Wylądowałem w Polsce w okolicach godziny dwudziestej pierwszej i swoje pierwsze kroki skierowałem prosto na krakowski Rynek Główny, gdzie impreza trwała już w najlepsze. Jako młody chłopak miałem okazję brać udział w fetach mistrzowskich, ale to, co działo się teraz, miało zupełnie inny wymiar. Było to przeżycie znacznie bardziej świadome. Z racji wieku i doświadczenia wszystko to docierało do mnie głębiej, a dodatkowo mogłem po prostu z dużo większym luzem poświętować ramię w ramię z kibicami.
Fenomen socjologiczny pierwszej ligi
Wielokrotnie podkreślałem w swoich tekstach, że to, co działo się wokół Wisły Kraków przez ostatnie cztery lata na zapleczu elity, to prawdziwy fenomen socjologiczny. Zbudowano tu niesamowitą, zjednoczoną społeczność. Domowa frekwencja, która w ostatnim czasie utrzymywała się na poziomie przynajmniej 20 tysięcy widzów, stała się przy Reymonta czymś absolutnie normalnym, wręcz standardowym. Do tego trzeba doliczyć niezapomniane mecze wyjazdowe, jak choćby to wielkie starcie z Ruchem Chorzów na Stadionie Śląskim, czy wreszcie magiczną, pucharową atmosferę podczas finału na Stadionie Narodowym.
To wszystko było widać jak na dłoni, gdy spacerowało się po zalanym ludźmi Rynku. Można było spotkać tam całe wiślackie rodziny. Rozmawiając z kibicami, niejednokrotnie słyszałem historie o tym, że to panie wyciągały na stadion swoich chłopaków i mężów, zarażając ich tą specyficzną, piłkarską pasją.
Zaskoczenie klubowych legend
Skala tego wydarzenia zaskoczyła absolutnie wszystkich. Wymieniając zdania ze starszymi kolegami po fachu oraz z byłymi piłkarzami Wisły, usłyszałem jedno, niezwykle spójne spostrzeżenie: takiego świętowania nie było nawet wtedy, gdy klub seryjnie zdobywał mistrzostwo Polski. Oczywiście, w erze wielkiej dominacji na krajowym podwórku była ogromna radość, lały się szampany i śpiewano do rana, jednak serce Krakowa nigdy nie wypełniło się takimi tłumami.
Od jednej z absolutnych legend klubu usłyszałem zresztą bardzo trafne spostrzeżenie. Były piłkarz stwierdził, że prawdopodobnie dopiero historyczny awans do Ligi Mistrzów spowodowałby podobne szaleństwo i podobne obrazki pod Wawelem – a jak dobrze pamiętamy, tej bariery nigdy nie udało się przeskoczyć.
Biorąc to wszystko pod uwagę i wciąż mając przed oczami te niesamowite obrazki z krakowskiego Rynku, trudno nie puszczać wodzy fantazji. Strach wręcz pomyśleć, co będzie się działo w tym mieście, kiedy Wisła w końcu powróci na mistrzowski tron.
Przewrotność futbolu, czyli od czwartej ligi do bram Ekstraklasy
Zobaczcie, jak to wszystko w piłce nożnej potrafi być niesamowicie przewrotne. Jeszcze kilka tygodni temu sportowe media żyły niemal wyłącznie informacją, że Wojciech Kwiecień ostatecznie wchodzi do Wisły Kraków. Niektóre źródła podawały już nawet bardzo konkretne doniesienia, sugerując wykupienie 25% akcji za kwotę piętnastu milionów złotych. Równolegle wieszczono rychły koniec projektu na żółto-czarnej stronie miasta. Mówiono o możliwym wycofaniu się inwestora i spadku Wieczystej do czwartej ligi. Piłkarze nie byli pewni swojej przyszłości, a w sieci mnożyły się komentarze twierdzące, że ten twór od samego początku nie miał większego sensu.
Tymczasem minęło zaledwie kilkanaście dni, a sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Trener Kazimierz Moskal ze swoją ekipą zdołał utrzymać miejsce w strefie barażowej, do samego końca naciskając w ligowej tabeli Śląsk Wrocław. Wczoraj jego podopieczni wygrali z Polonią Warszawa po niezwykle dramatycznym spotkaniu i już w najbliższą niedzielę zagrają w wielkim finale, walcząc bezpośrednio o Ekstraklasę. Co równie istotne z formalnego punktu widzenia, klub spełnia wszystkie, nawet te najbardziej rygorystyczne wymogi licencyjne najwyższej klasy rozgrywkowej, więc na tej płaszczyźnie nie ma absolutnie żadnego problemu.
Moskal i sztuka odcięcia od szumu
Nie ma co ukrywać, że prawdopodobnie sami zawodnicy Wieczystej do dziś nie wiedzą dokładnie, co przyniosą kolejne miesiące i jak potoczą się losy klubu. Jednak gołym okiem widać na boisku potężne zjednoczenie wokół tego jednego, nadrzędnego celu, jakim jest awans. Tutaj gigantyczne słowa uznania należą się samemu szkoleniowcowi. Kazimierz Moskal potwierdza, że jest prawdziwym specjalistą od wprowadzania drużyn z pierwszej ligi do elity. Stanął przed szalenie trudnym zadaniem – musiał pracować w szatni z grupą piłkarzy, do których z każdej strony docierały medialne plotki o cięciach czy wręcz końcu finansowania. Musiał nieustannie tłuc im do głowy, by odcinali się od internetu, koncentrowali się wyłącznie na najbliższym przeciwniku i skupiali na robocie, którą po prostu trzeba wykonać na murawie.
Trzy kluby w elicie?
Osobiście nie podejmę się dzisiaj wyrokowania, co ostatecznie wydarzy się na obiektach Wieczystej i czy Wojciech Kwiecień będzie kontynuował jej wspieranie na dotychczasowych zasadach. Żyjąc i funkcjonując na co dzień w Krakowie, słyszałem już tyle różnych, nierzadko wykluczających się scenariuszy, że z pełnym przekonaniem wolę po prostu poczekać na to, jak ta sytuacja rozstrzygnie się w gabinetach.
Zamiast snuć domysły, warto z zaciekawieniem spojrzeć na niedzielny finał baraży. Czy Wieczysta wbrew wszystkim wcześniejszym plotkom zagra w Ekstraklasie? Czy Kraków faktycznie doczeka się aż trzech drużyn w najwyższej klasie rozgrywkowej? To by była dopiero historia, której pozazdrościłaby reszta piłkarskiej Polski.
Gdzie zagra Robert Lewandowski? Przed nami gorące lato
Już za moment oficjalnie wystartuje letnie okienko transferowe, czyli ten specyficzny czas w roku, który piłkarscy kibice kochają wręcz do szaleństwa. Rozpocznie się codzienne odświeżanie portali, śledzenie doniesień z całego świata i analizowanie każdego słowa wypowiedzianego przez piłkarskich agentów. Z mojej perspektywy, jako Polaka i patrioty, absolutnym hitem oraz tematem numer jeden będzie oczywiście to, gdzie w najbliższym sezonie wystąpi Robert Lewandowski.
Zapewne spora część z was uważnie śledziła ostatnią konferencję prasową reprezentacji Polski, podczas której kapitan naszej kadry dość obszernie odpowiadał na pytania dziennikarzy dotyczące wyboru nowego klubu. Choć nie padły tam jeszcze twarde deklaracje, wyraźnie dało się wyczuć, że w kuluarach dzieje się bardzo dużo, a sam zawodnik stoi przed niezwykle ważną, być może jedną z ostatnich tak kluczowych decyzji na tym etapie swojej kariery. Media na całym świecie prześcigają się w podawaniu nowych kierunków, a karuzela nazw wielkich marek kręci się coraz szybciej.
Oby jak najbliżej domu
Obserwując ten cały transferowy szum, mam tak naprawdę tylko jedną, wielką nadzieję – że Robert ostatecznie zdecyduje się pozostać w Europie. Chodzi o czystą logistykę i piłkarską turystykę, którą wielu z nas tak bardzo lubi. Dopóki nasz najlepszy napastnik gra na Starym Kontynencie, możliwość zorganizowania weekendowego wylotu na jego mecz pozostaje w realnym zasięgu organizacyjnym każdego z nas. To wciąż odległości, które można pokonać szybko i stosunkowo niewielkim kosztem, by móc na żywo podziwiać rodaka na najwyższym poziomie. Egzotyczne kierunki, choć kuszące finansowo, z pewnością by nam to uniemożliwiły.
A jak to wygląda z waszej perspektywy? Macie jakiś swój wymarzony, ulubiony kierunek, w którym chcielibyście, aby Robert Lewandowski występował w przyszłym sezonie? Dajcie koniecznie znać, bo transferowe lato zapowiada się niezwykle fascynująco.
Kącik humorystyczny
Lata dziewięćdziesiąte, ważny mecz, Polska gra z Anglią. Niestety mąż musi iść do pracy i nie jest w stanie obejrzeć spotkania. Prosi więc żonę, żeby obejrzała mecz za niego, a po powrocie zdała mu dokładną relację.
Mąż wraca wieczorem do domu i od progu pyta z nadzieją w głosie:
– No i jak? Jaki wynik?!
Na to żona odpowiada:
– Niestety, przegraliśmy dwa do zera.
Zasmucony mąż siada ciężko w fotelu i dopytuje:
– A kto strzelił pierwszą bramkę?
– David Beckham.
– A drugą?
– Jakiś Replay.
Trzymajcie się i do następnego piątku!
Marcin Ryszka









