W ciemno z Marcinem Ryszką #20: Święto futbolu w cieniu wielkiej polityki i komercji

Nadeszło to, na co kibice na całym świecie czekają z utęsknieniem przez długie cztery lata. Mistrzostwa świata oficjalnie wystartowały.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka


Tegoroczny mundial w Stanach Zjednoczonych, Meksyku i Kanadzie to turniej pod wieloma względami absolutnie bezprecedensowy. Karuzela ruszyła, a my od razu zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę w formacie, który jeszcze przed pierwszym gwizdkiem budził skrajne emocje.

Mundial w rozmiarze XXL, czyli 48 państw na starcie

Zacznijmy od tego, co rzuca się w oczy najbardziej – powiększenia liczby uczestników turnieju do aż 48 drużyn. Z jednej strony, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że takie rozwiązanie ma swoje niewątpliwe plusy. Piłka nożna to sport o zasięgu absolutnie globalnym, a nowy format daje realną szansę na spełnienie sportowych marzeń mniejszym nacjom, dla których sam awans jest wyczynem wręcz historycznym. Piękne, romantyczne opowieści o piłkarskich kopciuszkach, którzy potrafią postawić się największym gigantom, zawsze dodawały mistrzostwom niesamowitego kolorytu. To doskonała okazja na promocję futbolu i wielką integrację w zakątkach świata, które do tej pory piłkarską elitę mogły co najwyżej śledzić przed telewizorem.

Z drugiej jednak strony, trudno uciec od wrażenia, że w tym wszystkim na pierwszy plan wysuwa się po prostu gigantyczna komercja. Rozwodnienie jakości to argument, który trafia do mnie wyjątkowo mocno. Turniej, w którym zaplanowano aż 104 mecze do rozegrania, brzmi jak czyste szaleństwo. Czy przeciętny kibic jest w ogóle w stanie to wszystko przetrawić? Szczerze w to wątpię. Odeszliśmy od formatu, w którym niemal każde spotkanie fazy grupowej było starciem o piłkarskie życie, a turniej miał swój unikalny, elitarny charakter. Nie brakuje dziś w pełni uzasadnionych obaw, że przy takiej liczbie drużyn niektóre mecze będą po prostu przypominać rozwlekły i mało atrakcyjny maraton.

Pustka po reprezentacji i brak narodowej gorączki

Nie ma co ukrywać – fakt, że na tych mistrzostwach brakuje reprezentacji Polski, drastycznie zmienia nasze postrzeganie całego turnieju. Wielokrotnie podkreślałem w swoich tekstach, jak ważna jest dla nas ta narodowa gorączka. Brak biało-czerwonych flag przypinanych do samochodów, brak tego specyficznego, pompującego się od tygodni napięcia i dyskusji, które toczyłyby się w każdym biurze, szkole czy sklepie, sprawia, że temperatura wokół mundialu w naszym kraju zauważalnie opadła. Oczywiście, prawdziwi fani futbolu i tak będą z uwagą śledzić rozgrywki, ale umówmy się: bez naszej kadry to zainteresowanie jest po prostu dużo, dużo chłodniejsze. Brakuje tego potężnego, emocjonalnego spoiwa, które sprawia, że mecze z wypiekami na twarzy przeżywają nawet ci, którzy na co dzień piłką nożną w ogóle się nie interesują.

Mundial w czasach politycznych napięć

Jest jeszcze jedna, bardzo gorzka i refleksyjna strona tego turnieju. Żyjemy w czasach, w których na świecie dzieje się wiele złego i jest po prostu bardzo niespokojnie. Globalne napięcia i konflikty, jak choćby te na linii Stany Zjednoczone – Iran, siłą rzeczy kładą się cieniem na idei sportu, która w swoim założeniu miała przecież jednoczyć ludzi z całego globu ponad wszelkimi podziałami. Słyszymy doniesienia o gigantycznych problemach wizowych, o tym, jak ogromną i często nie do przeskoczenia barierą dla zwykłych kibiców z wielu krajów stał się sam wjazd na terytorium USA. Turniej, który z definicji powinien być radosnym świętem równości, otwartości i dostępności, dla wielu lojalnych fanów zamknął swoje drzwi z powodów czysto politycznych czy biurokratycznych.

Oby na końcu wygrała piłka

Kiedy jednak zestawiam te wszystkie narzekania i bolączki – rozdmuchany do granic możliwości format, wszechobecną komercję, trudną geopolitykę i smutek po naszej nieobecności – z tym, co mogliśmy zobaczyć wczoraj po pierwszych dwóch meczach, wciąż tli się we mnie ogromna nadzieja. Patrząc na te obrazki, na to niesamowite, wielokolorowe morze fanów, od razu czuć dawną magię. Meksykańscy kibice zgotowali na trybunach prawdziwe święto, stworzyli tak fantastyczny, fanatyczny doping podczas meczu otwarcia, że po prostu nie dało się przejść obok tego obojętnie. Właśnie dla takich chwil i dla takich czystych emocji wciąż kochamy tę dyscyplinę.

Więc odpowiadając na narzucające się pytanie: czy będę oglądał wszystkie 104 mecze tego turnieju? Pewnie, że nie. Nie zamierzam nikogo czarować – czy będę dzisiaj z przyspieszonym tętnem i wypiekami na twarzy śledził starcie Kanady z Bośnią i Hercegowiną? Zdecydowanie nie. Zmierzam jednak do tego, że mam ogromną, szczerą nadzieję, iż mimo całej tej biznesowej machiny i problemów organizacyjnych, na sam koniec zapamiętam ten turniej właśnie przez pryzmat takich obrazków jak wczoraj. Że to czysta radość z gry, fanatyczny doping kibiców i piękno futbolu wygrają w mojej pamięci z tymi wszystkimi złymi rzeczami, które dzieją się dziś wokół samego mundialu i całego świata.

Kącik humorystyczny

Trwa pierwszy tydzień mistrzostw świata. Mąż, zachwycony nowym formatem turnieju, siedzi na kanapie i z wypiekami na twarzy ogląda trzeci mecz z rzędu. Żona wchodzi do salonu, staje prosto przed ekranem, zasłaniając mu widok, i pyta z wyraźną irytacją:
– Powiedz mi tak szczerze, czy ty naprawdę masz zamiar obejrzeć wszystkie 104 mecze na tym mundialu?! Przecież ty od wczoraj nie zamieniłeś z nami słowa!
Mąż wzdycha ciężko, próbuje wychylić się zza jej pleców, żeby nie przegapić akcji, i odpowiada ze stoickim spokojem:
– Skądże znowu, kochanie, absolutnie nie wszystkie!
– O, to chociaż tyle dobrego. A których nie zamierzasz oglądać?
Na to mąż z uśmiechem:
– Tych, w których zagra nasza reprezentacja.

Trzymajcie się i do następnego piątku!

Marcin Ryszka