W ostatnich latach wybuchła wręcz ogromna moda na uprawianie sportów, które trzeba jasno nazwać ekstremalnymi. Słyszymy o kimś, kto w ramach wyzwania przebiegł całe Stany Zjednoczone, ktoś inny planuje przejechać na rowerze dookoła kulę ziemską.
Za horyzontem wytrzymałości
Mnie osobiście w minionym tygodniu najbardziej emocjonował wyczyn Bartka Kubkowskiego, który podjął się zadania absolutnie niemieszczącego się w głowie przeciętnego człowieka. Postanowił przepłynąć wpław Bałtyk, startując ze Szwecji i kończąc na polskim wybrzeżu. To 160 kilometrów w linii prostej, a jak doskonale wiemy, w otwartym morzu nigdy nie płynie się idealnie prosto, więc realny dystans był znacznie dłuższy. Bartek podchodził do tej katorżniczej próby już po raz piąty, wyraźnie zaznaczając przed startem, że niezależnie od wyniku, to będzie jego ostatnie podejście.
I co? I ten facet tego dokonał. Spędził w lodowatej wodzie 55 godzin. Bez minuty snu, bez chwili wytchnienia. Ciężko sobie w ogóle wyobrazić, jak z fizjologicznego punktu widzenia to jest możliwe. Nie śpisz ponad dwa dni, jesteś nieustannie zanurzony w wodzie, nie masz prawa chwycić się łodzi czy czegokolwiek, żeby po prostu złapać oddech. Jesteś skazany wyłącznie na siłę własnych mięśni i własną psychikę.
Czytając i oglądając wywiady z nim po tym historycznym sukcesie, dowiadujemy się o silnych halucynacjach. To dobitnie pokazuje, do jak skrajnego wyczerpania został zmuszony ten organizm. Czy to jest zdrowe? Szczerze w to wątpię. Sam często zastanawiam się, po co w ogóle ludzie podejmują się takich wyzwań. Dlaczego decydują się na zimowe zdobywanie najwyższych szczytów, gdzie margines błędu nie istnieje, dlaczego nurkują kilkaset metrów pod wodę i dlaczego przepływają gigantyczne akweny. Chyba nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem natomiast na pewno, że przygotowanie do takiego wyzwania to niewyobrażalna praca samego sportowca, adaptacja organizmu do gigantycznego obciążenia, a także potężna logistyka całego sztabu ludzi dookoła. Chylę czoła przed taką determinacją i z podziwem zastanawiam się, gdzie tak naprawdę leży ostateczna granica naszych fizycznych możliwości.
Brutalna szczerość kontra medialna dyplomacja
Zejdźmy jednak na ziemię, na nasze polskie, piłkarskie podwórko. W ostatnich dniach znów głośno dał o sobie znać Sławomir Peszko. Tym razem obyło się bez żadnych pozaboiskowych wybryków. Były reprezentant Polski był gościem na antenie Canal+ i wziął udział w popularnej zabawie „Pomidor”. Na pytanie, czy Kazimierz Moskal będzie trenerem Wieczystej do końca sezonu, Peszko nie gryzł się w język, nie użył koła ratunkowego w postaci tytułowego „pomidora”, tylko odpowiedział krótko i szczerze: „Nie”.
W sieci natychmiast wybuchło ogromne oburzenie. Jak to w ogóle możliwe, że w taki sposób publicznie traktuje się szkoleniowca? Muszę przyznać, że sam byłem lekko zszokowany aż taką szczerością, ale z drugiej strony – skoro ktoś decyduje się na udział w tego typu bezpośredniej zabawie, to musi liczyć się z tym, że padną trudne pytania.
Pokazuje to pewien ogromny paradoks. Z jednej strony na co dzień narzekamy, że wywiady i odpowiedzi ludzi ze środowiska są nudne, banalne, do bólu dyplomatyczne i przewidywalne. Jednak w momencie, gdy w końcu ktoś decyduje się na odrobinę szczerości – momentami może i zbyt brutalnej – od razu mamy do niego gigantyczne pretensje. Chcielibyśmy autentyczności, ale jednocześnie oczekujemy stada grzecznych chłopców, którzy nigdy nie wychylą się poza przyjęte, bezpieczne normy.
Mnie w tej całej sytuacji najbardziej zastanawia jednak czysto ludzki aspekt i zwykła, codzienna praca. Jak Sławek Peszko mija się teraz z trenerem Moskalem na klubowym korytarzu, żeby uniknąć gęstej atmosfery i kwasu? Co musi czuć sam trener, przychodząc do klubu po takich słowach? Jedno powiem na pewno: zupełnie im tego klimatu nie zazdroszczę.
To nie jest pożegnanie
Kochani Czytelnicy, tym nieco refleksyjnym akcentem dotarliśmy do końca. Ten felieton to już ostatni tekst mojego autorstwa, który macie okazję czytać, jak to mieliśmy w zwyczaju, w każdy piątek. To była dla mnie naprawdę fantastyczna, półroczna przygoda, która pozwoliła mi spróbować czegoś zupełnie innego w dziennikarskim życiu.
Chciałbym z całego serca podziękować wam wszystkim. Tym, którzy regularnie czytali moje teksty, tym, którzy zadawali sobie trud, by pisać do mnie prywatne wiadomości czy zostawiać komentarze, dzięki którym mogliśmy podyskutować o poruszanych tutaj tematach. Życie płynie jednak dalej, dlatego absolutnie nie mówię wam „żegnaj”, lecz po prostu „do zobaczenia”.
Trzymajcie się ciepło, ale już nie do następnego piątku!
Marcin Ryszka









