EuroDziennik #5. Sousa krzyczał i załamywał ręce. Wiemy, co „musimy”, ale na wiedzy się kończy

Paulo Sousa
Paulo Sousa Grzegorz Wajda

– W telewizji widać więcej – znam całe grono osób, które – wyłączając czynnik emocji, które w miejscu zdarzeń są nieporównywalnie większe – uważają, że meczu oglądanego ze stadionu nie da się tak dobrze zrozumieć, jak sprzed telewizora. Nie zgadzam się. To nie z powtórek, a z obserwacji wszystkiego, co dzieje się wokół, można dowiedzieć się dużo więcej. Tak było w meczu z Islandią.

EuroDziennik to codzienny cykl tekstów z miejsca zdarzeń podczas mistrzostw Europy i przygotowań do nich. Zdjęcia, boki, podróże, stadiony. Nie zawsze o piłce, ale z piłką w tle. Codziennie przed południem.

Euro 2020. Co mówią gesty Paulo Sousy?

Nie ukrywajmy, że Paulo Sousa potrafi oczarować spokojem i erudycją, ale obserwując go w czasie meczu, skojarzenia z doktorem Jekyllem i panem Hydem nasuwają się same. Portugalczyk nie ogląda meczów głęboko schowany na ławce, a jego gesty są dosyć jednoznaczne i całkiem łatwo je przeczytać. Jeśli za gestami pójdą czyny, bardzo duże problemy z zagraniem choćby przez chwilę na Euro 2020 będzie mieć Paweł Dawidowicz.

Była taka scena w pierwszej fazie meczu: Paulo Sousa krzyknął w kierunku Kamila Glika (i jednoznacznie gestykulował, dzięki czemu bez trudu dało się odczytać znaczenie słów), by przy wyprowadzaniu piłki obrona przesuwała się wyżej, a nasi skrajni stoperzy unikali grania przez środek. W tym momencie Glik oddał piłkę do Dawidowicza, który wbrew słowom Sousy podał z powrotem do Glika. Portugalczyk eksplodował. Wtedy nawet przy 20 tys. kibiców dość wyraźnie było słychać jego krzyk. Ale akcja poszła dalej: Glik znów uruchomił Dawidowicza, który… kolejny raz oddał mu piłkę. Sousa złapał się za głowę, odwrócił w kierunku ławki i teatralnym gestem załamał ręce.

Później bardzo podoba scena wydarzyła się jeszcze raz, a gdy do Dawidowicza dotarły uwagi Sousy, widać było, że próbuje rozgrywać do wahadłowych na siłę, nawet w sytuacjach, które wyglądały na trudne. Z różnym skutkiem, bo niektóre podania wracały w formie błyskawicznych kontrataków.

Czytaj poprzednie odcinki EuroDziennika:

Sousa meczem cały czas żyje, jednak długimi fragmentami wygląda to jakby to „jego życie” toczyło się równolegle obok boiska i ma umiarkowany wpływ na to, co się na nim dzieje. Zresztą podobne wnioski można wyciągnąć po konferencjach prasowych. Znów słyszeliśmy, co „musimy” robić: grać szybciej, dostarczać więcej piłek do Roberta Lewandowskiego, wygrywać pojedynki, nie dawać się skontrować i być skoncentrowanym zwłaszcza przy bronieniu stałych fragmentów gry (po nich kadra Portugalczyka straciła najwięcej goli). Od dłuższego czasu wiemy, co „musimy”, ale znów tego nie robimy. Obok tego wszystkiego zarówno Stanisław Czerczesow po meczu we Wrocławiu, jak teraz Arnar Vidarsson, podkreślali, że są zachwyceni, jak ich zawodnicy realizowali plan taktyczny na grę z Polską.

Pojawiają się zatem pytania – czy to kwestia poprzeczki oczekiwań, która u Sousy zawieszona jest znacznie wyżej niż u kolegów po fachu? Albo czy faktycznie rosyjski i islandzki selekcjoner potrafi lepiej trafić do swoich piłkarzy? I wreszcie – czy nasi piłkarze są w stanie realizować założenia Paulo Sousy, skoro kolejny raz wiemy, co „musimy”, ale tego nie robimy?

Od rozwiązania tych zagadek zależy wynik Polaków na Euro 2020. Z ciekawością będę obserwował z trybun liczbę wybuchów selekcjonera oraz jego gestów z opadającymi rękami. Jeśli będzie ich mniej, pojawi się światełko w tunelu. Jeśli nie – znów będzie ono oznaczało nadjeżdżający pociąg.

***

Ponieważ to dziennik, w którym obiecałem dostarczanie obrazków z wszystkiego, co dzieje się wokół Euro 2020, dziś kilka zdjęć z trybuny prasowej. Mecze w Poznaniu ogląda się komfortowo. W porównaniu ze Stadionem Narodowym lub Stadionem Miejskim we Wrocławiu, z bardzo przyjaznej, niedalekiej odległości.

Komentarze