Podwójne zwycięstwo
Nadal mamy zamieszanie wokół meczu ze Śląskiem Wrocław, ale chyba najpiękniejszą odpowiedź i najlepszy scenariusz napisali w piątek piłkarze Wisły Kraków na boisku wygrywając z Miedzią?
Zdecydowanie tak. To był mecz tak naprawdę o sześć punktów, o podniesienie się z kolan, a przede wszystkim o przekierowanie głów z powrotem na boisko i na sport, a nie na gabinety i regulaminy. Kibice przychodzą po to, żeby widzieć takie święto futbolu, jakie mieliśmy w piątek na Reymonta w Krakowie, zakończone happy endem. Mam wielki szacunek za to, co chłopaki wczoraj zrobili na boisku. Wiemy, jak ten mecz się układał. Dla mnie jest to podwójne zwycięstwo. Po pierwsze, zdobyliśmy trzy punkty w tabeli, które są niezwykle ważne w kontekście naszej walki o awans. Po drugie, mentalnie podnieśliśmy zawodników. Stąd zresztą widziałem tę ogromną radość w szatni, to były piękne obrazki i wspaniałe chwile. Podnieść się z wyniku 1:2 na 3:2 w takich okolicznościach to wielka sprawa. Jestem też bardzo zadowolony z postawy Jordi Sancheza. Wiemy, że to niesamowicie fajny zawodnik z ogromną osobowością. Poznałem go w Turcji na obozie i naprawdę ma w sobie tę hiszpańską lekkość, z którą podchodzi do życia i rozmowy. To niesamowicie sympatyczny człowiek. Kibicowałem mu mocno, żeby przydarzył mu się taki dzień jak wczoraj, żeby się przełamał i strzelił tę pierwszą bramkę, a później dołożył jeszcze asystę. Naprawdę, lepszej odpowiedzi na całe te zawirowania w ostatnim tygodniu nie można było sobie wyobrazić.
Czyli na boisku nie ma pozycji „fajny chłopak”, ale pokazał, że jest fajnym chłopakiem również na murawie, jeśli chodzi o samą grę?
Tak, dokładnie. Ja się o niego nie bałem, bo widziałem w Turcji, jak niesamowicie ciężko pracuje. Wszyscy znamy jego historię zdrowotną – przez sześć miesięcy praktycznie nie grał w piłkę, a nawet jeśli był w treningu, to tych meczów mu brakowało. Pewne braki fizyczne z pewnością miał, ale widziałem wylane litry potu, żeby dojść do formy. To on w bardzo mocny sposób pomógł nam wczoraj zdobyć te trzy punkty.
PZPN przez lata nie robił z tym niczego konkretnego
Z ręką na sercu, czy miałeś moment zwątpienia i czarne myśli w trakcie spotkania, gdy Miedź wyszła na prowadzenie 2:1? Zamieszania wokół Wisły Kraków w ostatnim czasie jest bardzo dużo. Gdyby Wiśle potknęła się noga w meczu z Miedzią Legnica, myślę, że dla wielu osób byłby to powód do mówienia: „Po co było się wychylać, po co był ten cyrk ze Śląskiem Wrocław?”.
Wiesz co, przypomniał mi się w tym momencie Puchar Polski na Stadionie Narodowym. To też były piękne chwile, a scenariusz przypominał filmy Hitchcocka, co na pewno zapadnie mi w pamięć do końca życia. My oczywiście walczymy o sprawiedliwość, walczymy dla naszych kibiców, żeby w tym wszystkim wygrywał przede wszystkim duch sportu. Niestety, w przypadku całej naszej społeczności, jesteśmy od tego daleko. Przez dwa czy trzy lata nasi kibice jeździli pod stadiony i tak naprawdę dopiero od niedawna udaje im się wejść na trybuny – a i to nie zawsze. PZPN przez lata nie robił z tym niczego konkretnego, co dla mnie jest po prostu kuriozalną sytuacją. Mamy naprawdę niezwykle oddanych, bardzo zagorzałych kibiców, którzy są dwunastym zawodnikiem i potrafią wywierać presję tak na sędziach, jak i na zawodnikach drużyny przeciwnej. Zostało nam to brutalnie odebrane przez jakieś dziwne, ciche układy i pakty. Jak czytam o tym wszystkim – kto podpisał, kto nie podpisał, kto z kim rozmawiał przez telefon – to czuję się, jakbyśmy tkwili w jakimś Matriksie. Ostatecznie przecież gramy w piłkę i nagle okazuje się, że o wszystkim decydują układy, a nie sportowa postawa na boisku. To jest po prostu nie do przyjęcia. Walczymy o sprawiedliwość i myślimy o tym przez pryzmat naszej polskiej piłki – przecież to, co dotyka teraz naszą społeczność, równie dobrze za chwilę może spotkać każdy inny klub. Regulaminy powinny być tak skonstruowane, by tego typu sytuacje w ogóle nie mogły mieć miejsca, bo to ostatecznie zabija sportowego ducha walki.
Jako ciało właścicielskie Wisły Kraków mówiliście od początku jednym głosem? To na pewno nie była łatwa decyzja, by powiedzieć: „Nie jedziemy do Wrocławia”. Wiadomo, że na pierwszym planie jest Jarosław Królewski, ale wy jako pozostali właściciele też mieliście w tym temacie dużo do powiedzenia.
Zdecydowanie tak. Od samego początku ta linia była bardzo jednolita i szczerze mówiąc, nie było tu możliwości zawrócenia z raz obranej drogi. Czasami przychodzi po prostu taki moment, w którym trzeba stanąć na wysokości zadania i podjąć męską decyzję. Uważam wręcz, że całą sprawę należało przeciąć znacznie wcześniej, bo ta sytuacja zrobiła się niezwykle niezdrowa, a bardzo niewiele się o tym głośno mówiło.
Czy w ogóle pojawił się moment w przeszłości, kiedy braliście pod uwagę scenariusz, że nie pojedziecie na mecz, właśnie po to, by przysłowiowo uderzyć pięścią w stół?
Tutaj Śląsk sam odrobinę nakreślił pewną swoją postawę. Wcześniej w tych sytuacjach, gdzie nie wpuszczano naszych kibiców, zawsze wynajdywano jakieś „ale”: zniszczona ubikacja, uszkodzony sektor gości czy trwające inne imprezy obok stadionu. Generalnie szukano sprytnych wymówek dla braku wpuszczenia naszych fanów. Śląsk Wrocław natomiast postawił sprawę rygorystycznie, wręcz bym powiedział – buńczucznie: zdecydowane „nie, bo nie”. Postawiliśmy więc „kropkę nad i” decydując się na rezygnację z udziału w wydarzeniu podwyższonego ryzyka. Wcześniej jednak inne drużyny, przy odpowiedniej organizacji, bez problemu brały udział w spotkaniach, które dało się zabezpieczyć. Tłumaczenia, że nie zabroniono indywidualnego zakupu biletów na inne sektory to moim zdaniem po prostu kabaret – nie kupuję takiej retoryki. Mieliśmy przykład w Legnicy, gdzie na trybunach pobito naszego młodego kibica. Im więcej przedstawiciele Śląska mówili o całej sprawie, tym bardziej się w to plątali, sami strzelając sobie w przysłowiowe kolano i gubiąc się we własnych wypowiedziach. Niestety tak to brutalnie wygląda, a nasza decyzja jest po prostu pochodną ich postawy.
To nas absolutnie nie zaskoczyło
Czy byłeś w jakiś sposób rozczarowany tą decyzją, która ukazała się w piątek – walkowerem na niekorzyść Wisły Kraków? A może byłeś tego świadomy, bo znamy regulamin, wiemy jak działa PZPN i blisko tych ustaleń można się było spodziewać takiej reakcji pierwszej instancji? Czekacie chyba z większą uwagą na to, co wydarzy się w poniedziałek?
Zdecydowanie tak, w zasadzie jesteśmy tu zgodni z tym, co zakłada regulamin – jest on dość jasny. Jeżeli zrezygnowaliśmy z meczu, w pierwszej instancji decyzją musiał być po prostu walkower – to nas absolutnie nie zaskoczyło. Jeśli cokolwiek mnie zaskoczyło, to może brak skoordynowania działań dwóch różnych komisji w tym samym terminie. Obiektywnie byłoby zdrowiej dla wszystkich, gdyby obradowano jednocześnie. Czekamy więc cierpliwie na posiedzenie w poniedziałek. Głosy Śląska i głosy Wisły, tak jak mówiłem wcześniej, dotarły już szeroko – w całą sprawę zaangażowało się także wielu całkowicie obiektywnych obserwatorów spoza Krakowa, którzy doskonale widzą, że to, co się stało przypominało mały cyrk. Sądzę, że każdy wyrobił już sobie na ten temat zdanie. Mam nadzieję, że organy PZPN zdobędą się w poniedziałek na twarde, męskie decyzje i wykażą się zdrowym rozsądkiem przy ostatecznym rozstrzygnięciu.
A dla ciebie osobiście – jaka decyzja wydana w poniedziałek byłaby ostatecznie satysfakcjonująca?
Tak naprawdę nie wyobrażam sobie takiego finału, że my otrzymujemy karę walkowera, a Śląsk wychodzi na tym z zyskiem darmowych trzech punktów. Przecież taka decyzja nie ma niczego wspólnego z prawdziwą sportową rywalizacją, o którą tak walczymy. Myślę zresztą, że gdyby tak się stało, co najmniej kilka innych klubów w krótkim czasie zgłosi oficjalne pisma czy skargi. Bo z jakiej racji na przykład Wieczysta, która zremisowała z nami dwa spotkania, czyli straciła cztery punkty ma zaakceptować, że Śląsk dostał trzy punkty z nami? Rozmawiałem w tej sprawie ostatnio z Wojtkiem Kwietniem i wiem że inne drużyny też monitorują całą sytuacje i też mają sporo do powiedzenia. Jeśli chcemy być konsekwentni, po prostu wyłóżmy wszystko na stół: przyznajmy obu stronom minusowe punkty, zastosujmy ujednolicone obciążenie i kary, ale nie zakłamujmy w ten sposób sportowej rzeczywistości.
Tak na koniec, czy czujesz, że ta wymarzona Ekstraklasa jest już naprawdę na wyciągnięcie ręki?
Ja tak właśnie czuję, choć absolutnie muszę powiedzieć, że cały czas drzemie we mnie olbrzymia dawka pokory. Kiedy spoglądam w układ tabeli i widzę, że w nadchodzącym dwutygodniowym okienku, przed samą reprezentacyjną przerwą czeka nas niezwykle ważny mecz w Opolu – to mam świadomość, że właśnie po nim widać będzie wyraźnie te upragnione otwarte wrota i niemalże sportową autostradę wprost do Ekstraklasy. Bardzo mocno ściskam kciuki za chłopaków z zespołu. W obliczu 120-lecia naszego klubu ten powrót byłby niczym innym jak przepiękną klamrą i dopełnieniem wspaniałej historii.









