W ciemno z Marcinem Ryszką #14: Diss na raka, czyli jak internetowy dziad odzyskał wiarę w ludzi

Przyznaję się bez bicia – jestem klasycznym, internetowym dziadem. Świat dzisiejszych influencerów, tiktokerów, youtuberów czy streamerów to dla mnie w dużej mierze czarna magia. Kiedy słyszę te wszystkie krzykliwe pseudonimy, zazwyczaj nie mam zielonego pojęcia, o kim w ogóle mowa.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Wychowałem się w czasach, kiedy wyniki meczów sprawdzało się na zacinającej się telegazecie, a żeby zobaczyć skróty spotkań, trzeba było z pilotem w ręku warować przed telewizorem i czekać na wieczorne wiadomości sportowe. Z dzisiejszymi internetowymi trendami zazwyczaj jestem mocno na bakier. Dokładnie tak samo było w przypadku chłopaka o ksywce Łatwogang. Nie znałem gościa ani jego twórczości. Dowiedziałem się o jego istnieniu dopiero w miniony piątek, czyli w dniu, kiedy postanowiłem po raz pierwszy na poważnie zacząć śledzić to całe internetowe zamieszanie, o którym nagle zaczęła huczeć cała Polska.

Gdy cyfry stają się życiem

Wszedłem na ten stream i po prostu przepadłem. Zrozumiałem, że to nie jest tylko kolejna zabawna akcja w sieci, ale potężne zjawisko, które definiuje na nowo słowo solidarność. Ten chłopak postanowił, że przez dziewięć dni będzie non-stop, na żywo, słuchał utworu „Diss na raka”. To kawałek nagrany przez 11-letnią Maję, dziewczynkę chorującą na nowotwór, którą wsparł raper Bedoes. Cel był jeden: gigantyczna zbiórka pieniędzy dla podopiecznych fundacji Cancer Fighters. Finał tej akcji to coś, co dosłownie wyrywa z butów. Kiedy licznik ostatecznie stanął, pokazywał ponad 282 miliony złotych. Przeczytajcie to sobie jeszcze raz na głos: dwieście osiemdziesiąt dwa miliony złotych! To jest szaleństwo, totalne szaleństwo. Ale to szaleństwo, które niesie ze sobą tak potężne, namacalne dobro, że aż ze wzruszenia ściska za gardło.

Rak to przeciwnik który nie gra fair

Dla mnie osobiście ta cała akcja ma wymiar, o którym cholernie trudno mi się pisze. Uderzyła we mnie ze zdwojoną, a może i potrójną siłą, odblokowując szufladki w głowie, które dawno chciałem zamknąć na klucz. To dla mnie temat do bólu osobisty. Nie wszyscy z was pewnie wiedzą, ale jako dzieciak sam straciłem wzrok właśnie w wyniku nowotworu siatkówki. Doskonale pamiętam tamte czasy. Pamiętam jak dziś szpitalne korytarze, ten specyficzny, duszący zapach oddziałów onkologicznych, ciągłe wkłucia, ciche pikanie aparatury medycznej. Pamiętam ten paraliżujący strach w oczach moich rodziców i twarze innych dzieci, które z dnia na dzień, w brutalny sposób, zostały obdarte z beztroskiego dzieciństwa i musiały dorastać w szpitalnym tempie.

Wydawało mi się, że tamten mroczny etap życia mam już dawno i bezpowrotnie za sobą, że najgorsze już wycierpiałem. Niestety, los bywa niezwykle okrutny i bardzo lubi zataczać bolesne koła. Mój syn, Michaś, ma w tej chwili niecałe sześć lat. Chłopak w jego wieku powinien myśleć tylko o tym, w co zagramy na dywanie albo jak mocno potrafi kopnąć piłkę na podwórku. I my dzisiaj, znowu, jako rodzina, na nowo walczymy u niego z tym samym cholernym, podstępnym przeciwnikiem – siatkówczakiem. Każdy dzień to potężna sinusoida emocji, cichej nadziei i paraliżującego lęku o to, co przyniesie jutro.
Dlatego, kiedy słuchałem w miniony weekend tych relacji ze zbiórki Łatwoganga, kiedy słyszałem o tych setkach tysięcy wpłat od zwykłych ludzi i wielkich firm, czułem po prostu potężne wzruszenie. Jestem absolutnie przekonany, że te zebrane pieniądze gigantycznie pomogą polskiej onkologii dziecięcej. Oczywiście, jako realista zdaję sobie sprawę, że to wciąż zaledwie ułamek w morzu ogromnych potrzeb. System ochrony zdrowia ma swoje potężne dziury, a innowacyjne leczenie onkologiczne to wciąż studnia bez dna. Ale to jest ułamek, który tu i teraz uratuje życie konkretnym dzieciakom. Już docierają do nas informacje z fundacji, że kilka milionów zostało natychmiast rozdysponowanych dla ponad pół setki dzieci, dla których każdy dzień zwłoki mógł oznaczać ostateczny wyrok. To nie są bezduszne cyferki w Excelu. To są uratowane życia, ocalone marzenia i łzy ulgi na twarzach wykończonych rodziców.

Internetowe szambo i kalkulatory nienawiści

I kiedy już wydawało mi się, że wobec tak pięknej, szlachetnej i bezdyskusyjnie dobrej inicjatywy wszyscy jako społeczeństwo połączymy siły, nagle z niektórych zakamarków internetu wybiło straszliwe szambo. Po prostu nie mogłem – i nadal nie mogę – wyjść z szoku, że w ogóle znajdują się wokół nas ludzie, którzy są w stanie bez cienia wstydu krytykować tę akcję. Pojawili się trolle, frustraci i internetowi mądrale z kalkulatorami w rękach, którzy nagle, siedząc bezpiecznie we własnych domach, poczuli misję robienia jakichś chorych, wyssanych z palca wyliczeń. Widziałem na własne oczy w sieci wpisy, w których jakiś anonimowy obrońca sprawiedliwości z pełnym przekonaniem sugerował ludziom, że z każdej wpłaconej złotówki zaledwie 0,21 zł trafi realnie do potrzebujących dzieci, a reszta wyparuje.

Nie mam pojęcia, naprawdę nie potrafię pojąć, co trzeba mieć w głowie, żeby produkować i powielać takie krzywdzące bzdury. Rozumiem ostrożność. Naturalne i potrzebne jest to, że ludzie chcą dokładnie sprawdzać, czy ich ciężko zarobione pieniądze są faktycznie wpłacone i będą w całości przekazywane w dobrym celu. Transparentność to twardy fundament każdej udanej zbiórki. Ale na litość boską, jeśli nawet z jakiegoś dziwnego powodu jesteś w tej sytuacji sceptyczny i nie chcesz pomagać – to po prostu nie pomagaj! Zostaw te pieniądze w kieszeni, zamknij przeglądarkę, idź na spacer, zajmij się swoim życiem. Ale dlaczego takimi parszywymi działaniami starasz się obrzydzić tę akcję innym? Dlaczego robisz wokół tak wielkiego dobra bezsensowny i chory ferment? To jest uderzanie w najniższe instynkty. Dla mnie tacy ludzie to absolutne dno, szkodniki, które nie potrafią znieść tego, że ktoś inny robi na ich oczach coś tak wspaniałego.

To nie są zawody dobro nie ma barw

Nie rozumiem również tego powszechnego, męczącego zjawiska, jakim jest nieustanne porównywanie zbiórki Łatwoganga do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Od razu w komentarzach zaczęło się przepychanie: kto zbiera lepiej, czyja metoda jest bardziej właściwa, kto zebrał więcej. A ja się pytam: po co to wszystko? Czy to są zawody sportowe o to, kto wyżej skoczy? Czy naprawdę nie może być po prostu tak, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która od kilkudziesięciu lat robi tytaniczną, cudowną robotę, będzie sobie nadal działać i kupować najnowocześniejszy sprzęt do szpitali, a Łatwogang – jeżeli w ogóle kiedykolwiek zdecyduje się na drugą edycję takiej akcji – będzie sobie działał osobno i w swoim własnym formacie?

Czasy się drastycznie zmieniają. Młode pokolenie komunikuje się zupełnie inaczej, konsumuje media w internecie, żyje w innym, o wiele szybszym tempie. Dlatego to jest jak najbardziej naturalne i logiczne, że wraz ze zmianą pokoleniową, zmieniają się również same sposoby docierania do darczyńców i formy zbierania pieniędzy. Dla mnie każda osoba, każdy twórca czy zwykły wolontariusz z puszką, który chce tworzyć realne dobro, po prostu zasługuje na głośne oklaski na stojąco. Nie ma tu miejsca na rywalizację.

Medal cenniejszy niż złoto

Na koniec muszę napisać o czymś, co bardzo leży mi na sercu. Jestem nieprawdopodobnie dumny z tego, że tak wielu ludzi ze świata sportu rzuciło się w wir tej pomocy. Pokazali, że w obliczu prawdziwego dramatu nie ma podziałów na klubowe barwy czy dyscypliny. Dla mnie absolutnie największym bohaterem i pięknym symbolem tego weekendu był bezapelacyjnie nasz Władek – Władimir Siemirunnij. To chłopak z niesamowitą, trudną historią, który niedawno wywalczył dla Polski srebrny medal olimpijski w łyżwiarstwie szybkim na igrzyskach w Mediolanie. Wiem doskonale, ile fizycznego bólu i życiowych wyrzeczeń kosztuje wejście na olimpijskie podium. To jest często sens i cel całego życia zawodnika. A co zrobił Władek? Po północy, pod wpływem szczerego impulsu, wsiadł w samochód w Spale i przyjechał prosto do Warszawy. Na streamie, na oczach setek tysięcy młodych widzów, ogolił głowę na łyso w geście solidarności i oddał swój bezcenny medal olimpijski na charytatywną licytację. To gest tak potężny i tak szczery, że aż brakuje mi do niego słów. Panie Władimirze, ma pan u mnie dożywotni, ogromny szacunek.

Sportowa twarz internetowego szaleństwa

Bardzo fajnie było też zobaczyć w takiej luźnej, nieprzefiltrowanej przez agentów PR sytuacji naszych czołowych piłkarzy. Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny pojawili się na łączach i pokazali kibicom ogromny dystans do siebie. Kiedy zbiórka osiągała kolejne gigantyczne progi, Wojtek Szczęsny, z tym swoim charakterystycznym uśmiechem, obiecywał, że jeśli pęknie bariera 150 milionów, zachęci Lamine Yamala do nagrania wspólnego TikToka pod piosenkę z akcji. Próg pękł niemal natychmiast, słowo się rzekło i Szczęsny faktycznie dowiózł obietnicę. W sieci błyskawicznie pojawiło się wideo, na którym nasz bramkarz razem z jedną z największych gwiazd Barcelony bawią się do rytmów dissu. To wszystko budowało kapitalną, pozytywną atmosferę. Zamiast nadętych apeli, mieliśmy potężną dawkę normalności i luzu.

Podsumowując to wszystko: w czasach, kiedy na co dzień zewsząd zalewają nas tragiczne informacje, internetowy hejt i polityczne podziały, nagle dostaliśmy namacalny dowód na to, że wciąż potrafimy być zjednoczeni. Zobaczyliśmy siłę internetu, który zamiast dzielić i niszczyć – realnie ratuje ludzkie życia. Oby ta energia została z nami jak najdłużej.

Kącik humorystyczny

Tradycji musi stać się zadość, więc na sam koniec zostawiam was z krótkim sportowym żartem.

Dwie muchy grają w piłkę w filiżance. Jedna po bardzo nieudanym zagraniu mówi do drugiej:
– Postaraj się trochę bardziej, bo za tydzień gramy w pucharze!

Trzymajcie się i do następnego piątku.