Szok, niedowierzanie i bolesna prawda
Byłem święcie przekonany, że to jakiś wyjątkowo głupi, okrutny i niesmaczny żart. Przecież mówimy o człowieku w sile wieku, pełnym życiowej energii, ogromnym profesjonaliście. To po prostu nie mieściło się w głowie. Kiedy kolejne media zaczęły potwierdzać te tragiczne doniesienia, a do tego doszła informacja, że to wszystko wydarzyło się podczas porannego treningu biegowego, totalnie się załamałem. Zadałem sobie pytanie, które pewnie zadało sobie w tym momencie tysiące kibiców w całej Polsce: jak to w ogóle jest możliwe? Jak to jest, że człowiek, który całe swoje życie podporządkował sportowi, który w tym środowisku uchodził za absolutny wzór prowadzenia się i profesjonalizmu, żegna się z tym życiem właśnie w taki sposób?
W tamten piątek mój telefon praktycznie nie przestawał dzwonić. I co najbardziej uderzające – wcale nie dzwonili tylko ludzie ze środowiska dziennikarskiego czy polskiej piłki. Dzwonili moi znajomi, którzy na co dzień nawet nie interesują się bardzo piłką nożną, ludzie, dla których futbol to tylko kolejna dziedzina życia, o której rzadko myślą. Wypytywali z niedowierzaniem, co się stało, jak to możliwe, że taki młody, pełen życia człowiek nagle odszedł z tego świata. Wielu moich znajomych i członków rodziny do teraz podsyła mi w wiadomościach różne archiwalne filmy z udziałem trenera Jacka Magiery. To chyba najlepiej pokazuje, jak ta śmierć wpłynęła również na tych, którzy od wielkiego futbolu byli – umówmy się – bardzo daleko.
Wzór, który nie miał wrogów
Środowisko polskiej piłki nożnej jest niezwykle specyficzne. Owszem, można tu spotkać naprawdę mnóstwo inteligentnych, empatycznych i wartościowych ludzi, ale nie oszukujmy się, to także świat pełen barwnych ptaków. Nie brakuje w nim osób bardzo kontrowersyjnych, tak zwanych królów życia, którzy zamiast budować swoją historię na pięknych, czysto piłkarskich karierach i ciężkiej pracy, są słynni głównie z tego, że zaliczali kolejne grube imprezy. Prowadzili hulaszczy tryb życia, o którym potem chętnie i z uśmiechem na ustach opowiadają w wywiadach czy obszernych, bestsellerowych książkach. Jacek Magiera był na tym tle kimś z zupełnie innej planety. Tak jak w punkt napisał Krzysiek Stanowski, to jest niesamowite, że Jacka Magierę szanowali i lubili absolutnie wszyscy w tym środowisku. W tym naszym skłóconym, często zawistnym polskim piekiełku, on po prostu nie miał wrogów.
Widać było wyraźnie, jak ta informacja zszokowała i wręcz znokautowała ludzi z samego środka tego piłkarskiego świata. Wielka klasa dla chłopaków z Kanału Sportowego, którzy podczas programu na żywo dostali informację, że Jacek Magiera nie żyje. Było widać, jak ich to potwornie dotknęło. Adam Sławiński zachował się w sposób, który budzi najwyższy szacunek – po prostu od razu postanowił, że kończy program. Są momenty, kiedy sport schodzi na daleki, nieistotny plan i to był właśnie ten moment. Daria Kabała-Malarz to z kolei przykład czystego, pięknego profesjonalizmu, jeśli chodzi o dziennikarstwo sportowe. Prowadząc „Super Piątek”, niejednokrotnie łamał się jej głos, a mi przed telewizorem również leciały łzy. To były emocje, których nie da się wyreżyserować. Nie wiem, po co dzieją się takie sytuacje w życiu, może po to, żeby nam coś brutalnie uświadomić? Ale czy naprawdę nie ma jakiejś innej, łagodniejszej metody? Pytam, bo po prostu nie znam na to odpowiedzi.
Lekcja o szczęściu i farcie
Muszę wam przyznać, że mój ostatni tydzień upłynął w dużej mierze na nadrabianiu i oglądaniu w czasie wolnym różnych archiwalnych wywiadów z trenerem. Niejednokrotnie przy tym poleciały mi łzy. Pamiętam, jak jeszcze kilka tygodni temu na kanale „Łączy nas piłka” opowiadał o słynnej książce „Szczęście czy fart”. Właśnie tę pozycję wręczył młodemu Oskarowi Pietuszewskiemu, przekazując mu niesamowicie mądrą lekcję. Panie trenerze, obiecuję, że ja również po tę pozycję w najbliższym czasie sięgnę i uważnie ją przeczytam. W tych wszystkich wypowiedziach widać było człowieka niezwykle ciepłego i rodzinnego. Wspominał między innymi o tym, że jego wielkim marzeniem jest to, żeby zostać dziadkiem. W wypowiedziach publicznych nigdy nie wstydził się również swojej wiary, co w dzisiejszych czasach wymaga naprawdę sporej odwagi. Pięknego świadectwa udzielili kiedyś wspólnie ze swoją żoną, a historia o tym, jak się poznali, świetnie pokazywała jego podejście do świata. Oboje mocno wierzyli w to, że w życiu tak naprawdę nie ma przypadków, są po prostu znaki, które musimy umieć odczytać.
Siła, która idzie z nieba
Wiecie doskonale, w jakich czasach dzisiaj funkcjonujemy. Zmontować jakiś wiarygodny film z udziałem sztucznej inteligencji to żaden wielki problem. Można bardzo łatwo manipulować obrazem, można coś tak wyreżyserować i zmontować, żeby na pierwszy rzut oka wydawało się to całkowicie prawdziwe. Kiedy więc w niedzielę zobaczyłem na portalu X krótkie wideo, na którym bramkę z rzutu wolnego w meczu szkółki Śląska Wrocław strzela syn pana trenera, Jan, byłem przekonany, że to jakiś chory fejk. Chłopak podszedł do piłki, zdobył gola, a potem zdjął koszulkę i zadedykował to trafienie swojemu zmarłemu tacie. Później okazało się, że to najszczersza prawda, a ja po raz kolejny usiadłem w fotelu i po prostu się popłakałem. Pomyślcie sobie przez chwilę, co musiał czuć wewnątrz ten młody chłopak. To przecież wciąż nastolatek, tak naprawdę jeszcze dziecko. W piątek niespodziewanie umiera mu tata, wali się cały jego świat, a on ma w sobie na tyle potężnej siły, żeby wyjść na ten niedzielny mecz. Przygotować sobie specjalną koszulkę ku pamięci taty, podejść do stałego fragmentu gry, zdobyć gola i posłać go prosto do nieba. Niesamowita, niewyobrażalna siła.
Człowiek, który potrafił się zatrzymać
Wczoraj oficjalnie pożegnaliśmy Jacka Magierę. Patrząc na to, jak wyglądały te ostatnie dni, mam nieodparte wrażenie, że trener już po swojej śmierci zrobił jeszcze jedną, naprawdę wielką rzecz. Po prostu zjednoczył całe, często podzielone środowisko polskiej piłki nożnej. Dla nas wszystkich to, co się wydarzyło, powinno być potężnym sygnałem do tego, że nikt z nas nie zna dnia ani godziny. Abstrahując już od tego, czy ktoś jest osobą wierzącą, czy też nie, usłyszałem ostatnio takie niezwykle mądre zdanie: jeśli chcesz naprawdę rozśmieszyć Pana Boga, to opowiedz mu o swoich życiowych planach. Muszę przyznać, że coś głębokiego i bolesnego w tym jest.
Sam miałem wielki zaszczyt rozmawiać z trenerem kilka razy w życiu, przeprowadzając z nim wywiady w redakcjach, w których pracowałem. Ogromna kultura osobista, absolutny profesjonalizm, cierpliwość i ludzkie zrozumienie. To wszystko charakteryzowało pana trenera na każdym kroku. Nigdy nie zapomnę, jak po zakończeniu jednej z naszych oficjalnych rozmów, to on nagle zaczął sam zadawać mi pytania na temat mojego życia. Było w tym widać to, że po prostu bardzo szczerze interesuje się drugim człowiekiem. Rzadko spotyka się kogoś, kto potrafi się tak zatrzymać dla innej osoby.
Życie ludzkie, moi drodzy, jest przerażająco kruche. Wszystko może skończyć się nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Panie trenerze, będzie pana tutaj na ziemi po prostu bardzo brakowało. Mam głęboką nadzieję, że pańska piękna historia i to wszystko dobre, co zostawił pan po sobie tutaj na świecie, spowoduje, że ten świat stanie się chociaż o tę jedną małą odrobinę lepszy.
Trzymajcie się i do następnego piątku.
Marcin Ryszka








