Gdyby ktoś powiedział mi w momencie, gdy Jose Mourinho stracił pracę w Fenerbahce, że dziesięć miesięcy później Real Madryt przedstawi go jako nowego trenera – nie uwierzyłbym. Wydawało się, że charyzmatyczny Portugalczyk jest u schyłku kariery. Benfica mogła być jego ostatnim poważnym klubem w europejskiej piłce. Potem tylko Arabia Saudyjska albo drużyna narodowa. Los jednak lubi płatać figle, a kibicom Los Blancos splatał największego figla w ostatnich latach. Bo tylko tak można ocenić powrót Mourinho – coś co nie miało prawa się wydarzyć, ale się wydarzyło.
Mourinho, czyli trener, którego kochasz albo nienawidzisz
Mourinho to trener, który polaryzuje. Albo go kochasz, albo nienawidzisz. Nie ma nic pomiędzy. Możesz go uwielbiać i uważać za najlepszego na świecie – może nawet w historii. Albo możesz go nienawidzić i mówić o nim, że to największy ignorant w piłce nożnej. Nie było i nie ma wielu takich jak on. Jesteś z nim albo przeciwko. Ale prawda jest taka, że dla swoich ludzi potrafi zrobić wszystko, ale co najważniejsze ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jego piłkarze stoją za nim murem.
Jako dziecko, a potem nastolatek trenowałem siatkówkę, mój trener przed startem każdego sezonu mówił takie zdanie, które zapadło mi w pamięci: „możecie ze mną konie kraść, albo mieć przerąbane jak w czołgu”. I właśnie tak samo jest z Mourinho. Ci, którzy zawierzą mu sportowe życie, którzy staną się jego żołnierzami, będą mieli z nim z górki. Biada jednak tym, którzy zdecydują się zbuntować. Nie chcesz igrać z losem i być przeciwko Mou, bo z tyłu głowy wiesz, że przegrasz na samym starcie.
Przekonał się o tym w przeszłości Iker Casillas. Masz nazwisko, sukcesy, jesteś gwiazdą lub legendą? Dla Mourinho nie ma to żadnego znaczenia. Podporządkuj się albo siadaj na ławce. To trener z twardymi zasadami i autorytarnym podejściem. Lata mijają, a on się nie zmienia. W końcu jak zwykł o sobie mawiać, jest wyjątkowy.
Wróćmy na chwilę pamięcią do początku. Był 22 maja 2010 roku. Mourinho wygrał właśnie Ligę Mistrzów z Interem Mediolan. Po latach jednak bardziej niż o samym meczu w kontekście portugalskiego trenera mówiło się o tym, co działo się pod stadionem. Wiedział, że był to jego ostatni mecz w roli trenera Mediolańczyków. Zawodnicy również to wiedzieli i wielu nie mogło się z tym pogodzić. Najbardziej Marco Materazzi. To właśnie włoski obrońca stał pod ścianą jednego z budynków, gdzie zaparkowany był autokar. Gdy Mourinho odjeżdżając samochodem, zauważył z tylnego siedzenia swojego piłkarza, natychmiast kazał zatrzymać auto. Wysiadł, a to, co stało się później przeszło do historii jako jedna z najpiękniejszych scen w piłce nożnej. Mourinho objął zapłakanego Materrazziego i sam zaczął płakać. Stali tak przez chwilę, płacząc i nie mówiąc ani słowa. Ale ta cisza wyrażała więcej niż tysiąc słów. Ona wręcz krzyczała. To był właśnie efekt Mourinho. Najlepszy dowód na to, jak bardzo potrafi zjednać sobie ludzi i jak bardzo są mu oddani.
Mourinho podłożył fundamenty pod wielki Real Madryt
Niedługo potem Mourinho został zaprezentowany po raz pierwszy jako nowy trener Realu Madryt. Najlepszy trener na świecie w klubie, który chciał być najlepszy na świecie. Miał jedno zadanie – zbudować drużynę, która wygra Ligę Mistrzów.
W pierwszym sezonie dostał Oezila, Khedirę, Di Marię, Leona i Canalesa, czyli zestaw młodych zawodników, których trzeba oszlifować i wskazać im kierunek plus doświadczonego Carvalho. W drugim okienku przyszła dostawa kolejnych nieokiełznanych graczy: Coentrao, Varane, Sahin, Callejon i dla równowagi doświadczony Altintop. Ostatni rok to transfer Luki Modricia i Diego Lopeza, który potem odegra ważną rolę, choć przychodził jako następca Jurka Dudka na ławkę rezerwowych.
Powiedzenie do trzech razy sztuka w przypadku trójkąta Mourinho – Real – Liga Mistrzów nie znalazło przełożenia. Za każdym razem odpadali w półfinale, przegrywając z Barceloną, Bayernem i Borussią Dortmund. Warto dodać z perspektywy polskich kibiców, że w ostatnim sezonie pogrążył go Robert Lewandowski, strzelając cztery gole w meczu na Signal Iduna Park.
Podsumujmy krótko trzyletnią kadencję Mourinho w Realu Madryt. Mistrzostwo Hiszpanii, dwa tytuły wicemistrza, Puchar Króla, Superpuchar Hiszpanii i trzy półfinały Ligi Mistrzów. Rozpiszmy to: pierwsze mistrzostwo od czterech lat. Pierwszy krajowy puchar od 1993 roku i pierwszy Superpuchar od czterech lat. Pierwszy półfinał Ligi Mistrzów od 2003 roku.
Wniosek? Mourinho wykonał zadanie. Zbudował drużynę. Osiągnął sukces (bo jak mówi Guardiola „Liga Mistrzów niszczy projekty. Nie możemy myśleć, że jeśli nie wygrasz tych rozgrywek, to wszystko, co zostało zbudowane, nie ma żadnej wartości. […] Nie można uznawać sezonu za porażkę tylko dlatego, że nie udało się awansować do finału Ligi Mistrzów lub jej wygrać. To właśnie rozgrywki ligowe stanowią podstawę do oceny, czy sezon był udany, czy nie”.) i położył fundamenty pod wielki Real Madryt.
Wielki, bo w kolejnych pięciu latach Królewscy czterokrotnie wygrali Ligę Mistrzów. Na tym, co zbudował Mourinho, sukces osiągnął Carlo Ancelotti, a potem Zinedine Zidane. Nic więc dziwnego, że Florentino Perez, prezydent Realu Madryt w momencie próby, momencie trudnym, być może najgorszym od dekady zwrócił się właśnie do niego. Może Portugalczyk jest zbawcą Madrytczyków? Może jego przeznaczeniem nie jest bycie królem królewskiego zespołu, ale projektantem sukcesów, które później inni podpisują swoim nazwiskiem? Tak czy inaczej Mourinho w Realu wykonał wtedy kawał ciężkiej i niedocenionej przez wielu pracy, której efekty przyszły, gdy odszedł. Trzeba jednak pamiętać, że odchodził na własne życzenie mimo sprzeciwu Pereza. „Wykonałeś najcięższą pracę i odchodzisz w momencie, gdy nadchodzą dobre, łatwiejsze czasy” – powiedział Perez na pożegnanie Mourinho, co Portugalczyk ujawnił po latach.
Perez zagrał va banque zatrudniając Mourinho. Gasi pożar benzyną
Druga kadencja Mourinho w Realu Madryt będzie zdecydowanie inna. Przychodzi do klubu, który jest wśród najlepszych na świecie. Ma w składzie największe gwiazdy jak Kylian Mbappe, Vinicius Junior czy Jude Bellingham. Szatnia jest wręcz napakowana wielkim ego każdego z piłkarzy. Różnica polega na tym, że ego Mourinho zawsze będzie większe. Pytanie, czy tacy gracze jak Vinicius i Mbappe będą w stanie ustąpić światła reflektorów największemu z nich, czyli Mourinho. Można śmiało powiedzieć, że powrót Mou do Realu jest zero-jedynkowy. Albo przywróci lata świetności i Królewscy znowu zaczną wygrywać w Lidze Mistrzów, albo pogrzebie ich kompletnie. Innego wyjścia nie ma. Perez zagrał va banque. Pozostaje jedynie czekać, czy ryzyko, jakie podjął, okaże się pokerowym zagraniem, o którym świat piłki nie zapomni nigdy.









