Właśnie w takich okolicznościach przyrody złapała mnie dzisiaj pewna bardzo nostalgiczna, głęboka myśl. Wszystko za sprawą kogoś z rodziny, kto podrzucił stare zdjęcie z naszego dawnego szkolnego rozdania świadectw. Kiedy tak zaczęliśmy wspólnie wspominać tamten dzień, tamte uśmiechy i szkolne korytarze, z miejsca zalała mnie potężna fala refleksji.
O tęsknocie za problemami, które dziś budzą uśmiech
Zastanawialiście się kiedyś, jak drastycznie, wręcz o sto osiemdziesiąt stopni, zmienia się nasza optyka wraz z upływającym czasem? Kiedy jesteś w szkole, absolutnie wszystko wydaje ci się kwestią życia i śmierci. Pamiętacie ten stres? Zbliżający się wielkimi krokami sprawdzian z matematyki potrafił spędzać sen z powiek przez tydzień. Niezapowiedziana kartkówka z historii brzmiała jak wyrok, a uwaga w dzienniku czy kłótnia z najlepszym kumplem na przerwie to był dramat o sile rażenia bomby atomowej. Wtedy, w tamtym konkretnym momencie naszego życia, to były nasze największe, najbardziej przytłaczające problemy. Mieliśmy poczucie, że cały świat leży nam na barkach, a dorośli – z tym swoim pouczającym tonem i tekstami w stylu „ucz się, bo szkoła to twój jedyny obowiązek” – zupełnie nie rozumieją naszej trudnej, młodzieńczej rzeczywistości.
A potem, często zupełnie niepostrzeżenie, przychodzi dorosłość. Brutalnie weryfikuje nasze pojęcie o tym, co jest w życiu trudne.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, przez pryzmat pędzącej codzienności, człowiek niejednokrotnie oddałby bardzo wiele, żeby chociaż na jeden dzień, na te symboliczne kilka godzin, wrócić do tamtych beztroskich czasów. Jakże chętnie zamienilibyśmy dzisiejsze prawdziwe zmartwienia – rosnące raty kredytów, inflację, nerwowe spotkania z szefem, stres w pracy, zmagania z urzędami czy troskę o zdrowie najbliższych – na tamtą klasyczną, szkolną dwóję z fizyki! Przecież z dzisiejszego punktu widzenia to był absolutny urlop od życia. Największym wyzwaniem było to, jak nie dać się wyrwać do tablicy, albo jak sprytnie podzielić się kanapką na długiej przerwie.
W tych wspomnieniach jest jeszcze jedna, niezwykle ważna warstwa, za którą podświadomie tęsknimy. To był świat o wiele bardziej namacalny i obecny. Nasze szkolne lata, niezależnie od tego, czy mówimy o podstawówce czy szkole średniej, to był czas budowania najprawdziwszych, niefiltrowanych przez ekrany smartfonów relacji. Nie było mediów społecznościowych, w których musieliśmy nieustannie kreować swoje idealne życie. Kiedy dzwonił dzwonek na przerwę, wychodziło się na korytarz i po prostu rozmawiało, śmiało, czasem złościło, ale wszystko działo się tu i teraz. Nasze problemy, choć z dzisiejszej perspektywy śmiesznie małe, przeżywaliśmy wspólnie, ramię w ramię.
Mundialowa beztroska
Dziś, dorosłe życie często spycha nas w stronę indywidualizmu. Każdy pędzi w swoją stronę, z nosem w telefonie, próbując połączyć ze sobą setki codziennych obowiązków. Kiedy więc niespodziewanie trafia w nasze ręce takie stare, szkolne zdjęcie ze świadectwem w dłoni, to tak naprawdę nie tęsknimy za samym budynkiem szkoły, za ławką czy tablicą kredową. Tęsknimy za tamtą niewinnością. Za uczuciem, że najgorsze, co może się nam dzisiaj przydarzyć, to niezrozumiały ułamek na tablicy, a po powrocie do domu czeka na nas obiad i perspektywa wyjścia z kolegami na boisko.
Dlatego wszystkim, którzy dzisiaj odebrali świadectwa, życzę po prostu cudownych, długich wakacji. A skoro ten oficjalny papier macie już ostatecznie w garści, to otwiera się przed wami najlepszy możliwy scenariusz. Teraz już absolutnie bez żadnych wyrzutów sumienia i obaw o poranne szkolne konsekwencje możecie z czystą głową zarywać nocki, by śledzić mecze trwających mistrzostw świata. Z kolei nam, dorosłym, życzę, żebyśmy potrafili w tym swoim codziennym pędzie znaleźć chociaż ułamek tamtej szkolnej, czerwcowej beztroski i też od czasu do czasu pozwolili sobie na taką nieprzespaną, piłkarską noc, zupełnie zapominając o porannym budziku.
Kącik humorystyczny
Koniec roku szkolnego. Ojciec siedzi w fotelu i z grobową miną przegląda świadectwo syna. Z niedowierzaniem kręci głową i w końcu pyta z wyrzutem:
– Jasiu, to jest po prostu jakaś jedna wielka tragedia! Dwója z matematyki, jedynka z historii, dwója z polskiego, dwója z fizyki… Zaledwie jedna trója z muzyki! Jak ty mi to logicznie wytłumaczysz?!
Na to Jaś patrzy na ojca ze stoickim spokojem, wzdycha ciężko i odpowiada:
– No cóż, tato… Główny problem polega na tym, że ja w tym wszystkim po prostu za dużo śpiewam.
Trzymajcie się i do następnego piątku!
Marcin Ryszka









