W ciemno z Marcinem Ryszką #24: Amerykański sen i mundial pełen skrajności

Stało się. Robert Lewandowski został oficjalnie zaprezentowany w barwach swojego nowego klubu, Chicago Fire. Kurtyna opadła, a przed naszym najlepszym napastnikiem w historii oficjalnie rozpoczął się jego amerykański sen. Pozostaje tylko jedno, zasadnicze pytanie: czy ten sen będzie należał do tych miłych, czy może dla nas, kibiców, okaże się dość brutalnym przebudzeniem?

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Muszę wam szczerze przyznać, że jestem tym tematem mocno rozczarowany. Mam wręcz nieodparte wrażenie, że poza wąskim gronem dziennikarzy sportowych, ten transfer w Polsce po prostu mało kogo grzeje. Śledząc relacje reporterów zza oceanu, którzy byli na miejscu podczas tej głośnej prezentacji, czułem ogromny zgrzyt. Zawsze wydawało mi się, że Amerykanie to absolutna, światowa czołówka, jeśli chodzi o marketing i robienie show, a tymczasem tutaj poszło coś ewidentnie nie tak. Zabrakło tej magii, rozmachu i iskry, której oczekujemy po transferze gracza takiego kalibru.

Oczywiście, to jest prywatna decyzja Lewandowskiego, gdzie chce spędzić jesień swojej kariery. Sam zresztą przyznał w jednym z wywiadów, że nie wyobrażał sobie gry w innym europejskim klubie po odejściu z Barcelony. Po ludzku można to zrozumieć. Niestety, prawda jest taka, że dla przeciętnego polskiego kibica Robert po prostu powoli zniknie z radarów. Pół żartem, pół serio – sam nawet nie orientuję się do końca, która stacja telewizyjna w naszym kraju posiada obecnie prawa do pokazywania spotkań ligi MLS.

Zastanawiam się też, co dalej z jego występami z orzełkiem na piersi, bo słuchając jego odpowiedzi na pytania dotyczące reprezentacji, odniosłem silne wrażenie, że klamka w tej sprawie już zapadła. Z drugiej strony, nie zapominajmy, kim jest Lewandowski. To facet, który przez całą swoją karierę podejmował decyzje, za które często obrywał od opinii publicznej. Nie szukał na siłę przyjaciół, a w sporcie z założenia drużynowym był i pozostaje ogromnym indywidualistą. To właśnie ten chłodny pragmatyzm zaprowadził go na sam szczyt w historii futbolu. Zabrzmi to może mało mistycznie, ale już teraz wiem, że będziemy przez długie lata tęsknić za Polakiem, który w niedzielny wieczór pakuje piłkę do siatki na stadionie Barcelony.

Futbolowa magia, latające kości i komercyjny niesmak

Przejdźmy jednak do tego, czym żyje teraz cały świat. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale absolutnie nie ma lepszej reklamy dla piłki nożnej niż mistrzostwa świata. Jasne, miło jest posłuchać relacji z Ligi Mistrzów czy śledzić nasze kochane, siermiężne polskie podwórko, ale mundial ma w sobie pierwiastek magii, którego nie da się podrobić.

Weźmy na tapet niedawny mecz Anglii z Argentyną. Kiedy obie jedenastki wybiegły na boisko, to, co działo się w pierwszej połowie, przechodziło ludzkie pojęcie. Moja żona praktycznie co chwilę piszczała z przerażenia, śledząc to, co ci zawodnicy robili sobie nawzajem. Przeglądając później Twittera, trafiłem na w punkt trafiony komentarz (wybacz, autorze, nie pamiętam nazwiska): jakże ożywczo i fajnie było po takiej wykwintnej, arystokratycznej sztuce teatralnej, jaką zaserwowali nam Francuzi z Hiszpanami, doświadczyć zwykłej, brutalnej zadymy pod remizą strażacką w wykonaniu Anglików i Argentyńczyków! Oczywiście piłkarskiego piękna tam nie zabrakło, bo Leo Messi to wciąż po prostu geniusz. Ten gość może przez 80 minut spacerować po murawie, ale kiedy nagle włączy ten swój cudowny, dany od Boga dar, nie ma na świecie siły, by go zatrzymać.

Nie ukrywam jednak, że ten mundial wywołuje u mnie również skrajne obrzydzenie. Anulowana czerwona kartka dla reprezentanta Stanów Zjednoczonych, żenujące traktowanie reprezentacji Iranu czy absurdalne przerwy na reklamy wkręcane w środek połowy – to wszystko sprawia, że człowiekowi opadają ręce.

Co nie zmienia faktu, że od fazy pucharowej nie odpuściłem praktycznie żadnego spotkania i – chcąc nie chcąc – całkowicie przestawiłem swój organizm na amerykańską strefę czasową. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, jak dostrzegam u mojego sześcioletniego syna, że zaczyna powoli łapać tego samego futbolowego bakcyla, co tata. Ponieważ mecze odbywają się w środku nocy, stworzyliśmy swój własny rytuał – włączamy rano obszerne skróty i przeżywamy je wspólnie. To wspaniałe, jak wiele można nauczyć się o świecie przez pryzmat piłki. Sam w szkole byłem jednym z lepszych z geografii głównie dlatego, że interesowałem się sportem. Ameryka Południowa i Łacińska nie stanowiły dla mnie żadnych tajemnic, bo po nocach zarywałem sen dla Copa America.

Zostaje jednak to nieznośne pytanie z tyłu głowy: czy jest jeszcze w ogóle jakakolwiek siła, która byłaby w stanie zahamować ten komercyjny walec? Tę chorą pogoń za kasą i bicie kolejnych korporacyjnych rekordów? Z całego serca chciałbym po prostu mistrzostw świata w jednym, oddychającym futbolem kraju, gdzie można poczuć autentyczny klimat turnieju. Gdzie prezes wielkiego związku nie będzie musiał odbierać telefonów od prezydentów mocarstw z żądaniem anulowania kartki swojemu zawodnikowi.

Czasami autentycznie zazdroszczę tym wszystkim kibicom, którzy odpalają transmisję, ekscytują się wyłącznie tym, co na murawie, i są cudownie nieświadomi całej tej brudnej polityki dziejącej się w gabinetach. Zazdro, jesteście prawdziwymi farciarzami. Sam czasem łapię się na myśli, że chciałbym choć na chwilę móc przenieść się do tamtych beztroskich lat, kiedy piłka była po prostu piłką.

Kącik humorystyczny

Na łożu śmierci leży 80-latek, kochany mąż, ojciec i dziadek. Dookoła zebrała się cała rodzina: żona, wszystkie dzieci, wnuki oraz kilkoro prawnucząt. Wszyscy w milczeniu czekają na tę nieuniknioną chwilę. Nagle ciszę przerywa dziadek i rzecze słabym, ale stanowczym głosem: – Zdradzę wam swój największy sekret. Ja naprawdę nie chciałem się żenić i zakładać rodziny. Miałem wszystko: szybkie samochody, piękne kobiety, sporo przyjaciół i wielką kasę na koncie. Ale pewnego wieczoru znajomy rzekł do mnie: „Ożeń się i załóż rodzinę, bo nie będzie miał ci kto podać szklanki wody, kiedy będzie ci się chciało pić na łożu śmierci”. Od tego momentu słowa te nie dawały mi spokoju. Postanowiłem radykalnie zmienić swoje życie i ożenić się. Skończyły się wyskoki z kolegami na piwo. Teraz wyskakiwałem tylko do nocnego po jedzenie dla was, dzieci moje. Wieczorne dyskoteki z dziewczynami zamieniły się w wieczorne słuchowiska i seriale z żoną. Pieniądze z konta zostały roztrwonione na fundusze inwestycyjne dla was, kochane dzieci. Swawolne dni sprzed małżeństwa odeszły jak wiatr. I teraz, kiedy leżę na tym łożu śmierci… – Wiecie co? – Co? – wszyscy zdumieni wpatrują się w staruszka. – Nie chce mi się pić!

Trzymajcie się i do następnego piątku!

Marcin Ryszka