filozofię.

Widzę drużyny, które w zeszłym sezonie były w dolnej połowie tabeli, a dziś potencjalnie grają o puchary, a może nawet o tytuł. To pokazuje, że liga staje się coraz bardziej konkurencyjna i na pewno coraz trudniejsza. Ale Legia musi być wśród tych ekip, które biją się o zwycięstwo. Tak ja to widzę.

„Nie ma we mnie strachu”

Siłą Legii są też kibice, prawda?

Tak, zgadza się.

Z drugiej strony było wiele komentarzy po pewnym meczu – wiesz, co się stało. „Jeśli spadniemy, to was wszystkich pozabijamy”. Co możesz o tym powiedzieć? Niektórzy twierdzą, że to nakłada dodatkową presję na piłkarzy, którzy zaczynają się bać.

Szczerze mówiąc, nie należę do osób, które się boją. Rozumiem frustrację kibiców. Oni nie wiedzą o wszystkim, bo są na zewnątrz i widzą tylko końcowy wynik na boisku. Nie wiedzą, jak wygląda tydzień pracy.

Myślę, że fani Legii ogromnie kochają swój klub. Chcą dla niego jak najlepiej. Chcą, żeby Legia wygrywała, żeby dominowała. Rozumiem to, to są emocje. Ten sezon na pewno zapadnie w pamięć kibicom i wielu innym osobom – biorąc pod uwagę potencjał i jakość naszej drużyny oraz to, co pokazaliśmy, a raczej czego nie pokazaliśmy na boisku.

Oni widzą, jakich mamy piłkarzy i sami zadają sobie pytanie: „Jak to możliwe przy takim składzie, który jest jednym z najdroższych, jeśli nie najdroższym pod względem wartości?”.

Zastanawiają się: „Jak to możliwe, że jesteśmy w takiej sytuacji? Co jest nie tak?”. Ale my jako piłkarze też jesteśmy sfrustrowani. My też jesteśmy wściekli, też tego nie chcemy. Ja jednak nie traktuję tego jako presji. Zawsze powtarzam: presję czują ludzie w szpitalu, ci, którzy muszą operować, by ratować ludzkie życie.

Dla mnie gra dla Legii nigdy nie była presją, wręcz przeciwnie – to przyjemność. Myślę, że fani lubią oglądać graczy, którzy się nie boją, którzy stawiają czoła sytuacji i pokazują: „Rozumiem, że jesteście niezadowoleni, ale w następnym meczu wyjdę na boisko, będę walczyć i udowodnię wam to, bo jestem przekonany, że się utrzymamy”.

Oni wyrażają frustrację. My jako piłkarze musimy umieć to zaakceptować, ale nie brać tego jako atak personalny. Nie wyobrażam sobie, żeby kibic Legii, nawet jeśli spadniemy, przyszedł pod dom piłkarza i zabił mu rodzinę – to dla mnie niewyobrażalne. To po prostu frustracja, trzeba to zrozumieć.

Czyli to było raczej takie w przenośni?

Tak, dokładnie, to przenośnia. Czasami – to mój punkt widzenia – piłkarz musi po prostu przyjąć pewne kwestie do wiadomości. Fani chcą nas widzieć wygrywających, a tak się nie dzieje. I musimy ich zrozumieć.

Nie spotykają nas na ulicy codziennie, przychodzą na mecz nas dopingować, a kiedy widzą to, co widzą, w pewnym momencie uznają, że muszą nam zaserwować „elektrowstrząs”, żebyśmy zrozumieli: „Legio, obudźcie się, nie możemy być w tym miejscu”. Tak o tym myślę.

A gdy chodzisz po ulicach, bywasz w restauracjach, ludzie podchodzą zagadać, czy nie ma dyskusji?

Podchodzą. Kiedy byłem kontuzjowany, nie pytali mnie o formę, bo wiedzieli, że nie trenuję, ale zdarzyło mi się dwa czy trzy razy spotkać fanów na ulicy. Zatrzymywałem się, rozmawialiśmy po 30-40 minut. Pytali o porównanie poprzedniego sezonu do obecnego: „Jak myślisz, co się dzieje?”. Odpowiadałem, że nie ma mnie na boisku, ani na treningach, więc nie potrafię im do końca powiedzieć, ale na dobre i złe jestem z drużyną.

Jedyne co widzę, to moich kolegów, którzy codziennie trenują, dają z siebie wszystko, a potem na boisku oglądam mecze tak jak wy i cierpię tak samo jak wy i moi partnerzy. Teraz znam też tę sytuację z boiska. Nie mam innej odpowiedzi. Trzeba dalej pracować, dawać z siebie maksimum z nadzieją na lepsze dni. Jestem przekonany, że one nadejdą.

A jak wygląda sytuacja z twoim kontraktem? Pisano o tym artykuły, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, czy pojawiła się już oficjalna oferta przedłużenia?

Na ten moment oficjalnie mój kontrakt wygasa w czerwcu. Miesiąc po kontuzji daliśmy sobie zielone światło na obniżkę pensji i nowy podział wynagrodzenia, tak jak to sobie wstępnie zaplanowaliśmy. Rozumiem obecną sytuację klubu. Na razie priorytetem dla nas wszystkich jest poprawa miejsca w tabeli i o tym myślimy.

Wyobrażasz sobie, że możesz zmienić klub tego lata?

Mój kontrakt się kończy, więc tak. Ale zawsze powtarzałem, że chcę tu zostać, bo czuję stabilizację i to pierwszy raz od co najmniej 3 lat, kiedy spędziłem sezon w tym samym miejscu. Zawsze to powtarzałem, bo naprawdę chciałbym móc rozegrać tutaj, w Legii, pełny sezon, żeby kibice mogli zobaczyć, do czego jestem zdolny i jak długo potrafię utrzymać tę formę. Z drugiej strony, jeśli nie dojdzie do porozumienia i kontrakt nie zostanie podpisany, to szczerze mówiąc, nie martwię się o swoją przyszłość.

Wiem, że niektórzy zawodnicy mogą czuć niepokój, gdy kończy im się kontrakt i to normalne. Ja jednak wiem, że mam bardzo mocnych agentów, którzy świetnie znają rynek, znają się na robocie i mają kontakty. Rozmawiamy co tydzień, ale w tych cotygodniowych rozmowach nigdy nie poruszamy tematu mojego kontraktu.

Jeśli będę musiał opuścić Legię, będzie to smutne dla mnie, ale teraz cieszę się z tego, że wróciłem na boisko. Już strzeliłem gola, jestem zadowolony, staram się po prostu kontynuować tę passę, a potem zobaczymy, co się wydarzy.

Powiedziałeś mi, że nie myślisz o spadku. Ja też myślę, że Legia się utrzyma, ale czy gdyby Legia grała w drugiej lidze, ty mógłbyś w niej grać? Mówiłeś wcześniej, że grasz tylko o tytuły, co jest normalne, w przeszłości kilka ich zdobyłeś. Wyobrażasz sobie siebie w drugiej lidze?

Nie dopuszczam tego do świadomości w przypadku Legii. Drugą ligę też trzeba wygrać – tak podchodziłem do tego we Włoszech. Poza tym jestem osobą, która lubi – gdy przychodzę do klubu w określonej sytuacji – zostawiać go przynajmniej w takim samym stanie lub lepszym.

Do Como przyszedłem, gdy byli w Serie B, wywalczyliśmy awans, mogłem pomóc w ostatnich meczach. Wygranie drugiej ligi to dla mnie wciąż trofeum. Ale nie wyobrażam sobie, żeby Legia spadła. To coś, czego nie biorę pod uwagę.

Początki w Legii były dla ciebie trudne. Wspomniałeś o tym w wywiadzie dla oficjalnej strony, ale ująłeś to raczej ogólnie. Oczywiście wiemy, kto był wtedy trenerem…

Ale myślę, że w tamtym momencie było tak, jak powiedziałem, nie bałem się o tym mówić. Niektórzy widzieli moje posty na ten temat, gdzie wyrażałem się bardzo jasno, bo nie jestem kimś, kto się ukrywa. Mówię to, co myślę. Nie jest łatwo wyjechać za granicę do kraju, którego nie znasz. Przede wszystkim myślałem, że trafię do środowiska, w którym będę miał partnera, jeśli można tak powiedzieć.

Z trenerem rozmawiałem przez telefon. Podczas zgrupowania w Austrii wszystko szło świetnie. Czasami wysyłałem mu wiadomości, dziękując za to, że mnie ściągnął, podobnie jak Radkowi. Miałem z nim wiele dobrych, pozytywnych rozmów.

Szczerze mówiąc, nie wiem, co się stało później. Sytuacja się mocno zmieniła. Nie mam problemu z tym, że ludzie się zmieniają. Mówię tylko: powiedz mi rzeczy jasno, porozmawiajmy jak mężczyźni.

Potrafię zrozumieć, że mój styl gry może ci nie odpowiadać. W końcu zdałem sobie sprawę, że będzie mi trudno. To uświadomiłem sobie, gdy zaczęły się mecze ligowe.

Jestem zawodnikiem dobrze czującym się w grze na ostatnich 30-40 metrach, zdolnym wykańczać akcje w wysokim ustawieniu. W statystykach to ja byłem tym, który się wyróżniał.

Piłka się zmienia, system gry się zmienia, zadania zawodników też i szuka się różnych rozwiązań. Czasem grasz na 30 metrach, czasem  na 60. To oznacza, że wymagasz ode mnie pokonywania o wiele większych dystansów, które jestem w stanie wykonać – nie mam z tym problemu.

Ale to nie jest twoja specjalność.

Ale to nie jest moja specjalność. I tak jak powiedziałem, jestem kimś, kto dzięki doświadczeniu jest bardzo świadomy swoich atutów.

Wiem, co potrafię robić i co oznacza konkretny model gry. Lubię zespoły, które przez 60-70% czasu grają na ostatnich 30 metrach. Tam też muszę biegać, ale nie są to sprinty po 50 metrów. Mam do pokonania 30, 40 metrów. Jeśli gramy niżej, oznacza to, że zużyję więcej energii, żeby dotrzeć w pole karne. I wiem, że w każdym przypadku gram dla dobra drużyny i wykonuję decyzje trenera.

Dodatkowo dla mnie liczy się aspekt ludzki. Jeśli tutaj potrzeba więcej chemii, wtedy mogę dać z siebie to, co bym chciał.

Goncalo Feio
Sipa US / Alamy

Czyli nie czułeś szacunku ze strony Goncalo Feio?

Czułem szacunek, a potem – co jest powszechnie wiadome – od pewnego momentu moja rola była mniejsza. Przede wszystkim potrzebowałem szczerej rozmowy. O to właśnie chodzi. Bo zawsze powtarzałem: jeśli ktoś ma mi coś do zarzucenia, jestem w stanie przyjąć wszystko od trenera.

Akceptuję wszystkie decyzje trenera. Zawsze mówiłem – nie jestem Cristiano Ronaldo, nie jestem Lewandowskim. Wiem to. Nie jestem najlepszym piłkarzem na świecie. To wiem. Ale zawsze mam chęć do rozwoju, nauki, zrozumienia i adaptacji.

Uznałem, że najlepszym wyjściem będzie odejście na sześć miesięcy, aby odzyskać pewność z przebywania na boisku, odnaleźć radość i lekkość. Żeby znów stać się piłkarzem, a nie tylko atletą. Chociaż przyznam ci, że czas spędzony w rezerwach bardzo mi pomógł. Trener rezerw okazał się pod względem ludzkim kimś genialnym. Do dziś mam z nim bardzo dobre relacje. Przyjął mnie w sposób nadzwyczajny.

Kiedy się spotykamy, zawsze rozmawiamy przez 5, 10, 15 minut. To ktoś, z kim uwielbiam dyskutować. Zawsze mu dziękuję. Zresztą, kiedy odchodziłem do Szwajcarii, wysłałem mu wiadomość: „Trenerze, wyjeżdżam na sześć miesięcy i nie wiem, czy wrócę. W każdym razie dziękuję za te dwa czy trzy tygodnie spędzone z wami. Mogłem pograć w piłkę”.

Nie wymagał ode mnie nie wiadomo czego. Czasami na treningu, gdy przygotowywał mecze, pytałem go: „Trenerze, co mam robić?”. Odpowiadał po prostu: „Graj w piłkę”. Więc grałem, strzelałem gole.

Był bardzo szczęśliwy, gdy widział, jak strzelam na treningach. To mnie naprawdę poruszyło z jego strony. Dziś mam świetne relacje z całym sztabem rezerw. Nawet z niektórymi zawodnikami, mam numery do kilku z nich. Czasami do siebie piszemy, rozmawiamy, gdy mijamy się w centrum treningowym.

„Feio? Uścisnąłbym mu dłoń”

Żeby zakończyć tematy byłego trenera. Powiedzmy, że teraz, gdyby Gonçalo Feio tu przyszedł, to miałbyś ochotę z nim pogadać, czy niespecjalnie?

Tak, tak. Nie mam z tym żadnego problemu. Zadali mi to pytanie chyba po meczu z Banikiem. Powiedziałem: nie jestem osobą pamiętliwą. Życzyłem mu wszystkiego najlepszego. Nie jestem kimś, kto życzy mu źle albo chce jego krzywdy. Dla mnie to rzeczy, które minęły. Gdybym spotkał go na meczu z Radomiakiem, podałbym mu rękę. Jakby nic się nie stało.

Nie zamierzam chować urazy. Myślę, że ludzie widzieli to, co widzieli na początku sezonu. Wydaje mi się nawet, że to ludzie zadają sobie więcej pytań o to, co się wydarzyło rok temu, niż ja sam.

Zmieniając temat – jesteś współrekordzistą pod względem liczby strzelonych goli w historii ligi szwajcarskiej, mając na koncie 111 bramek. Czy pojawia się pokusa, by tam wrócić i dołożyć jeszcze jedno trafienie?

Wcześniej miałem w głowie myśl: „chcę wrócić do Szwajcarii, żeby pobić ten rekord”. Ale ostatecznie mój brat, który zawsze jest głosem rozsądku, uświadomił mi prostą rzecz. Powiedział: „Rozumiem, że chcesz, ale dla mnie, jako twojego brata, w ciągu ostatnich 20 lat nie będzie w Szwajcarii większej legendy niż ty. Strzeliłeś 111 goli w krótszym czasie niż ten, który dzieli z tobą rekord”.

Pod względem efektywności, liczb – jesteś z przodu. Powiedział mi: „Zostaw to”. I to prawda, że czasem trzeba umieć zostawić sprawy takimi, jakie są.

Oczywiście, jeśli będę musiał wrócić do Szwajcarii, to wrócę, ale nie z takim nastawieniem. Dziś jestem tam znany jako jedna z legend ligi, a zawsze chciałem zapisać się w historii jakichś rozgrywek i to mi się w Szwajcarii, dzięki Bogu, udało. Wcześniej ten rekord to była obsesja, bardzo tego chciałem, ale dziś już nie.

Czy w Twojej karierze była oferta, której byłeś blisko przyjęcia, ale z jakiegoś powodu do tego nie doszło, albo której może żałujesz?

Nie, niczego nie żałuję. Zawsze mówiłem, że moje wybory w karierze są bardzo przemyślane. Pieniądze mnie nie interesują. Czasem ludzie myślą, że jestem szalony, ale gdybym pokazał ci oferty, jakie dostałem tuż przed podpisaniem kontraktu z Legią, pewnie zapytałbyś: „Dlaczego przyszedłeś do Legii?”.

Odpowiedziałbym, że tamte oferty nie pasowały do mojej osobowości, do stylu życia jaki chcę prowadzić. Dla mnie bardzo ważne jest życie w zgodzie z samym sobą, bo to pozwala mi dawać z siebie wszystko na boisku. Jeśli tego nie mam, możesz mi oferować co tylko chcesz, a ja powiem „nie”.

Czyli są miejsca, w których byś nie podpisał kontraktu, niezależnie od kwoty?

Dokładnie. Przykładowo, tuż przed przyjściem do Legii dostałem ofertę z Arabii Saudyjskiej opiewającą na 4 miliony rocznie.

4 miliony euro?

Tak, 4 miliony euro. Z Rosji miałem ofertę na 1,5 miliona, z Chin na 3 miliony. Ludziom czasem trudno mnie zrozumieć, ale to proste. Skupiam się na stylu życia. Chcę, żeby moja kariera odzwierciedlała to, kim jestem: osobą spokojną i refleksyjną. W futbolu chcę wygrywać trofea, być w środowisku, gdzie jest presja, oczekiwania i pasja. Czyli to wszystko, co jest tutaj. Kiedy Radek zadzwonił do mnie w sprawie Legii, szczerze mówiąc, dyskusja o kwestiach czysto piłkarskich trwała dwie minuty.

Wiesz dlaczego? Mówił przez jakieś piętnaście minut, tłumacząc projekt, ale ja wiedziałem, że to jest to już po dwóch. Mój agent też był przy tej rozmowie. Radek przedstawił Legię i swoje plany – to zajęło minutę. W kolejnej minucie powiedział, że Legia nie zdobyła tytułu przez cztery lata. Wtedy wysłałem SMS-a do agenta: „To jest to. Przekonał mnie”.

Przez resztę rozmowy tylko słuchałem. A kiedy wysłał mi filmy ze stadionu, z ośrodka treningowego i tak dalej… Byłem wtedy w Paryżu z bratem. Pokazałem mu to, a on wszedł na YouTube, żeby zobaczyć atmosferę. Słyszałem dźwięki z jego komputera. I to było to.

Chcąc poznać cię jako człowieka – jaki jest twój cel w życiu po zakończeniu kariery? Widzisz siebie w Europie, Afryce, Kamerunie, Francji czy Szwajcarii?

Zostanę w Europie.

Ale chyba raczej nie w Polsce?

Szczerze mówiąc… rozglądam się za kupnem czegoś w Polsce. Warszawa to miasto, które bardzo mi się podoba. Wcześniej jej nie znałem, ale wszystko, co do tej pory zobaczyłem… Pod względem mentalnym Warszawa do mnie pasuje. Wojna, zniszczenia, konieczność podniesienia się, odbudowy wszystkiego od zera i pójścia naprzód – tak samo funkcjonuję jako człowiek.

A co w twoim przypadku oznacza ta „wojna”, o której mówisz, że cię odzwierciedla?

Chodzi o fakt bycia w ogromnych tarapatach, utraty wszystkiego, a potem odrodzenia się. Warszawa to dla mnie jedno z najpiękniejszych miast, jakie widziałem, a kiedy patrzę na zdjęcia z przeszłości – miasto było całkowicie zrównane z ziemią.

Ale powiedziałeś, że to przypomina ciebie.

Tak, chodzi mi o proces odbudowy. Warszawa została zaatakowana, podeptana, ale podniosła się. Na zasadzie: Odbudujemy się i będziemy jeszcze lepsi niż wcześniej. Ten proces bardzo mi się podoba. Dlatego ta piosenka… „Sen o Warszawie”, tak to się chyba nazywa. Uwielbiam ją, mimo że nie rozumiem słów. Wyjaśniono mi jednak, o czym ona jest.

Teraz rozumiem, skąd to moje przywiązanie do klubu. Takie mentalne połączenie. Jestem osobą odporną, która lubi podnosić się po trudnościach i nigdy się nie poddaje. Chcę walczyć do końca, wierzyć. To miasto jest też jest uosobieniem tego wszystkiego. To co się tu wydarzyło i to co jest tu obecnie: to jest niesamowite!

„Musiałem walczyć, musiałem cierpieć”

Tak, na stadionie bywa tifo z napisem „Miasto, które przeżyło własną śmierć”.

Właśnie to. Dokładnie tak. I dla mnie… Odnoszę to również do mojej osobistej historii. Tego jak dorastałem. Afryka, przyszłość. Nie urodziłem się w zamożnej rodzinie. Musiałem walczyć. Musiałem cierpieć. Ale chciałem iść naprzód. Musiałem przechodzić ciężkie próby. Nawet to, co działo się w zeszłym sezonie, kiedy byłem pod ostrzałem krytyki z każdej strony. Ale potem trzeba było się podnieść. Trzeba było ruszyć od nowa. Pokazać ludziom, że to, co widzieli, to nie jest moja rzeczywistość. A nawet gdy nią była w pewnym momencie… To w tym roku będę lepszy niż w zeszłym.

Jakie są teraz twoje relacje z Dualą, gdzie sie urodziłeś, z Kamerunem? Wydaje mi się, że większość Twojej rodziny jest w Europie?

Mój ojciec zmarł niedawno. Trzy tygodnie temu zmarła też moja babcia… To są trudne sprawy. Moja biologiczna mama jest w Kamerunie. Moja rodzina adopcyjna jest portugalska.

A jak doszło do tej adopcji?

To wynik wielu problemów rodzinnych, gdy byłem dzieckiem. W pewnych momentach musiałem nawet uciekać z domu. Zawsze powtarzam, że moja osobowość jest taka, że łatwo adaptuję się w każdym miejscu.

Kiedy widzi się sytuację rodzinną, jaką miałem – to, co przeżyłem osobiście w mojej rodzinie – zawsze mówię ludziom, że to tak, jakbym wychował się na zewnątrz. Nie dorastałem wewnątrz domu. Dorastałem na zewnątrz.

Czasami w życiu dzieją się rzeczy, które sprawiają, że… nawet gdy jesteś młody, masz 11 czy 12 lat, podejmujesz decyzje, bo wiesz, że jeśli ich nie podejmiesz, nie wiadomo, co może się stać. Podejmując je, wiesz, że możesz chronić siebie i zapobiec pewnym zdarzeniom. I dokładnie tak było w moim przypadku. Moja przybrana mama mnie wtedy przygarnęła.

Gdzie była twoja przybrana mama?

We Francji. To było już we Francji. Mojego przybranego brata, Tristana, poznałem w szkole.

Czyli przyjechałeś do Europy z mamą…?

Nie, przyjechałem do Europy z żoną mojego ojca. Moja mama została w Kamerunie. Przyjechałem do ojca do Europy, gdy miałem 6 lat. Potem zostałem z nim i jego żoną. Ale moja mama zawsze pozostawała w Kamerunie.

Czytałem o tym, ale nie mogłem do końca zrozumieć jak dokładnie było z tymi przenosinami z Kamerunu do Francji.

Podróżowałem do Francji z moją młodszą siostrą i kobietą, która była żoną mojego ojca. Oni nie mieli razem dzieci. Poza tym, że była żoną mojego ojca, nie miałem z nią szczególnej więzi. Później odszedłem stamtąd z powodu wszystkich problemów i trudności, jakie mieliśmy.

W szkole poznałem mojego brata adopcyjnego. Spędzaliśmy ze sobą tyle czasu, wszystko robiliśmy razem… z nim przeżyłem wszystko. On też chciał zostać zawodowym piłkarzem. Razem jeździliśmy na testy do klubów. Z czasem, skoro spędzaliśmy tyle czasu razem, dowiedział się, co dzieje się w moim życiu, w mojej rodzinie. Powiedział o tym swojej mamie.

Czasami, gdy uciekałem z domu, bo było za dużo problemów, ona mnie przyjmowała. To mogło trwać 3 dni, 4 dni, tydzień. Trwało to rok, aż do momentu, gdy wyjechałem do akademii w Angers. Miałem wtedy 15 lat. I teraz, kiedy wracam w okolice Paryża, nie jadę już w okolice ojca, ale do mojej przybranej mamy. Zresztą ona przyjedzie tutaj w kwietniu.

Szuka domu w Warszawie

Gdzie zamieszkasz po zakończeniu kariery?

Na początku, kiedy skończę grać, wrócimy do Francji, ale nie jestem pewien, czy zostanę tam do końca życia.

Bo wspomniałeś, że masz ochotę kupić coś tutaj, w Polsce?

Tak, tak, rozglądałem się za kupnem czegoś.

„Coś” oznacza mieszkanie czy dom?

Dom. Bardzo podoba mi się życie, które mam tutaj w Polsce, bardzo lubię moje życie w Warszawie, więc dlaczego nie. Lubię Wilanów, gdzie mieszkam. Nie jesteś daleko od centrum, a jednocześnie jakby poza miastem. Jest trochę spokojniej. 

Poza piłką nożną masz inne hobby, coś mniej klasycznego?

Dużo czytam Biblię. To w sumie dziwne, bo nie lubię czytać, a jedyna książka, którą mogę czytać cały dzień, to właśnie Biblia. Poza tym, odkrywam w sobie nową pasję. To coś, co zawsze chciałem robić i co miałem w głowie, odkąd zacząłem grać w piłkę.

Zawsze powtarzałem, że chcę grać, ale pieniądze, które zarobię, nie mają po prostu leżeć na koncie, bym mógł mówić, że je mam. Chcę coś z nimi zrobić. To szalone, ale już następnego dnia po podpisaniu pierwszego kontraktu zastanawiałem się, jak będzie wyglądać moje życie, gdy skończę karierę.

Wszystko, co zrobiłem w swojej dotychczasowej karierze, miało na celu przygotowanie się na moment, w którym przestanę grać. Kiedy to nastąpi, będę spędzać znacznie więcej czasu z rodziną, także z tą we Francji – chciałbym, żeby mama przyjeżdżała, chciałbym mieć czas na więcej podróży i odkrywanie nowych rzeczy. Razem z moim zespołem analizuję różne opcje inwestycyjne.

To znaczy inwestycje w nieruchomości?

Może tak być, ale też otwieranie firm, wykupywanie ich czy udział w projektach inwestycyjnych innych przedsiębiorstw. Czasami zdarza mi się mieć dwa, trzy spotkania dziennie, podczas których poznaję ludzi prezentujących projekty biznesowe; spędzam czas na dyskusjach o tym, co ja mogę wnieść itd. Bardzo to lubię.

Czyli, ogólnie widzisz siebie raczej jako biznesmena niż trenera?

Trenera? Nie.

Zatem nie rozmawiam z przyszłym trenerem Legii Warszawa?

Nie, ale rozmawiałem z wieloma trenerami. Poprzez moich agentów mam też mnóstwo kontaktów z dyrektorami sportowymi. Zdałem sobie sprawę, iż mam dużą wiedzę piłkarską i taktyczną. Na iPadzie mam tablicę taktyczną i dużo gram w Football Managera. Czasami bawię się w domu, tworząc schematy taktyczne z różnymi utrudnieniami. Pozwala mi to też lepiej rozumieć futbol.

Ale nie chcę być trenerem, bo uważam, że to bardzo skomplikowana praca. Natomiast praca w piłce „na zapleczu”, jako agent – tego bardzo bym chciał, mam wiele kontaktów w klubach.

Chciałbym też pomagać młodym graczom, nowym pokoleniom zrozumieć, czym naprawdę jest futbol i co trzeba robić, by przetrwać w nim długo. Bo dziś, gdy spojrzysz na średnią – przynajmniej we Francji – przeciętna kariera trwa 4 lata.

4 lata?

Tak, bo jest wielu zawodników, którzy grają, ale ludzie myślą, że każdy ma karierę trwającą 10 lat. Tymczasem wielu gubi się po drodze, bo może mają złych doradców albo podejmują złe decyzje. Więc tak, być może zostanę agentem.

„Rajović ma jakość”

Pytanie z innej beczki, bo teraz dużo mówi się o Milecie Rajoviciu, w bardzo negatywny sposób. Że to najgorszy napastnik w historii klubu i tym podobne rzeczy…

To ktoś, z kim dogaduję się bardzo dobrze. To chłopak, który od przyjścia pokazał, że chce grać jak najlepiej… Zbliżyliśmy się do siebie naturalnie. I zawsze mu powtarzam: „masz umiejętności”.

Myślę, że przyszedł tutaj – podobnie jak ja wcześniej – z dużymi oczekiwaniami. A bycie napastnikiem numer jeden w Legii nie jest rzeczą łatwą. Musisz umieć radzić sobie z presją, oczekiwaniami. Jeśli drużyna nie gra dobrze, musisz też zaakceptować krytykę. A przede wszystkim musisz pokazać charakter.

Rzecz w tym, że nie każdy z nas ma taki charakter. Po prostu nie wszyscy go mamy. Mam z Miletą mnóstwo świetnych rozmów. Bardzo dobrze się rozumiemy, nawet na boisku, piłkarsko. Widzieliśmy to na początku sezonu, kiedy graliśmy przeciwko Larnace. To działało bardzo dobrze. On jest otwarty, ja też jestem otwarty.

I mówię sobie i jemu: nie traktuję cię jako konkurenta w negatywnym tego słowa znaczeniu. Zawsze traktowałem moich partnerów z drużyny jako osoby, które pomogą mi się rozwijać. Bo każdy z nas ma swoje własne zalety.

Widzę jakość, którą masz, te dobre rzeczy u ciebie. I jeśli są rzeczy, które robisz lepiej ode mnie, pomożesz mi poprawić się również w tej dziedzinie. „Rajo” ma jakość. Ma to, co trzeba. Dużo pracuje dla drużyny. Czasami trafiają się sezony, w których po prostu nie wiesz, co się dzieje.

Mileta Rajović
Sipa US / Alamy

Ale czy jest tu dla niego jeszcze nadzieja?

Oczywiście. Z drugiej strony, nie siedzę w jego głowie. Decyzje należą do niego. Ale w każdym razie zawsze mu powtarzałem: „wiedz, że tutaj, w klubie, zawsze będziesz miał mnie obok siebie”. Zawsze będę z nim i zawsze będę go wspierał. I on to widzi. Czasami, gdy on zaczyna w pierwszym składzie i przychodzi do szatni, a trener mówi o meczu, my zawsze mamy naszą małą chwilę, minutę lub dwie, kiedy rozmawiamy.

On przychodzi zapytać mnie, jak to wygląda z zewnątrz, gdzie według mnie może znaleźć wolne miejsce i tak dalej. Wszyscy jesteśmy różni. Myślę, że ja mam taką osobowość, która pozwala mi grać pod presją i bez presji. Nie każdy jest w stanie znieść taką presję i taką krytykę. Ale on się podniesie. Co do tego nie mam wątpliwości.

Podsumowując, spędziłeś w Legii już sporo czasu. Który piłkarz, którego tu spotkałeś, ma lub miał największy potencjał?

Największy potencjał? Myślę, że dzisiaj… nie ma tylko jednego, jest dwóch lub trzech.

Urbańskich dwóch

Możesz podać dwóch.

Pierwszy, nie mówię, że numer jeden, ale pierwszy, o którym myślę, to Wojtek Urbański.

Tak?

Dla mnie to piłkarz, który ma ogromne umiejętności. Ale myślę, że nie jest świadomy tego, co potrafi zrobić. Bo czasami na treningu… Na treningu robi niesamowite rzeczy. Ostatnio rozmawiałem z nim w jacuzzi. Zadałem mu pytanie: „Urbi, dlaczego nie grasz tak, jak trenujesz?”.

Bo, szczerze, czasami na treningu wychodzi z piłką z takich sytuacji… Patrzysz na to i mówisz: „Wow!”. Ale kiedy ma taką samą sytuację w meczu, nie bierze na siebie takiej samej odpowiedzialności. I zapytałem go: „Dlaczego?”.

Myślę, że sytuacja wokół jest taka, że… on wchodzi na boisko i chce grać bezpiecznie. Zadałem mu więc to pytanie: „Dlaczego nie grasz tak, jak trenujesz?”. Czasami robi niewiarygodne rzeczy na treningu. Wychodzi z opresji, drybluje, robi „ruletki. Czasami pressujemy go we dwóch, a on potrafi z tego wyjść.

A w meczu? Gdzie leży problem? Każdemu zdarza się stracić piłkę. Ale sytuacja sprawia, że… Myślę, że on chce pokazać, że gra spokojnie,.. Mówiłem mu to już w zeszłym sezonie: „Masz naprawdę wielki potencjał. Myślę, że nie zdajesz sobie z tego sprawy”.

I… drugi, o którym mógłbym pomyśleć… ma trochę ten sam problem co Urbański. To Żewłakow. Pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła, to że mówi po francusku. Druga… Pewnego dnia mu powiedziałem: „Kiedy idę na trening i widzę cię obok siebie, zabierasz mi całą energię”. Bo on, jeśli chodzi o mowę ciała, jest taki bardzo „spokojny”… Ma się wrażenie, że nie ma ochoty grać, a jest wprost przeciwnie – on kocha być przy piłce.

Ale powiedziałem mu: „Jeśli zdasz sobie sprawę, że w swoją grę musisz wkładać intensywność, zobaczysz co będzie. Możesz się rozwinąć, ale musisz zrozumieć, czego potrzebujesz. Jak musisz pracować. Jak musisz robić pewne rzeczy”.

U niego jest jakość. Bo dla mnie to ktoś, kto jest dobry w grze jeden na jeden. Jest szybki. Ma jakość dośrodkowania, którą widzieliśmy już w meczach. Ale z nim jest tak samo. Zadaję mu pytanie: „Co się dzieje w meczu? Dlaczego nie potrafisz tak jak na treningu? Powiedz mi dlaczego”.

Bo ludzie nie widzą w meczu tego, co oni wypracowują w ciągu tygodnia. I ludzie mówią: „Tak, ale on nie może grać”. Może grać! Ale nie wiem, co dzieje się w jego głowie podczas meczu. Dlaczego w meczu nie robi tego samego, co robi na treningu? 

Podobnie jest z małym Samuelem. Mały Samuel Kovacik. Słowak. Bardzo dobry, jeden na jeden. Myślę, że musi tylko uprościć swoją grę. To ktoś, kto dokłada jeszcze trochę za dużo dryblingu.

Ale ten, który dla mnie ma jakość, o której mógłbym powiedzieć, że jest najwyższa, to ten drugi Urbański.

Kacper Urbański
SOPA Images Limited / Alamy

Bo ludzie pytają, co się z nim dzieje.

To był jeden z pierwszych tygodni, kiedy trenowałem z drużyną. Cały tydzień. Zacząłem tydzień treningów z nim w tym samym zespole. On był rezerwowym. Rozkoszowałem się grą z nim. Ale kiedy mówię „rozkoszowałem”, to naprawdę – robiliśmy super kombinacje. Rozumieliśmy się bez słów.

Nie musiałem mu mówić: „zagraj mi tu piłkę, a ja ci ją tam oddam”. Pierwsza akcja, jaką miał: dostał piłkę, obrócił się, podał do mnie. Zagraliśmy „klepkę”. Zrobiliśmy to przynajmniej dziesięć razy podczas treningu. I za każdym razem wychodziło. Za każdym razem. On w końcu był zadowolony. Przyszedł do mnie na koniec i powiedział: „Czekałem na to sześć miesięcy”. Powiedziałem: „Piłka nożna jest prosta”. On na to: „Tak, ale… ty to zrozumiałeś”.

Jeśli chodzi o jakość, to dla mnie naprawdę ten zawodnik… Jeśli będzie regularny, trafi do reprezentacji narodowej. Dla mnie to pewne.

Już w niej był.

Dla mnie to znów przyszły gracz reprezentacji. Na sto procent.

Niektórzy już chyba stracili nadzieję.

Nie. Naprawdę cię zapewniam. I to ktoś, z kim dobrze się dogaduję, także piłkarsko. Stał się trochę moim „młodszym bratem”. Na przykład każdego ranka go zaczepiam. Trochę szturcham. No wiesz, wygłupiamy się. Ale pod względem jakości to jest zawodnik, który… No właśnie. Kiedy jest w formie, kiedy dobrze się czuje, to jest ktoś, kogo uwielbiasz oglądać w grze. Ja w każdym razie uwielbiam patrzeć, co robi z piłką. Tyle tylko, że musi to pokazać. To zawsze ten sam problem.

Chodzi o dynamikę wokół niego. Zachowując wszelkie proporcje – jeśli spojrzysz na Messiego dawniej, on, gdy brał piłkę, lubił mieć wsparcie obok. Wtedy kreował swoje akcje. Być może bez tego wsparcia byłoby mu trudniej. Właściwie z Kacprem jest tak samo. Jest „dziesiątką”. Musi wiedzieć, że numer 9 rozumie to, co on chce zrobić. Gdzie jest wolna przestrzeń, żeby mu pomóc. Gdzie „dziewiątka” ma się ustawić względem niego. Bo on ma tę inteligencję. Ma to wyczucie, co zrobić z piłką. Bez wątpienia jeszcze to pokaże. Nie martw się.

POLECAMY TAKŻE