Gikiewicz dla Goal.pl: Trenujemy na dywanach

Rafał Gikiewicz
Rafał Gikiewicz fot. ASInfo

Nie tak dawno temu imponował formą we wrocławskim Śląsku, jednak ostatni mecz oficjalny rozegrał w październiku poprzedniego roku. Po dziewięciomiesięcznej przerwie w grze Rafał Gikiewicz wraca na właściwe tory i w pełni skupiony szykuje się do debiutu w barwach Eintrachtu Brunszwik. Czy od początku wywalczy miejsce między słupkami niemieckiego drugoligowca? O początkach 26-letniego golkipera poza granicami Polski rozmawialiśmy z nim, gdy zawitał do Wrocławia.

Czytaj dalej…

Jaka jest twoja obecna sytuacja w Eintrachcie Brunszwik?

Rafał Gikiewicz: – Wygląda to tak, że broniliśmy z Marjanem Petkoviciem w sparingach po równo, dostaliśmy dokładnie tyle samo minut, a został nam ostatni mecz sparingowy z Sevillą w piątek. Nikt mi niczego nie obiecał, ale przyszedłem walczyć. Na początku odbiór mojego transferu był taki, że przyszedł Polak do 22 Niemców i pięciu Norwegów, więc łatwo nie było. W kolejnych meczach wybroniłem jednak co nieco, zaprezentowałem się dobrze i jestem traktowany inaczej. Koledzy nabrali do mnie szacunku, darzą mnie coraz większym zaufaniem. Jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że postawią na mnie, bo uważam, że nie odbiegam umiejętnościami. Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

Jak zwykle zaczną się porównania – 2. Bundesliga a Ekstraklasa. Po okresie przygotowawczym jesteś w stanie odnieść się do tego w jakiś sposób?

– Jeżeli chodzi o poziom piłkarski to jest paru lepszych zawodników, ale nie jest też tak, że jest to jakiś kosmos. Przede wszystkim różni się to organizacyjnie, baza treningowa, opieka treningowa. Nie mówię, że w Polsce jest źle, ale tam jest lepiej. Teraz, gdy Niemcy sięgnęli jeszcze po mistrzostwo świata, piłka w ogóle jest dla nich czymś szczególnym. Wzorują się na kadrze, wszystko temu podporządkowują, treningi i systemy są powielane. Bardzo dużo jest treningów taktycznych, wszystko jest nagrywane. Od tego wychodzą. Parę aspektów jest różnych, ale nie jest też tak, że przyszedłem z Polski do Niemiec i nagle nie wiem jak wygląda trening. Trener bramkarzy jest inny, oczekuje ode mnie czegoś innego, ale to też jest coś co lubię. Więcej mamy zajęć indywidualnych, nie ma takiego miksowania jak w Polsce, gdy codziennie ćwiczyliśmy z zespołem. W Brunszwiku mamy dwa treningi w tygodniu wspólnie z drużyną, pozostałe zajęcia dostosowane są już do nas indywidualnie, więcej czasu poświęca się samemu treningowi bramkarskiemu.

A różnice w infrastrukturze są rzeczywiście tak kolosalne?

– Jeżeli Eintracht Brunszwik ma taką bazę jaką ma, a miał najsłabszy budżet w Bundeslidze, choć wynosił on 20 milionów euro, czyli na poziomie warszawskiej Legii, to boję się pomyśleć, jaką bazą dysponują Bayern Monachium czy Borussia Dortmund. Powiem szczerze, że baza w Brunszwiku, a nie jest to ogromne miasto, jest piorunująca. Od małych dzieci, po pierwszy zespół, wszyscy trenują na boiskach trawiastych, wszyscy trenują na boiskach podlewanych. Nie wchodzisz na trening i nie myślisz, że zaraz się poobcierasz, poobijasz, bo boisko jest suche. Trenujemy na dywanach i można w takich warunkach od piłkarzy wymagać…

Rozmawiamy na Stadionie Miejskim we Wrocławiu, gdzie przyjechałeś zobaczyć z perspektywy trybun swoich byłych klubowych kolegów w meczu z Ruchem Chorzów. Macie kilka dni wolnego czy załatwiasz w Polsce jakieś sprawy?

– Dostaliśmy dwa dni wolnego. Media pisały, że z Wrocławiem i znajomymi ze Śląska mam złe stosunki, a tak nie jest. Mam tu znajomych, przed meczem rozmawiałem z Sebkiem Milą. Przyjechałem zobaczyć swoich byłych kolegów z drużyny w akcji, kibicuję im i nie mogło mnie tu zabraknąć. Po meczu jednak od razu wracam, bo rano czeka mnie trening (w poniedziałek; wywiad przeprowadzony został w niedzielę – red.).

Skoro śledzisz to co dzieje się wokół Śląska, to jak widzisz WKS bez Marco Paixao?

– Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie Śląska bez Marco. W poprzednim sezonie strzelił 70% bramek zespołu, był motorem napędowym każdej akcji ofensywnej. Trener i sztab szkoleniowy robią wszystko, by go zastąpić, ale myślę, że dla klubu będzie to olbrzymia strata. Uważam jednak, że Śląsk jakiegoś napastnika jeszcze pozyska, bo jest tylko młodzież i Sebino Plaku, który nie jest nominalnym napastnikiem. Potrzeba egzekutora, który minimum 10-12 goli strzeli.

Za trzy miesiące Marco ma wrócić…

– Według mnie nie wróci tak szybko. Ma podobne złamanie do tego, które kiedyś miał mój brat (Łukasz – red.). Stawiałbym, że wróci za 4-5 miesięcy.

Na co stać więc Śląsk, biorąc pod uwagę absencję Portugalczyka?

– Powiem szczerze, że ta liga jest tak wyrównana, że każdy może wygrać z każdym. Wisła remisuje z beniaminkiem, a drugi beniaminek ogrywa Legię… Śląsk natomiast musi każdy mieć wybiegać. W zeszłym sezonie Śląsk pokazał, że jako jedyny z Polski walczył jak równy z równym w europejskich pucharach. Z Clubem Brugge czy do pewnego momentu pierwszego meczu z Sevillą Śląsk nie przyniósł wstydu. Ma solidnych piłkarzy i w polskiej lidze mogą oni dużo zwojować, ale do tego potrzebne jest też szczęście, brak kontuzji. Wtedy spokojnie WKS może być w górnej ósemce, taki też chyba jest jego cel.

Chłopaki z szatni Eintrachtu śledzą eliminacje do LM i LE? Jeśli tak to żartują sobie na ten temat?

– Jest taki młody Norweg, Havard Nielsen. Śmiał się, że Molde wygrywa 4:0 jakiś wyjazd, a Lech w tym samym czasie przegrywa z amatorami z Estonii. My co roku mówimy o kompromitacji, brzydko mówiąc spodziewamy się, że czeka nas eurowpierdol, ale ja liczyłem na to, że w tych pierwszych rundach nasze zespoły będą miały po 3-4 gole przewagi i na rewanże będą jechały jak po swoje. Legię czeka za to bardzo ciężki mecz, łatwo nie będzie też Zawiszy. Oby nie sprawdził się czarny scenariusz, bo jeśli wszystkie cztery zespoły odpadłyby już teraz, byłaby to kompromitacja.

Ostro szlifowałeś język niemiecki jeszcze przed wyjazdem do Brunszwiku. Jak to wygląda teraz?

– W klubie byli zdziwieni, że przed przyjazdem do nich brałem prywatne lekcje w Polsce. Na obozie musiałem się integrować, więc załapałem kolejnych parę słówek. Od poniedziałku będę miał jednak nauczyciela i raz lub dwa razy dziennie, w zależności od planu treningowego, będę się uczył.

W Niemczech znać niemiecki trzeba.

– Tak, jest tam inaczej niż w Polsce. Jesteś w Niemczech to masz znać niemiecki. W Polsce dostosowujemy się do naszych obcokrajowców, a tam jak tylko przyjechałem, powiedziano mi, że muszę umieć dyrygować zespołem. Wiadomo, to nie jest skomplikowane, bo jeśli po polsku krzyczysz “czas”, “zmiana”, “plecy”, “uwaga”, to po niemiecku jest to samo: “achtung”, “zeit”, “wechsel”. Nie można tylko wstydzić się mówić, bo jak się wstydzisz, to się nie nauczysz. Ja to mówię ze śmiechem, bo wiadomo, że wymowa jest nieco inna, ale zyskuję w ten sposób też sympatię chłopaków. W Polsce mówiłem w szatni dużo po polsku, w Niemczech planuję nauczyć się niemieckiego i też mówić w szatni dużo.

Da się w Niemczech odczuć pomundialowe szaleństwo?

– Nie ma tam tak wspaniałych i fanatycznych kibiców jak w Polsce, ale jest ogromna kultura kibicowania. Gdy grali Niemcy miasto było pozamykane, piło się piwo, wszyscy świętowali. Na każdy sparing są płatne bilety, Niemcy przychodzą, oglądają, każdy mecz jest ważny. Czy grasz sparing z piątą ligą, czy z pierwszą, jest tylu kibiców, ilu może wejść na stadion. Nie mogę doczekać się ligi, mam nadzieję, że zadebiutuję 1 sierpnia i otworzę nowy rozdział swojej kariery.

Eintracht spadł z Bundesligi, celem na nadchodzący sezon jest powrót na najwyższy poziom rozgrywek?

– Nie ma ciśnienia na awans. Jeżeli będziemy wygrywali mecze, pewnie w zimowym okienku będą jakieś transfery. W 2. Bundeslidze faworytami są St. Pauli, Nürnberg i Kaiserslautern i to na nich jest większa presja. My będziemy każdy mecz grali po to, by go wygrać i dobrze się przy tym prezentować.

Rozmawiał Przemysław Mamczak

Komentarze