Frustraci ze szczytu. Piaskownica games Jurgena i Pepa

Pep Guardiola & Jurgen Klopp (Manchester City – Liverpool, Premier League)
PressFocus Na zdjęciu: Pep Guardiola & Jurgen Klopp (Manchester City – Liverpool, Premier League)

Ani jeden, ani drugi nie są zadowoleni ze swojej obecnej sytuacji. Ten pierwszy w Premier League traci dwa punkty do tego drugiego, a ten drugi, w przeciwieństwie do tego pierwszego, nie zagra w finale Ligi Mistrzów. Bezpośrednie, nierozstrzygnięte starcie już za nami, dlatego ring musi przenieść się w przestrzeń nie tyle wirtualną, co nieco bardziej domyślną. Klopp i Guardiola po prostu muszą ze sobą rywalizować, nawet jeżeli momentami przypomina to obustronną frustrację.

  • Liverpool remisując z Tottenhamem oddalił się od mistrzostwa. A wszystko przez to, że City wygrało swój mecz i już ma trzy punkty przewagi nad The Reds
  • Jurgen Klopp rozpoczął wojnę w ligowej piaskownicy, a Pep Guardiola bez wahania dołączył do jego “zabawy”
  • Tyler Herro otrzymał Sixth Man of the Year Award w NBA, a Jarrod Bowen powinien zostać wyróżniony tytułem Non-obvious Hero
  • Jeżeli sezon liczyłby kilka kolejek więcej, Chelsea z pewnością pożegnałaby się z top four Premier League i marzeniami o Lidze Mistrzów

Tottenham Is The new Atletico, a Conte to nowy Simeone

Liverpool remisuje z Tottenhamem, Liverpool traci punkty, Liverpool jest już trzy oczka za City i zgodnie ze środowiskową narracją właśnie pożegnał się z mistrzostwem. Nie ma co ukrywać – można się wkur…zyć. No i Jurgen Klopp się wkurza. Niemiec postanowił poszukać winnych. Dostało się Spurs, którzy postanowili utrudnić rywalom walkę o koronę. Zgodnie ze słowami Niemca londyńczycy powinni zagrać tak, by The Reds mogli ich pokonać. A jakoś nie bardzo chcieli do tego dopuścić. I właśnie to przeszkadzało opiekunowi ekipy z Anfield. Tak naprawdę Antonio Conte, który przecież walczy o Ligę Mistrzów, nie chodziło o to, by wygrać i zbliżyć się do Arsenalu, tylko o to, by pozbawić Liverpool szans na tytuł.

W wolnym tłumaczeniu wypowiedź Kloppa brzmi tak: gdyby nasi przeciwnicy tylko mogli, to najchętniej zamknęliby nas w szatni, a po samotnym wyjściu na boisko przez 90 minut nie zamierzaliby oddać strzału, tylko by tak stali i czekali na końcowy gwizdek, a wszystko po to, by uprzykrzyć nam życie. No więc Tottenham to taki pies ogrodnika – sam nie zdobędzie pełnej puli, ale Liverpoolowi też nie da. I jak tu z takimi zgodnie funkcjonować w jednej lidze? No przecież się nie da. Panie, spójrz Pan. Dorobiliśmy się swojego Atletico, a Conte pod naszym nosem zamienił się w Simeone! Panie, zrób Pan coś, tak nie można! Pobite gary!

Wujek Jurgen jest fajny, dopóki jest fajnie. A jak fajnie nie jest, to ujawnia się ten gen znany z piaskownicy. Ten jest brzydki, z tym się nie będę bawił, a ten ukradł mi łopatkę. O, mama właśnie mnie woła na obiad. To jeszcze temu sypnę po oczach i mogę wracać. Ktoś powie, że w ten sposób Klopp zdejmuje presję ze swoich piłkarzy. I być może gdzieś tam w głębi serca jakaś cząstka Niemca tego pragnie, ale to na pewno nie jest coś, co dominuje w zachowaniu Jurgena.

Liverpoolowi wiatr w oczy i dwie garście piasku

Ale żeby nie było tak pięknie, Guardiola również ma swoje za uszami. Hiszpan postanowił sypnąć piaskiem bezpośrednio w oczy Kloppa i sympatyków Liverpoolu. Dwie garście. Garść pierwsza – według Pepa wszyscy w Anglii kibicują The Reds i wszyscy życzą im mistrzostwa. Nie, Panie Josepie Guardiolo, na Wyspach nie lubią Was tak samo bardzo jak Liverpoolu. Szczególnie na Old Trafford. Garść druga – “ten klub może pochwalić się wspaniałym dorobkiem w Europie, ale nie w Premier League, gdzie zdobył tylko jedno mistrzostwo przez 30 lat”.

Oj, nieładnie. To już nie są mind games, tylko piaskownica games w wykonaniu obu szkoleniowców. Jurgen jest sfrustrowany tym, że tytuł w lidze baaaaaardzo się oddalił, natomiast Pep raczej niekoniecznie potrafi pogodzić się kolejną porażką w Champions League. I nawet triumf w PL nie wynagrodzi mu klęski w Madrycie. Dla niego krajowa korona w tej chwili jest prawie tak samo wartościowa, jak bezcenny jest bezcenny argentyński kaktus. Czyli w ogóle. Jednak czy to usprawiedliwia rzucanie piaskiem na oślep? No niekoniecznie. Chociaż… Niech się bawią, jeżeli faktycznie to im się podoba. W końcu osiedlowa piaskownica należy tylko do nich.

Wydarzenie kolejki: Brighton wygrywa 4:0 z Manchesterem United

Tydzień temu Manchester także pojawił się w tym akapicie. Wtedy zachwycałem się efektownym zwycięstwem United w starciu z Brentfordem. Dzisiaj znowu zachwycam się meczem z udziałem Czerwonych Diabłów, jednak dzisiaj występują one w zupełnie innej roli. Nie wygranych, a tych, którzy musieli uznać wyższość rywali. I wyższość to odpowiednie słowo, ponieważ podopieczni Ralfa Rangnicka wysoko przegrali z Brightonem. Ale oddajmy cesarzowi to, co cesarskie, a Mewom to, co mewie – drużyna Grahama Pottera zdemolowała przeciwników i nie ma w tym ani krzty przesady. A to wszystko właściwie bez udziału Harry’ego Maguire’a, który pojawił się na murawie już po trafieniach Caicedo, Cucurelli, Grossa i Trossarda. Co wiemy po tym meczu? Ekipa z The Amex potrafi grać ofensywnie, a obecny Manchester po prostu nadaje się do zaorania.

Bohater nieoczywisty: Jarrod Bowen

Sezon ma się ku końcowi, dlatego powoli można zastanawiać się nad podsumowaniami. I tak jak w NBA istnieje Sixth Man of the Year Award, czyli nagroda dna najlepszego gracza rezerwowego, tak w Premier League moja osobista jednoosobowa kapituła forsuje przyznanie wyróżnienia dla bohatera nieoczywistego, piłkarza z drugiego planu, nie tak medialnego i “głośnego” jak Salah, Son czy De Bruyne. Tym samym chciałbym uhonorować postawę Jarroda Bowena, który niegdyś w Hull dzielił szatnię z Kamilem Grosickim, a dzisiaj swoimi występami domaga się sprawiedliwego podziału sławy. Przed Państwem Non-obvious Hero ligowych rozgrywek, Jarrod Bowen, autor double-double (10 goli i 10 asyst). Wprawdzie nie tak rezerwowy, jak aktualny Sixth Man of the Year, czyli Tyler Herro, jednak tam samo Hero, a nawet może bardziej Hero niż sam Herro.

Rozczarowanie kolejki: Chelsea

Miało być spokojnie. Trzecie miejsce, nic więcej, nic mniej. No ale spokojnie nie jest, ponieważ Chelsea postanowiła sprawdzić, jak wiele można zepsuć w ciągu dwóch ostatnich miesiącach sezonu. O Realu zapominamy, Real po prostu był nie do przeskoczenia, o czym przekonało się także City. Koncentrujemy się wyłącznie na popisach The Blues w Premier League. Po krótkiej analizie jury jednogłośnie stwierdza, że postawa londyńczyków w tym okresie zasługuje na ocenę 2 w tak zwanej szkolnej skali. Dobra, niech będzie. Dwa z wyróżnieniem, za 6:0 z Southampton. A poza tym to: 1:4 z Brentfordem, 2:4 z Arsenalem, wymęczone 1:0 z WHU, 1:1 z United, 0:1 z Evertonem i od 2:0 do 2:2 z Wolves. Nie jest kolorowo. Przewaga nad Kanonierami to już tylko jeden punkt. Na szczęście kalendarz jest dosyć łaskawy, jednak gdyby (czas na zabawę w jasnowidza) sezon potrwał z trzy-cztery kolejki dłużej, to Chelsea niemal na pewno opuściłaby top four.

Polacy w Premier League

  • Łukasz Fabiański (West Ham) – 90 minut i dwa obronione strzały w starciu z Norwich (4:0)
  • Przemysław Płacheta (Norwich) – pojawił się na boisku w 71. minucie meczu z West Hamem (0:4)
  • Jakub Moder (Brighton) – kontuzja kolana, Mewy grały z Manchesterem United (4:0)
  • Jan Bednarek (Southampton) – 90 minut w spotkaniu z Brentfordem (0:3)
  • Mateusz Klich (Leeds) – 45 minut i żółta kartka w meczu z Arsenalem (1:2)
  • Matty Cash (Aston Villa) – 90 minut w pojedynku z Burnley (3:1)

Komentarze

Comments 2 comments