GKS Katowice przegrał coś więcej niż mecz
Był stadion, który miał ponieść GKS Katowice do wielkiego powrotu. Byli kibice, którzy od pierwszych godzin środowego dnia budowali atmosferę wielkiego piłkarskiego święta. Był wreszcie rywal, który przyjechał z dwubramkową zaliczką, ale nie wydawał się przeciwnikiem nie do pokonania. W tle była historia. Bordeaux, Zinedine Zidane, europejskie wieczory, o których w Katowicach wciąż można opowiadać. Była również kusząca perspektywa kolejnej rundy i rywalizacji z Atalantą.
Było właściwie wszystko, poza jednym. GKS-em, który potrafiłby wykorzystać ten moment. I właśnie to boli najbardziej.
Po pierwszym spotkaniu z Hapoelem Tel Aviv w Miszkolcu można było jeszcze szukać usprawiedliwień. Dwa gole stracone po własnych błędach, nieudany wieczór, słabszy dzień, niezwykły upał. W piłce takie rzeczy się zdarzają. Zresztą przedstawiciele GieKSy słusznie przypominali, iż jeden słaby występ nie musi oznaczać żadnej tendencji. Problem polega na tym, że w rewanżu trzeba było pokazać zupełnie inne oblicze.
Tymczasem pierwsza połowa w Katowicach była bolesnym potwierdzeniem tego, czego GKS najbardziej chciał uniknąć. Izraelczycy nie wyglądali jak drużyna, która przyjechała rozpaczliwie bronić wyniku. Wyglądali jak zespół, który dokładnie wiedział, co chce zrobić. Kontrolował przestrzenie, ograniczał możliwości gospodarzy, był spokojniejszy z piłką i przede wszystkim znacznie dojrzalszy w podejmowaniu decyzji. GKS natomiast sprawiał wrażenie drużyny sparaliżowanej świadomością tego, że musi odrabiać straty.
I tutaj pojawia się największy znak zapytania. Można przegrać mecz. Można przegrać dwumecz. Można nawet odpaść z zespołem, który zwyczajnie okaże się lepszy. Kibic znacznie trudniej jednak akceptuje sytuację, w której jego drużyna w najważniejszym momencie sezonu nie pokazuje odpowiedniej determinacji, której wszyscy od niej oczekiwali.
Okoliczności były wyjątkowe
Katowice czekały na europejski wieczór. Kibice Hapoelu przyjechali w dużej liczbie i od pierwszych minut stworzyli własną atmosferę. Fani GieKSy odpowiedzieli oprawą „RED IS BAD”. Było napięcie, była historia i był ciężar gatunkowy spotkania. Nie było natomiast odpowiedzi na boisku.
Gol Stava Turiela w 23. minucie tylko uwypuklił problem. Od tego momentu GKS potrzebował już nie dwóch, a trzech trafień. I trzeba powiedzieć jasno: nawet przed tym golem trudno było odnieść wrażenie, że gospodarze mają pomysł, jak ten mecz przejąć.
Finalnie środowy mecz zakończył się wygraną ekipy Rafała Góraka (2:1). Udało się to dzięki bramkom Ilji Szkurina oraz Arkadiusza Jędrycha z rzutu karnego. To właśnie jest najbardziej rozczarowujące. Nie sam wynik. Nie odpadnięcie. Nawet nie perspektywa utraconej rywalizacji z Atalantą. Najbardziej rozczarowuje sposób, w jaki GKS podszedł do wieczoru, który mógł stać się jednym z najważniejszych w najnowszej historii klubu. Nikt przecież takich szans nie otrzymuje co tydzień.
GieKSa nie miała zagwarantowanego zwycięstwa z Hapoelem. Nie miała nawet obowiązku wyeliminowania izraelskiego zespołu. Miała jednak obowiązek zostawić na boisku wszystko. Nie przez pięć czy 10 minut, ale gdyby trzeba było to nawet przez 120. Zwłaszcza po takim meczu jak ten w Miszkolcu. Tymczasem przez długie fragmenty wyglądało to tak, jakby to Hapoel bardziej chciał być tego wieczoru europejską drużyną.
I być może właśnie tutaj znajduje się najważniejsza lekcja dla Katowiczan. Europejskie puchary nie wybaczają momentów dekoncentracji, błędów i braku konkretów. Tutaj nie wystarczy być zespołem dobrze funkcjonującym w lidze. Trzeba umieć wykorzystać kilka kluczowych momentów. Trzeba umieć udźwignąć presję. Trzeba też mieć odwagę, kiedy wynik mówi: „Musisz zaatakować”.
GieKSie zabrakło odwagi? Niewykluczone
Nie dlatego, że na drodze GKS-u stanął Hapoel. Nie dlatego, że uciekła Atalanta. Nie dlatego nawet, że skończyła się europejska przygoda. Boli dlatego, że przez cały wieczór można było mieć poczucie, że przed GKS-em otworzyły się drzwi do czegoś naprawdę wyjątkowego.
Wystarczyło je tylko otworzyć.
GieKSa tego nie zrobiła.









