Czas gabinetów i odpoczynek od murawy
Największe europejskie ligi, potężne kluby i nasze rodzime podwórko mają teraz przerwę. Zniknęły cotygodniowe emocje, nie ma już tego przedweekendowego napięcia i nerwowego sprawdzania tabeli. Oczywiście nie oznacza to, że w ligowym futbolu nic się nie dzieje – wręcz przeciwnie, środek ciężkości przeniósł się po prostu z boisk do zacisznych gabinetów.
Kluby gorączkowo sprzedają i kupują zawodników, wymieniają dyrektorów sportowych, zwalniają prezesów, a transferowa karuzela kręci się w najlepsze. Co chwila wybuchają mniejsze lub większe afery: gdzie dana drużyna będzie rozgrywać swoje mecze, czy miejski stadion to wciąż faktycznie obiekt dla wszystkich, z kogo zrezygnowano, a kogo w absurdalny sposób przepłacono. Ale dzisiaj, szczerze mówiąc, zupełnie nie o tym chcę pisać. Swój dzisiejszy felieton pragnę poświęcić zjawisku, które od dłuższego czasu bardzo mocno mnie irytuje – nadmiernej, a często wręcz taniej krytyce sportowców ze strony środowiska dziennikarskiego.
Reprezentacja, która zeszła na dalszy plan
Szykując się kilka dni temu do mojego programu w Radiu Kraków, spojrzałem w sportowy kalendarz i z niemałym zdziwieniem uświadomiłem sobie, że dokładnie tego samego dnia reprezentacja Polski rozgrywa swój mecz z Ukrainą. W tym całym natłoku codziennych obowiązków i potężnej dawce ligowych podsumowań zupełnie wyleciało mi z głowy, że przecież czeka nas jeszcze zgrupowanie kadry narodowej i ten specyficzny dwumecz – najpierw z naszymi wschodnimi sąsiadami, a następnie z Nigerią.
Nie oszukujmy się, po tym, jak ostatecznie wypadliśmy z gry o mistrzostwa świata, temperatura wokół kadry drastycznie opadła. Przynajmniej takie jest moje subiektywne, dość chłodne odczucie. Oczywiście, w ramach obowiązku śledziłem konferencje prasowe, słuchałem wypowiedzi poszczególnych piłkarzy, ale do obu tych spotkań podchodziłem bez najmniejszych wypieków na twarzy.
Obserwując te mecze, trzeba sobie powiedzieć jasno i uczciwie: zaprezentowaliśmy się w nich po prostu bardzo słabo. W tym wszystkim najbardziej robiło mi się żal kibiców, którzy zdecydowali się obejrzeć te widowiska na żywo z perspektywy trybun. Doskonale wiemy, że bilety na mecze polskiej reprezentacji od dawna nie należą do tanich przyjemności. Jeśli założymy, że na taki stadionowy wyjazd wybiera się czteroosobowa rodzina w modelu dwa plus dwa, musi opłacić dojazd, parking, jedzenie w strefie kibica i same wejściówki, to koszty błyskawicznie idą w kilkaset, jeśli nie ponad tysiąc złotych. Dlatego totalnie nie dziwię się opinii zwykłych fanów, którzy, mówiąc bardzo delikatnie, głośno i dosadnie wyrażali swoje niezadowolenie z postawy reprezentantów na murawie. W żaden sposób tego nie neguję. Każdy ma prawo do własnej opinii, a wkurzenie może być tym większe, gdy przejedziesz za kadrą pół Polski i w zamian musisz oglądać tak apatyczne widowisko, jak to z Ukrainą.
Dziennikarz czy internetowy troll?
O ile jednak doskonale rozumiem naturalną frustrację trybun, o tyle całkowicie szokuje mnie zachowanie niektórych ludzi ze środowiska polskiej piłki. Mam tu na myśli dziennikarzy i samozwańczych ekspertów, którzy, jak odnoszę wrażenie, uczestniczą w absurdalnym wyścigu i prześcigają się tylko w pomysłach, jak jeszcze mocniej przywalić, jak dosadniej ośmieszyć i jak boleśniej wykpić danego piłkarza. Zastanawiałem się długo, jaką w ogóle rolę we współczesnym świecie powinien pełnić sportowy dziennikarz. Przede wszystkim powinien być rzetelnym źródłem informacji dla swoich odbiorców. Im więcej dobrych, rzetelnych i sprawdzonych newsów dostarcza, tym skuteczniej buduje wokół siebie bazę wiernych słuchaczy czy czytelników.
Wydaje mi się, że jeśli mamy do czynienia z ekspertem, którego opinie są wyważone i trafne, odbiorca natychmiast czuje, że ten człowiek faktycznie poświęca swój czas na pracę. Że chce głębiej zaznajomić się z tematem, zrozumieć taktykę, przeanalizować przyczyny porażki, zanim wypowie się przed kamerą. Wtedy mamy poczucie, że nie jesteśmy nabijani w butelkę. Niejednokrotnie jednak, oglądając różne formaty publicystyczne, czułem, że ktoś, mówiąc popularnie, po prostu pływa. Że wcale nie obejrzał danego meczu w całości z należytą uwagą, a jedynie opiera się na wycinkach i cudzych tweetach, chcąc zabrać głos za wszelką cenę. Tak samo w środowisku polskiej piłki nie brakuje dzisiaj ludzi, którzy chcą być kontrowersyjni absolutnie na siłę, traktując to jako model biznesowy.
Żeby było jasne – bardzo cenię sobie programy rozrywkowe, gdzie o piłce mówi się z dużym przymrużeniem oka, w luźnej atmosferze i z potężną dawką humoru. Ale przepraszam bardzo, jeśli słyszę z ust eksperta poważne oskarżenia, że piłkarze przyjechali sobie na zgrupowanie jak na wakacje i że w ogóle nie chciało im się grać, to po prostu krew mnie zalewa. To jest najzwyklejszy, tani populizm, skrojony pod to, by zbierać wirtualne oklaski od tych kibiców w internecie, którzy wprost uwielbiają i podsycają taką prymitywną narrację.
Cena profesjonalnego sportu i zmęczenie materiału
Sami przecież zdajemy sobie sprawę z tego, jak brutalnie wygląda współczesny kalendarz profesjonalnych zawodników. Wystarczy policzyć, ile meczów o najwyższą stawkę rozgrywają rocznie nasi najlepsi piłkarze z reprezentacji – Robert Lewandowski, Piotr Zieliński i wielu innych. Ich organizmy są eksploatowane do absolutnych granic możliwości. I kiedy wreszcie kończy się wielomiesięczny sezon ligowy, a nadchodzi ten mikroskopijny moment, by złapać choć chwilę oddechu, nasza kadra rozgrywa kolejne mecze towarzyskie, a piłkarz z obowiązku przyjeżdża na zgrupowanie.
Z jednej strony, jako były sportowiec absolutnie nie wyobrażam sobie, że wychodząc na jakąkolwiek rywalizację sportową z orzełkiem na piersi, komuś może się po prostu nie chcieć. Jednak musimy też na to wszystko spojrzeć realnie i zachować obiektywizm. Trener Jan Urban, próbując niedawno logicznie wytłumaczyć, dlaczego gra reprezentacji wyglądała tak topornie, wspomniał bez owijania w bawełnę, że niektórzy zawodnicy byli ściągnięci wprost z urlopów.
Czego my tak naprawdę się spodziewamy? Kiedy ci ludzie mają odpocząć? Kiedy mają naładować baterie i zresetować głowy? Przecież już za moment rozpoczną się mordercze okresy przygotowawcze i wystartują kolejne, niekończące się rozgrywki ligowe. Tego czasu na fundamentalną regenerację dramatycznie wręcz brakuje.
Rozumiem merytoryczną krytykę. Masz pełne prawo wyjść i powiedzieć: ten i ten zagrał fatalnie, podawał niecelnie, nie było u niego widać realizacji założeń taktycznych, drużyna zagrała bez pomysłu. Jednak jeśli jedynym argumentem w dyskusji staje się twierdzenie, że komuś się nie chciało, że przeszedł obok meczu, bo rzekomo ma już za dużo na koncie – dla mnie dyskwalifikuje to takiego dziennikarza. Spodobała mi się w tym kontekście wypowiedź Wojtka Kowalczyka i mogę się pod nią podpisać obiema rękami: w dzisiejszych realiach takie mecze towarzyskie są kompletnie bez sensu. Jest w tym sporcie tyle spotkań o ogromną stawkę, że nie ma logicznego uzasadnienia, by dopychać kalendarz do granic wytrzymałości jeszcze tego typu grami.
Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą
Nie ma co ukrywać, ten wyświechtany frazes sprawdza się na naszym podwórku bezbłędnie: sukces ma zawsze wielu ojców, a porażka na zawsze pozostaje sierotą. Już teraz domyślam się, w jakim tonie będą utrzymane niektóre komentarze, które przyjdzie mi czytać po publikacji tego tekstu. Warto jednak spojrzeć z boku i na chłodno przeanalizować, jak w ogóle wygląda u nas podejście do sportowców.
Świetnym i bardzo świeżym przykładem jest tenis. Maja Chwalińska osiągnęła wspaniały sukces i zanotowała kapitalny start, docierając bardzo daleko na prestiżowych kortach Rolanda Garrosa. To bez dwóch zdań piękna, niesamowita historia w polskim sporcie. Przeglądając portale społecznościowe, doskonale widać, że Maja niemal z dnia na dzień zyskała potężną armię nowych sympatyków. Mimo że zakładam w ciemno, iż 99% kibiców przed startem turnieju mogłoby mieć problem ze skojarzeniem jej nazwiska. Dzisiaj każdy bije brawo.
W głębokim kryzysie sportowym znalazła się za to Iga Świątek, która ewidentnie zmaga się obecnie z problemami i po prostu gra wyraźnie słabiej niż w czasach swojej totalnej hegemonii na światowych kortach. I tak jak jeszcze do niedawna miała ona miliony bezkrytycznych sympatyków, tak teraz, przeglądając komentarze po jej słabszych występach, niezwykle trudno znaleźć szczere słowa wsparcia. Rozmawiając z różnymi ludźmi lub śledząc fora, słyszę koszmarne opinie, że odwaliło jej od pieniędzy, że sodówka uderzyła do głowy, albo że tenisowo już się skończyła.
A czy nie wydaje wam się przypadkiem, że w prawdziwym, dojrzałym kibicowaniu chodzi również – a może przede wszystkim – o to, żeby w momentach słabości, porażek i zwątpienia dawać swoim sportowcom choć odrobinę wsparcia? My jako nacja kochamy takie piękne historie, jak te pisane przez Adama Małysza, Kamila Stocha czy Justynę Kowalczyk. Uwielbiamy fetować. Kiedy jest wspaniale, leje się szampan i błyszczy złoto, to osób, które chętnie poklepią cię po plecach, jest całe mnóstwo. Jednak wystarczy drobny kryzys, chwila zadyszki, by natychmiast znalazły się dziesiątki tych, którzy zrobią wszystko, żeby z brutalną satysfakcją ściągnąć cię w dół. Warto by było, abyśmy jako kibice, a już na pewno jako dziennikarze, pamiętali o tym nieco częściej.
Kącik humorystyczny
Dwie ćmy grają w piłkę w kloszu od włączonej lampy. Jedna wybiegła za daleko do przodu, tuż pod samą żarówkę. Koleżanka krzyczy do niej:
– Pilnuj linii, bo zaraz będzie spalony!
Trzymajcie się i do następnego piątku.
Marcin Ryszka









