Jan Urban był TOP, ale już nie jest, bo nie wygraliśmy meczów o pietruszkę
Zamiast przygotowań do mundialu, wielkiego pożegnania przed wylotem za ocean, dostaliśmy mecze o pietruszkę z Ukrainą i Nigerią. Ktoś mógłby zapytać: co złego jest w sparingach? Otóż okazuje się, że część publiki, a nawet ekspertów ma problem, żeby odróżnić sytuację, gdy gra idzie o coś, a gdy jest czas na eksperymentowanie (zwłaszcza w maju/czerwcu, gdy sezon się skończył). Nie kupuję tłumaczenia, że zbyt duża liczba zmian w meczach drużyny narodowej uwłacza randze spotkania. Na litość boską! Od tego są sparingi! Jan Urban od początku komunikował w mediach przekaz, do czego posłuży mu majowo-czerwcowe zgrupowanie. Do zmian, do szukania optymalnych ustawień, do sprawdzania nowych zawodników. I tak wbrew pozorom większość udało mu się osiągnąć. Sprawdził, kogo chciał, jak chciał i gdzie chciał. Nawet jeśli debiutanci nie zagrali, nie wiadomo, jak długo, to dostał odpowiedzi na przynajmniej część pytań. I o to – tak myślę – chodziło selekcjonerowi reprezentacji.
Mogę się założyć, że gdyby oba spotkania zakończyły się zwycięstwem, albo wygraną i remisem perspektywa byłaby zupełnie inna. Każdy by chwalił, że wynik pozytywny, że debiutanci zagrali, że selekcjoner sprawdził większość piłkarzy i tak dalej. Oczywiście styl gry to jedno, a wyniki to drugie. Niemniej jednak w obecnej sytuacji, w jakiej znajduje się reprezentacja Polski, wynik meczów z Ukrainą i Nigerią absolutnie NIE MA ŻADNEGO ZNACZENIA. Nawet stylu nie ma co się czepiać, bo jesienią mogę się założyć, że będzie to wyglądało zupełnie inaczej. Z perspektywy sportowej nikt nie powinien przywiązywać do tego większej uwagi. Co do stylu, mogę się zgodzić, że długimi fragmentami nie wyglądało to obiecująco. Ale nie oczekujmy, że po przegranych barażach skupienie i zaangażowanie będzie na najwyższym poziomie.
Trzeba wziąć pod uwagę czynnik ludzki, bo w końcu piłkarz to też człowiek. I okej popularne stwierdzenie, że „myślami byliśmy na wakacjach” jest w większości przypadków absurdalne, ale tu miało duże zastosowanie. Każdy na ich miejscu mając w głowie, że nie zagra na mundialu, wolałby siedzieć na plaży z drinkiem w ręku, opalając się na Seszelach czy Malediwach. I takie podejście jest okej – przynajmniej dla mnie. Choć nie musieli, bo mogli odmówić, przyjechali i zagrali. Nie zrobili tego dla siebie, a dla nas. Robert Lewandowski, Piotrek Zieliński, Janek Bednarek czy pozostali kadrowicze, którzy stanowią o sile reprezentacji raz, że chcieli pożegnać i uczcić pamięć śp. Jacka Magiery, dwa, że chcieli pewnie odwdzięczyć się kibicom za nieustanne wsparcie. Fani jak zawsze spisali się wzorowo, zapełniając stadion we Wrocławiu i Warszawie. Po tej – domyślam się – kontrowersyjnej dla wielu osób opinii przejdźmy do krótkiego podsumowania tego, co wiemy po tym, co wydarzyło się na przełomie maja i czerwca. Oto wnioski po zgrupowaniu reprezentacji Polski.
Czwórka z tyłu dobrze, żeby wróciła
Przyjmuje do wiadomości tłumaczenie, że nie mamy lewego obrońcy. Prawda jest taka, że nigdy nie mieliśmy, ale i tak dawaliśmy sobie radę. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Nicola Zalewski grał w obronie. Może i lepiej czuje się z przodu na „dziesiątce”, ale czasem gra w kadrze wymaga poświęceń. Przesuńmy go do defensywy, dajmy wolną rękę, żeby podłączał się do ataków i niech zabetonuje nam razem z Pietuszewskim na skrzydle lewą stronę na następne x lat – pomysł, który jest wart przynajmniej próby przetestowania. Trochę szkoda, że Jan Urban tego nie zrobił przykładowo w meczu z Ukrainą. W obwodzie jest jeszcze przecież Michał Gurgul z Lecha Poznań. Może to on będzie odpowiedzią na bolączki Biało-Czerwonych na lewej stronie. Będzie czas, żeby to sprawdzić.
Liga Narodów, choć jest turniejem, którego ranga rośnie co edycję, to także dobry czas na sprawdzenie czegoś nowego, więc nic straconego.
Gra trójką z tyłu nie ma sensu. W pewnym momencie była czymś „wow” w piłce, bo po latach tradycyjnego 4-4-2 czy 4-3-3 przejście na trzech stoperów było uważane za rewolucyjny pomysł. Najwięksi od tego odeszli. Wierni trzem obrońcom pozostali tylko Włosi, którzy podobnie jak my nie jadą na mundial. Mamy topowego prawego obrońcę w Premier League (Matty Cash), mamy świetnie zapowiadających się młodych środkowych obrońców (Potulski, Wójcik, Mońka), do tego świetny duet Kiwior – Bednarek. Jak na lewej stronie zagra Zalewski czy Gurgul to tragedii na prawdę nie będzie. Więc apeluje panie Janie: wróćmy do gry czwórką z tyłu! Skrzydła w ataku przy grze czwórką obrońców się znajdą. Jest Pietuszewski, jest Kamiński, jest Skóraś czy Rózga, a zaraz jeszcze wjedzie Kuziemka, który pewnie zrobi furorę w Ekstraklasie po awansie Wisły Kraków.
„Jedynka” w bramce pilnie poszukiwana
Łukasz Skorupski nie jest w czepku urodzony. Trafił na erę Szczęsnego i Fabiańskiego, więc o grze w kadrze mógł tylko pomarzyć. Gdy już obaj zawiesili reprezentacyjne buty na kółku i został pierwszym bramkarzem, Polska nie dostała się na mundial, a on sam w kluczowym momencie doznał kontuzji. Efekt? Stracił miano „jedynki”, a walka o bluzę z numerem jeden rozpoczęła się na nowo. Jak pech to pech może po cichu powiedzieć sobie golkiper włoskiej Bologni.
Kto zostanie pierwszym bramkarzem reprezentacji Polski? Kandydatów mamy kilku: Marcin Bułka, Kamil Grabara i Bartłomiej Drągowski. W teorii do tego grona można dopisać oczywiście Łukasza Skorupskiego. Myślę jednak, że ze względu na wiek stoi na straconej pozycji. Ma 35 lat, a patrząc na to, że selekcjoner wyraźnie szuka sposobu na odmłodzenie reprezentacji pod kątem zbliżających się eliminacji Mistrzostw Europy, należy spodziewać się, że po konsultacjach z Andrzejem Dawidziukiem i Józefem Młynarczykiem (trenerami bramkarzy) postawi na młodszego bramkarza.
Z Ukrainą zagrał Marcin Bułka. Z Nigerią bronił Kamil Grabara. Trudno porównać do siebie występ obu zawodników. Duże znaczenie będzie miała także przyszłość tego drugiego. Przed bramkarzem Wolfsburga z całą pewnością zmiana klubu. Po spadku z Bundesligi trudno wyobrazić sobie, żeby został w obecnym zespole. Wybór nowej drużyny będzie miał duże znaczenie. Jeśli pójdzie do klubu, w którym nie będzie grał, wypisze się z walki o miejsce między słupkami. Jest jeszcze Bartłomiej Drągowski, ale czy Jan Urban powierzy tak ważną pozycję zawodnikowi grającemu na co dzień w Ekstraklasie? Mam co do tego poważne wątpliwości. Gdybym miał postawić pieniądze na wybór nowej „jedynki”, to jeśli Marcin Bułka będzie zdrowy i będzie regularnie grał w Neom SC, postawiłbym na niego, że zostanie pierwszym bramkarzem reprezentacji Polski.
Następca Lewandowskiego – gdzie jesteś nowy napastniku?!
Robert Lewandowski, czyli największy dar, a jednocześnie największe przekleństwo reprezentacji. Nie zrozumcie mnie źle, bo jestem #TeamLewandowski. Więc o co mi chodzi? Czemu pisze, że jest przekleństwem kadry? Oczywiście chodzi mi o taki mały paradoks. Polska reprezentacja wiele mu zawdzięcza. Bez niego nie być największych sukcesów jak ćwierćfinał Euro, awans na dwa mundiale i wyjście z grupy w 2022 roku. Czemu więc przekleństwo? Bo gdy odejdzie, zostawi po sobie dziurę, której Polska nigdy nie wypełni.
Wciąż nie wiadomo, czy Lewandowski jesienią będzie grał w reprezentacji. Decyzja jeszcze nie zapadła. Rozpoczęło się za to poszukiwanie następcy. Mamy Piątka, Świderskiego, Buksę, a w obwodzie jest jeszcze Milik. Nikt z nich jednak nawet w połowie nie da tego, co Robert. Pojawili się za to młodzi: Żukowski i Czubak. Ten pierwszy zagrał 45 minut z Ukrainą i pokazał się z dobrej strony. Fajnie, że strzela w Magdeburgu, ale dobrze by było, gdyby sprawdził się w jakiejś mocnej lidze na najwyższym poziomie. Drugi, czyli napastnik Arki zagrał kilka minut z Nigerią, więc nawet nie można go ocenić.
Polska potrzebuje nowego napastnika/następcy Lewandowskiego, ale na razie go nie widać. Jan Urban wierzy jednak, że podobnie jak na innych pozycjach w niedalekiej przyszłości pojawi się także nowa dziewiątka. – „Tak jak pojawiają się Pietuszewski, Ziółkowski czy Potulski, to w każdej chwili mam nadzieje, że pojawi się taki młody napastnik, który dostanie szansę i ją wykorzysta” – mówił na jednej z konferencji.
Oby tylko Lewandowski dał selekcjonerowi czas na znalezienie nowego napastnika. Jak ma to zrobić? Zostać w reprezentacji przynajmniej do czasu Mistrzostw Europy 2028. Jeśli zestawimy go z Cristiano Ronaldo w reprezentacji Portugalii, to nagle 37 lat wcale nie wydaje się wiekiem, w którym trzeba schodzić ze sceny.
Idzie nowe, czyli debiutnanci w kadrze Jana Urbana
Kacper Potulski, Oskar Wójcik, Norbert Wojtuszek, Mateusz Żukowski i Karol Czubak – oni zadebiutowali w ostatnich dwóch meczach w reprezentacji Polski. Jedni zagrali więcej inni mniej. I o to w tym chodzi. Selekcjoner sprawdził, czegoś się dowiedział i ma większy pogląd na to, kto ma umiejętności i predyspozycje do bycia etatowym kadrowiczem.
Na plus zdecydowanie Potulski. Obrońca Mainz to chyba największy wygrany tego zgrupowania, a już na pewno meczu z Nigerią. Mały plusik można zapisać również przy nazwisku Mateusza Żukowskiego. Może nie był to wybitny debiut, ale dał znak, że warto dać mu jeszcze szansę choćby w Lidze Narodów. Oskar Wójcik pokazał się w pierwszym starciu z Ukrainą – sprawdzony, ale ocenić połowę meczu jest ciężko. Norbert Wojtuszek zagrał dwa razy po mniej więcej 30 minut – bez szału, ale był aktywny zwłaszcza z Ukrainą, więc zapracował na kolejną szansę jesienią. Najmniej, bo tylko kilka minut wystąpił Karol Czubak. I ktoś powie, że po co został powołany? Właśnie po to, żeby docenić dobry sezon. Debiutu w reprezentacji nie zapomni do końca życia. Raz jej zasmakował i będzie mieć motywację, żeby utrzymać formę i ponownie znaleźć się w kadrze. Ile razy zdarza się, że z 25 zawodników na zgrupowaniu siedmiu czy ośmiu w ogóle nie podniesie się z ławki.
Na litość boską nie panikujmy!
Nie wygraliśmy żadnego z trzech ostatnich meczów – to fakt. Natomiast dwa z nich to mecze towarzyskie, które znowu to powtórzę, NIE MAJĄ ZNACZENIA. Budujemy nową kadrę. Co więcej, rozpoczynamy nowy rozdział, w którym nie ma nas na Mistrzostwach Świata. Ja wiem, że Polacy z natury nie należą do ludzi cierpliwych. Chcielibyśmy wszystko na już. Ale na litość boską nie panikujmy. Zmienialiśmy selekcjonerów jak rękawiczki i nie uczyliśmy się na błędach. Zróbmy w końcu odwrotnie i dajmy czas tej drużynie, żeby pokazała, co potrafi podczas Ligi Narodów, a następnie eliminacji Mistrzostw Europy.
Widać, że Jan Urban ma pomysł. Widać, że piłkarze przyjęli jego wizję. Ten progres w porównaniu do drużyny Michała Probierza jest widoczny. Dwa niekorzystne wyniki podczas sparingów nie mogą zatrzeć dobrego wrażenia, jakie reprezentacja zrobiła jesienią. Może inaczej – mogą zatrzeć, bo liczy się to, co widzisz tu i teraz, ale te niekorzystne wyniki nie powinny wpływać na dotychczasową ocenę pracy Jana Urbana, która moim skromnym zdaniem jest pozytywna. CIERPLIWOŚĆ popłaca, więc bądźmy cierpliwi i nie oceniajmy pochopnie. Nie zapominajmy, że celem nadrzędnym jest EURO 2028.
Wykażmy się cierpliwością. Nie ulegajmy ogólnej opinii, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Idę o zakład, że wrześniowe mecze o stawkę będą wyglądać zdecydowanie inaczej niż te o pietruszkę z Ukrainą i Nigerią.
In Urban we trust
Ufam Janowi Urbanowi. Wierzę, że to jest w końcu ten właściwy selekcjoner. Mamy w zwyczaju szybko oceniać, szybko wynosić na wyżyny, ale równie szybko skreślać. Urban uzdrowił tę reprezentacje. Wprowadził nieco więcej uśmiechu i przede wszystkim spokoju.
Trenerów ocenia się za wyniki, a bilans Urbana to 10 meczów, 5 zwycięstw, 3 remisy i 2 porażki. Siedem spotkań było o stawkę, z czego pięć skończyło się wygraną, jeden remisem i jeden porażką. Czy naprawdę są powody, żeby mówić, że kadra zmierza w złym kierunku? Że Urban poleci po Lidze Narodów? No nie. Nie mamy powodów, żeby tak myśleć.
Jest takie oklepane powiedzenie, że “Nie od razu Rzym zbudowano”. Często je słyszę na ulicach, w rozmowach z ludźmi, w internecie, czy nawet w programach sportowych. Jak pisałem wcześniej Polacy to niecierpliwy naród, ale jakoś lubią sobie przytoczyć powyższe powiedzenie. Nie wymyślimy kadry na nowo w pięć sekund. Jan Urban ma na to jeszcze kilka miesięcy, więc dajmy mu w spokoju pracować i budować. Nie wiem, czy wiecie, ale źle dopiero będzie. Będzie źle wtedy, kiedy Robert Lewandowski nas zostawi. Wtedy nawet ja będę panikował! In Urban we trust – niech taka dewiza towarzyszy nam jesienią tego roku, gdy będziemy grać w Lidze Narodów.
Kibice nie zawiedli. Tłumy na Tarczyński Arena i PGE Narodowym
Już tak na sam koniec, żeby zakończyć pozytywnym akcentem, trzeba wspomnieć o niezastąpionych kibicach reprezentacji Polski. Niby tylko mecze towarzyskie, w dodatku z rywalami, którzy no nie przyciągali nazwiskami, żeby ich zobaczyć na żywo, a stadion we Wrocławiu i Warszawie był praktycznie zapełniony w komplecie. To pokazuje, że jednak jest wiara w narodzie. Że reprezentacja jest w modzie. I dobrze. Kadra potrzebuje kibiców. Ich wsparcia, wiary i dopingu. Ukłony z mojej strony dla Was, bo znów pokazaliście drużynie, że choć na nich psioczycie (jak ja czasem, a nawet może czasem często), to i tak jeździcie za nią wszędzie.









