Pierwsze odcinki naszego programu Studio Reymonta powstawały w momencie, w którym Biała Gwiazda występowała już na poziomie pierwszej ligi. Przez te wszystkie miesiące towarzyszyliśmy drużynie w lepszych i gorszych momentach, analizując jej grę, zmiany trenerów i zawirowania w gabinetach. Dzisiaj, kiedy siadam do pisania tego felietonu, sytuacja jest diametralnie inna. Wisła jest zdecydowanym liderem tabeli, ma naprawdę sporą przewagę nad resztą stawki i musiałby się wydarzyć jakiś niesamowity, trudny wręcz do logicznego wytłumaczenia kataklizm, żeby ten awans wymknął się z rąk. Ekstraklasa jest już praktycznie zaklepana. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji w środowisku wokół klubu powinna panować powszechna radość, spokój i budowanie pozytywnej atmosfery. Tymczasem wystarczy otworzyć media społecznościowe, żeby zderzyć się z potężną ścianą narzekania.
Absurdalne wyroki i wirtualne zwalnianie
Przeglądając codzienne komentarze, można odnieść wrażenie, że dla sporej grupy odbiorców szklanka zawsze będzie do połowy pusta. Regularnie trafiam w sieci na wiadomości, w których ktoś z pełnym przekonaniem domaga się, aby trenera Mariusza Jopa zwolnić. Już, teraz, w trybie natychmiastowym. Argument? Bo rzekomo nie poradzi sobie w Ekstraklasie. Czytam to i przecieram oczy ze zdumienia. Mówimy o człowieku, który w obecnym sezonie wykręcił rewelacyjną średnią punktów na poziomie 2.0 na mecz. Robi świetną robotę, punktuje, wygrywa, realizuje postawione przed nim cele, a mimo to w sieci regularnie obrywa. To doskonale pokazuje absurdalne mechanizmy, jakimi rządzi się dzisiejszy internet. Sukces tu i teraz przestaje mieć znaczenie, jeśli komuś po prostu nie pasujesz do jego prywatnej, wirtualnej wizji futbolu. Zaczyna się krytykanctwo dla samego krytykanctwa.
W niewoli krzykliwej mniejszości
Ostatnio pod jednym z moich programów pojawił się komentarz, który zatrzymał mnie na dłuższą chwilę i dał naprawdę sporo do myślenia. Jeden z widzów napisał bardzo mądrą rzecz: jako twórcy, dziennikarze czy po prostu kibice, często za bardzo skupiamy się na osobach, które tylko krytykują i obrażają. Oddajemy im swoją uwagę i życiową energię. A przecież ten odsetek wiecznie niezadowolonych malkontentów jest tak naprawdę bardzo mały. To niewielki ułamek całej społeczności. Rzecz w tym, że są oni niesamowicie głośni i agresywni w swoim przekazie, przez co wydaje nam się, że reprezentują głos większości.
Coś w tym zdecydowanie jest. Często wpadamy w pułapkę scrollowania. Czytamy dziesięć merytorycznych, pozytywnych komentarzy i przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. Potem trafiamy na jeden jadowity, chamski wpis i to właśnie on zostaje w naszej głowie na resztę dnia. Psuje nam humor i zmusza do wchodzenia w bezsensowne, wyniszczające polemiki.
Kamieniami w największe pomniki
Zastanawia mnie zawsze, skąd w ogóle bierze się w ludziach ta dziwna, destrukcyjna potrzeba ściągania innych w dół. Kiedyś łudziłem się, że internetowy hejt dotyka tylko tych, którzy popełniają ewidentne błędy, nie dają z siebie wszystkiego albo celowo prowokują. Życie szybko zweryfikowało jednak ten pogląd. Wystarczy spojrzeć na absolutne legendy polskiego sportu. Robert Lewandowski – najlepszy napastnik w historii naszego kraju. Kamil Stoch – wybitny mistrz olimpijski, który dostarczył nam wzruszeń na długie lata. Robert Kubica – człowiek o nadludzkiej sile woli, który po dramatycznym wypadku wrócił do elity sportów motorowych.
Każdy z nich, mimo gigantycznych, historycznych wręcz osiągnięć, musiał i nadal musi mierzyć się z potężną falą negatywnych, często rynsztokowych komentarzy. Kiedy potyka się Lewandowski, nagle zza klawiatur wyrastają tysiące domorosłych ekspertów. Skoro obrywa się tak wielkim pomnikom, to co dopiero mówić o trenerze pierwszoligowego klubu czy sportowym dziennikarzu? Hejt ewidentnie nie jest karą za brak sukcesu. Hejt stał się dzisiaj podatkiem od bycia osobą publiczną.
Znaczek pocztowy jako filtr nienawiści
Kiedy rozmawiam ze starszymi stażem kolegami po fachu, często wracamy do czasów sprzed ery powszechnego internetu. Jeden z doświadczonych dziennikarzy opowiadał mi niedawno, jak reagowanie na opinie wyglądało w tradycyjnych redakcjach. Oczywiście, wtedy też zdarzała się ostra krytyka. Do gazety przychodziły listy od oburzonych czytelników, którzy nie zgadzali się z tezami w felietonie albo narzekali na postawę danej drużyny. Tylko że wtedy wyrażenie swojej złości kosztowało sporo zachodu. Żeby kogoś skrytykować, trzeba było wziąć kartkę, napisać list, włożyć go do koperty, nakleić znaczek, ubrać się i pójść na pocztę, żeby go wysłać. Ten proces wymagał czasu, a czas naturalnie chłodził emocje i odsiewał zwykłe chamstwo.
Dzisiaj barierą wejścia jest jedno kliknięcie w klawiaturę i wymyślony naprędce, anonimowy nick. Ten sam dziennikarz przyznał, że kiedy redakcje zaczęły przenosić się na portale internetowe, wielu jego świetnych kolegów po prostu nie wytrzymało tego psychicznie. Nie potrafili sobie poradzić z faktem, że pod ich rzetelnymi, dopracowanymi artykułami nagle pojawiało się szambo z wulgaryzmami. Zderzenie z tą nową, wirtualną rzeczywistością było dla wielu bolesnym szokiem.
Gdzie leży cienka granica
Zastanówmy się jednak przez chwilę, gdzie tak naprawdę przebiega ta linia, która oddziela merytoryczną ocenę od internetowego rynsztoku. Jako społeczeństwo bardzo często wrzucamy dzisiaj te dwa pojęcia do jednego worka, a przecież różnica opiera się na grubych, twardych fundamentach. Przede wszystkim chodzi o cel i intencję. Prawdziwa krytyka, nawet ta najbardziej surowa, zawsze ma za zadanie budować. Zwraca uwagę na problem, punktuje błędy, zmusza do refleksji i niesie ze sobą jakąś wartość dodaną. Hejt przeciwnie – jego jedynym, prymitywnym celem jest niszczenie. Służy wyłącznie do zadawania bólu, upokorzenia drugiego człowieka i wyładowania własnych, życiowych frustracji.
Druga sprawa to to, w co dokładnie uderzamy. Krytyka ocenia konkretne dzieło, zachowanie czy błędną decyzję na boisku. Hejt atakuje personalnie, skupia się na wyglądzie, pochodzeniu i brutalnie odbiera godność. No i wreszcie kwestia wysiłku. Skonstruowanie dobrej krytyki wymaga myślenia, logiki i chociaż cienia wiedzy. Hejt jest intelektualnie skrajnie leniwy, bazuje wyłącznie na tanich emocjach i wyzwiskach, z którymi nawet nie da się polemizować.
Mentalna tarcza profesjonalistów
Przeprowadzając wywiady ze sportowcami czy rozmawiając z nimi prywatnie, bez włączonych kamer i dyktafonów, temat reagowania na krytykę i oceny z zewnątrz wraca jak bumerang. Dla każdego profesjonalisty grającego na wysokim poziomie jest to jeden z najważniejszych elementów budowania własnej siły mentalnej. Niemal zawsze w tych rozmowach pojawia się jeden kluczowy wniosek: trzeba za wszelką cenę nauczyć się rozgraniczać konstruktywną krytykę od zwykłego hejtu.
Krytyka pozwala wyciągać wnioski na przyszłość, hejt to ślepe uderzenie w człowieka, z którego nie da się wyciągnąć absolutnie żadnej pożytecznej lekcji. Dlatego dzisiejsi sportowcy uczą się budować gruby, mentalny mur. Przyjmują merytoryczne uwagi, a wirtualne krzyki hejterów po prostu wyrzucają do kosza. I chyba wszyscy, jako społeczeństwo, powinniśmy się tej trudnej sztuki od nich uczyć.
Kącik humorystyczny
Tradycji musi stać się zadość. Na sam koniec, dla rozładowania emocji, mam dla was żart z bardzo dużym przymrużeniem mojego niewidzącego oka.
Niewidomy kibic przychodzi na ligowy mecz ze swoim psem przewodnikiem. Siadają na trybunach i słuchają. Po fatalnym, nudnym spotkaniu, ich drużyna w doliczonym czasie gry w końcu strzela upragnionego, zwycięskiego gola. Stadion dosłownie szaleje z radości. Nagle pies przewodnika zaczyna głośno i radośnie szczekać, merdać ogonem, skakać, a na sam koniec robi z radości niesamowite salto w tył.
Siedzący obok kibic przeciera oczy ze zdumienia, klepie niewidomego w ramię i pyta:
– Panie! Co ten pański pies wyprawia?! To jest niesamowite! On tak zawsze reaguje, jak nasi strzelają bramkę?
Niewidomy wzrusza ramionami i odpowiada ze stoickim spokojem:
– Nie mam pojęcia. Mam go dopiero od trzech lat.
Trzymajcie się i do następnego piątku!
Marcin Ryszka









