W ciemno z Marcinem Ryszką #23: Strach przed nieznanym, czyli ludzka twarz transferu

To miał być kolejny, standardowy w tym biznesie komunikat. Przenosiny Roberta Lewandowskiego za ocean, do amerykańskiego Chicago, to bez wątpienia potężne wydarzenie, które ostatecznie zamyka pewną wspaniałą i pełną sukcesów europejską epokę w wykonaniu naszego napastnika.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Wszyscy – od dziennikarzy, przez ekspertów, aż po zwykłych kibiców – podświadomie oczekiwali wyuczonych, gładkich formułek PR-owych o kolejnym wspaniałym etapie, ekscytującym sportowym projekcie i pięknych, wystudiowanych zdjęć z szerokim, amerykańskim uśmiechem. Zamiast tego, w oświadczeniu opublikowanym przez Annę Lewandowską dostaliśmy coś, co w dzisiejszym, do bólu plastikowym świecie mediów społecznościowych jest towarem absolutnie deficytowym: brutalną szczerość i zwykły, ludzki strach.

Głosy w sieci i zderzenie światów

Słowa o tym, że po prostu „cholernie się boi”, wypowiedziane przez osobę, która z boku wydaje się mieć absolutnie wszystko, zadziałały jak kubeł zimnej wody. Wpis Anny Lewandowskiej błyskawicznie rozgrzał media do czerwoności. Żyjemy obecnie w takim specyficznym świecie, w którym każdy, dzierżąc w dłoni smartfona, może w ułamku sekundy wydać wyrok i wyrazić swoją najostrzejszą opinię. Szykując się do napisania tego felietonu, przejrzałem pewnie setki komentarzy ludzi, którzy z zaangażowaniem odnosili się do wpisu żony naszego najlepszego piłkarza w historii.

Sam w głowie prowadziłem ze sobą wewnętrzną dyskusję. Z jednej strony masz przecież wszystko. Pieniądze, wpływy, a cała twoja rodzina jest finansowo ustawiona na kilka pokoleń do przodu. Z drugiej strony – jesteś tylko człowiekiem, jesteś matką. Masz dzieci, a te dzieci nie wiedzą na razie, czym jest dorosłe, skomplikowane życie. Świat dla nich to nie miliony na koncie, ale najlepsi przyjaciele, ulubiona szkoła, swoje ulubione miejsca. I nagle, z dnia na dzień, to wszystko tracisz, musisz się spakować i zostawić swój poukładany świat. Czy to, że na koncie Lewandowskich są setki milionów złotych, ma automatycznie powodować, że Anna Lewandowska traci prawo do tego, by napisać, że najzwyczajniej w świecie się boi? Że obawia się o emocje swoich córek, o to, że zostawia to, co zbudowała, by ruszyć w całkowicie nieznane?

Prawo do słabości i złota klatka

Mam wrażenie, że w tym całym internetowym oburzeniu bardzo wiele osób z premedytacją nie zauważa tego fragmentu, w którym autorka jasno podkreśla, że wspiera swojego męża, staje za nim murem, bo są przecież drużyną i grają do jednej bramki. Ktoś złośliwy oczywiście rzuci: „wielkie mi poświęcenie, skoro dzięki swojemu mężowi może żyć na tak kosmicznym poziomie”. Ale czy to wszystko nie przypomina trochę życia w złotej klatce?

Osobiście mam do Anny Lewandowskiej ogromny szacunek za to, co napisała. W swoim życiu miałem okazję poznać żony kilku piłkarzy, którzy naprawdę zrobili wielkie międzynarodowe kariery. Niemal zawsze w tych rozmowach przewijał się jeden i ten sam motyw – opowieści o gigantycznej samotności. O tych dniach, kiedy mąż jechał na trening, siedział całe dnie w klubie, był pochłonięty meczami, zgrupowaniami i presją, a kobieta musiała spędzać ten czas sama w wielkim domu. Często sama z dziećmi, w obcym kraju, nie mając wokół siebie nikogo naprawdę bliskiego, podczas gdy dzieci widywały swoich dziadków przeważnie tylko na ekranie telefonu. Wydaje mi się, że mam w sobie na tyle empatii, by wiedzieć, że Anna Lewandowska, publikując ten wpis, nie sprawdzała wcześniej salda swojego konta bankowego z myślą: „Anka, o co ci chodzi, przecież masz wszystko”. Po prostu wyrzuciła z siebie emocje, a ja taką szczerość zawsze potrafię docenić.

Perspektywa wielkiego mistrza

Z drugiej strony medalu, jako kibic, zacząłem się zastanawiać, jak na to wszystko patrzy sam zainteresowany. Czy Robert Lewandowski w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że jego żona opublikuje tak osobisty tekst? I idąc dalej – łapałem się na myślach, czy na miejscu Roberta naprawdę nie wybrałbym po prostu grania za dużo mniejsze pieniądze w mniejszym europejskim klubie, byle tylko utrzymać ten komfort i nie wywracać życia swojej rodziny o 180 stopni?

Szybko jednak uświadomiłem sobie jedną, fundamentalną rzecz. Robert Lewandowski jest dzisiaj w tym, a nie innym miejscu w historii futbolu właśnie dlatego, że zawsze robił wszystko według własnego uznania i własnych, piekielnie wysokich ambicji. Ten człowiek od początku swojej drogi był po prostu nienasycony. Zawsze szedł do przodu. Może on jako wybitny sportowiec dostrzega w tym amerykańskim projekcie coś, czego my z perspektywy kanapy jeszcze nie widzimy? Może ta przygoda w Chicago ostatecznie okaże się czymś, czym w najbliższym czasie znów będziemy się masowo zachwycać? Nie można wykluczyć, że Lewandowski po raz kolejny wyjdzie na boisko i udowodni nam wszystkim, że to on miał rację, a my się myliliśmy.

Smutek kibica

Mimo tych wszystkich rozważań, moje kibicowskie stanowisko na tu i teraz pozostaje niezmienne. Po prostu po ludzku mi szkoda, że piłkarz z tak potężnym dorobkiem i historią decyduje się na kontynuowanie kariery w takim miejscu na mapie. W miejscu, które ze względu na różnicę czasu i odległość będzie dla nas, polskich kibiców, tak cholernie trudno dostępne.

Wybaczcie, ale dzisiaj temat okazał się na tyle melancholijny, że wyjątkowo odpuszczam Kącik humorystyczny. Mam nadzieję, że powróci on w przyszłym tygodniu.

Trzymajcie się i do następnego piątku!

Marcin Ryszka