Olkiewicz w środę #11 Fatum beniaminka. Czy na bogato, czy oszczędnie – na końcu czyha porażka.

Górnik Łęczna - Bruk Bet Termalica Nieciecza
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Górnik Łęczna - Bruk Bet Termalica Nieciecza

– Niech ten wieczór będzie niezapomniany, niech ta noc zostanie nam w pamięci na lata, niech to 90 minut będzie wspominane jeszcze przez długie tygodnie! – myślał sobie niejeden kibic ŁKS-u na finiszu ubiegłego sezonu, przygotowując białą koszulkę i szalik na finał baraży o Ekstraklasę. Nie ukrywam – tak myślałem i ja, szykując się na wielki mecz, a potem jeszcze większy bal na Placu Wolności i podczas tradycyjnego przemarszu Piotrkowską. Niestety, futbolowi bogowie mają to do siebie, że życzenia spełniają w sposób przewrotny.

Czy ten wieczór stał się niezapomniany? O tak, z nazwiskiem Krykuna czasem budzę się w środku nocy, krzycząc do Adama Marciniaka i Macieja Wolskiego, żeby go pilnowali, bo idzie centra. Czy ta noc zostanie nam w pamięci na lata? Obawiam się, że jej skutki będziemy odczuwać jeszcze bardzo, bardzo długo – a widać to po kolejnych zawodnikach, którzy przebąkują o nieuregulowanych zaległościach ze strony klubu. Czy tamto 90 minut będzie wspominane przez długie tygodnie? No tak, choćby dziś, prawie rok po tamtym szalonym starciu ŁKS-u Łódź z Górnikiem Łęczna. Mój pech, moje nieszczęście i mój ból – bo już wtedy przeczuwałem, że ten brak awansu do Ekstraklasy mocno zaboli portfele właścicieli ŁKS-u – to fart, szczęście i radość Górnika Łęczna. Los chciał, że bardzo dokładnie, bardzo wyraźnie, z odległości dosłownie paru metrów widziałem wykuwający się w trudach awans górniczej ekipy.

Widziałem, jak z każdą minutą meczu się nakręcają, jak z każdą minutą meczu zaczynają mocniej wierzyć. Widziałem miny kompletnie zaszokowanych, ale jednocześnie absurdalnie szczęśliwych kibiców Górnika, którzy tego dnia usiedli w narożniku naszej trybuny, dzieląc z nami sektor. Wreszcie widziałem całą dość improwizowaną fetę, która w niczym nie przypominała choćby imprezy z Radomia, gdzie swój awans świętował chwilę wcześniej Radomiak.

Najkrócej rzecz ujmując: Górnikowi Łęczna Ekstraklasa się przydarzyła. Przytrafiła. Myślę że ani działacze, ani piłkarze, ani nawet kibice Górnika nie poczują się tymi sformułowaniami urażeni – bo oni wiedzą najlepiej, jaką drogą przez mękę był ubiegły sezon I ligi. Od 19 marca do 30 maja, na przestrzeni dwunastu ligowych spotkań, Górnik wygrał… raz. 3:0 z Chrobrym Głogów w 23. kolejce, świeżo po dwóch kolejnych oklepach od Korony i Radomiaka. Potem? Rozczarowująca seria remisów z GKS-em Jastrzębie, Puszczą i Widzewem, dalej porażka z aspirującą do baraży Miedzią Legnica. Gdy Górnik przegrał z GKS-em Tychy, potem z ŁKS-em Łódź i jeszcze poprawił remisem z walczącym o utrzymanie Stomilem – zapachniało wypadnięciem ze strefy barażowej. Na dwie kolejki przed końcem Górnik był szósty, miał punkt przewagi nad Miedzią Legnica i Odrą Opole. Pamiętam swoje twitterowe rozmowy – niektórzy fani Miedzi już straszyli, że mój ŁKS nie ma czego w barażach szukać. Kamil Kiereś i cały Górnik podnieśli się kompletnie nieoczekiwanie, na dwie ostatnie kolejki, ugrywając to szóste ligowe miejsce prawdziwym rzutem na taśmę.

Przy ich ówczesnej formie – nikt zdrowy na umyśle nie stawiał, że Górnik cokolwiek w barażach zdziała. Posiadająca gigantyczne ambicje Arka Gdynia. Spadkowicz, który utrzymał swój skład z Łodzi. Bogaty i ambitny GKS Tychy. Górnik był beniaminkiem, dla którego już awans do I ligi był przyjemnym zaskoczeniem. Jesień zrzucano na tradycyjną euforię związaną z wcześniejszą promocją, tak jak pan Sławek określił jesienne wyniki Radomiaka. Wiosna wydawała się potwierdzać – Górnik jest ekipą na środek I ligi i niewiele więcej. Ale potem przytrafiły się baraże. Kamil Kiereś, który ponoć już zimą mocno pracował nad defensywą, świadomy, że samymi bezbramkowymi remisami jest szansa doślizgnąć się do baraży, teraz triufmował. Najpierw Górnik oprawił GKS Tychy, następnie wygrał 1:0 w Łodzi. Dwa mecze wyjazdowe, dwa razy skazywany na pożarcie, dwa razy zwycięski. 20 czerwca, grubo po 22.00, Górnik dowiedział się, że 24 lipca, niewiele ponad miesiąc później, zagra w Ekstraklasie.

Nie chcę tutaj po raz kolejny usprawiedliwiać łęcznian, zrobiłem to już przy okazji tekstu o odejściu Kamila Kieresia. Chcę jednak, by to wyraźnie wybrzmiało – Górnik do 20 czerwca nie przygotowywał się specjalnie na Ekstraklasę, bo nie miał ku temu powodów. Górnik wszystkie działania zmierzające do zbudowania ekstraklasowego klubu (nie zespołu, ale klubu, to bardzo ważna różnica dotycząca także sztabu czy pracowników innych działów) mógł podjąć dopiero 22 czerwca – bo zakładam, że dzień wcześniej cała Łęczna jeszcze, nazwijmy to, odpoczywała po podróży.

Miesiąc. Przy bardzo ograniczonym budżecie. Po zaledwie roku spędzonym w I lidze, wcześniej Górnik znajdował się na trzecim poziomie rozgrywkowym. Bez wielkich nazwisk w składzie, bez szalonych transferów zimowych. Górnik zaproszenie na wykwintny bankiet dostał na kwadrans przed jego rozpoczęciem. Dobór smokingu był nierealny, zostało wybrać jakieś w miarę wygodne buty i mniej więcej rozczesać loki.

W tym czasie Bruk-Bet Termalica Nieciecza KS mogła już w spokoju planować sparingi. Zapraszać do siebie kolejnych zawodników, już nie na negocjacje kontraktowe, ale jedynie szybki podpis i zapoznanie z drużyną oraz szatnią. Mariusz Lewandowski pierwsze gratulacje za awans do Ekstraklasy usłyszał prawdopodobnie w programie Weszłopolscy, 24 maja. O miesiąc wcześniej, niż Górnik Łęczna, po wyjazdowym zwycięstwie nad GKS-em Tychy w 31. kolejce. 8 punktów przewagi na 3 kolejki przed końcem, a przecież nawet gdyby Bruk-Bet spadł na trzecią pozycję – byłby murowanym faworytem barażowych starć. Zresztą – niecieczanie tak naprawdę przygotowania pod Ekstraklasę zaczynali już zimą. Wówczas zebrali 42 punkty w 17 spotkaniach, przegrali tylko jeden mecz, trzymali bezpieczne 10 punktów przewagi nad Górnikiem Łęczna i ŁKS-em. Skoro ŁKS wówczas kupował sobie Ricardinho i Rygaarda z myślą nie tylko o wiośnie, ale i kolejnym sezonie w Ekstraklasie, to co powiedzieć o Bruk-Becie?

Transfery takie jak Tekijaskiego, Mesanovicia, Hlouska czy Hubinka to nie jest robota, którą można wykonać dwoma telefonami między świętowaniem wygranego barażu i sprawdzaniem, z kim się zagra w pierwszej kolejce Ekstraklasy. Nieciecza miała nieprawdopodobny wręcz komfort – po pierwsze od dawna jest klubem poukładanym finansowo. Po drugie bardzo wcześnie wiedziała, że jest poważnym kandydatem w wyścigu po Ekstraklasę, a co więcej – bardzo wcześnie wiedziała też, że już nikt jej tej Ekstraklasy nie wyrwie na finiszu sezonu. Po trzecie wreszcie – Bruk-Bet przecież już w elicie był, wcale nie tak dawno, potem zresztą zaliczył też bolesne rozczarowania w I lidze, gdy zamiast szybkiego powrotu na najwyższy poziom były dwa sezony w środku tabeli. Właściwie im więcej wyciągniemy czynników, tym większa robi się przepaść między Górnikiem a Bruk-Betem.

Bruk-Bet ze stabilnymi właścicielami i wciąż pewnymi zapasami finansowymi z czasów trzech sezonów gry w Ekstraklasie. Górnik? Wiadomo, jak burzliwe były w pewnym momencie boje z Bogdanką, z władzami klubu naciskającymi na grę w Lublinie. Do tego doszły dwa sezony w II lidze, gdzie przychody są właściwie iluzoryczne, za to koszty cały czas rosną. Bruk-Bet z Mariuszem Lewandowskim, który w połowie maja już powoli planował zgrupowania, transfery oraz roszady taktyczne, które trzeba będzie przeprowadzić przed rozpoczęciem kampanii ekstraklasowej. Górnik z Kamilem Kieresiem, który w połowie maja zastanawiał się jak przerwać passę ośmiu meczów bez zwycięstwa. Bruk-Bet, o którym można było śmiało napisać: przerasta konkurencję o poziom. I Górnik, który nie przerastał poziomem nawet swoich barażowych rywali. Bruk-Bet strzelił więcej goli, mniej goli stracił, miał większe indywidualności, po prostu grał i wyglądał dużo lepiej, a jeszcze w dodatku miał przed sobą lepsze perspektywy, trzymając w ręku o wiele lepsze narzędzia.

Tak naprawdę ten ostatni mecz Górnika Łęczna z Bruk-Betem miał wymiar dosyć symboliczny. Ja rozumiem, kontrowersje sędziowskie, poza tym optyczna przewaga, generalnie ten mecz układał się na zwycięstwo niecieczan. Ale skończył się remisem, po którym obie ekipy właściwie pożegnały się z Ekstraklasą, bo trudno oczekiwać, by Górnik na przestrzeni dwóch meczów odrobił 19 goli. Co więcej – remis niejako potwierdził rzeczywisty potencjał obu drużyn. W tabeli jednych i drugich dzielą 3 punkty. Bruk-Bet nieco lepiej atakował, ma siedem strzelonych goli więcej. Ale w defensywie to była już identyczna radosna improwizacja – 53 stracone po stronie Bruk-Betu, 55 po stronie Górnika. Możemy naturalnie uciekać w jakieś trudne do realnego zmierzenia czynniki – że Bruk-Bet jednak częściej zagrażał rywalom, że miał więcej spotkań na styku, że zdarzało mu się nawet pozostawać stroną dominującą. Tylko to pocieszenia, którym trudno nawet wyszukać adresata. Ani to nie pocieszy Latala czy Lewandowskiego, ani nie poprawi sytuacji państwa Witkowskich, ani nie ukoi bólu ich syna, Krzysztofa Juniora, który był zmuszony obserwować jak współtworzona przez niego kadra gra coraz słabiej i słabiej, osuwając się do I ligi.

Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że Górnik i Nieciecza startowali do tej Ekstraklasy z dwóch skrajnie różnych punktów. Że Niecieczanie atakowali szczyt góry po długim obozie aklimatyzacyjnym w bazie u jej podnóża, podczas gdy łęcznianie ani na moment nie przerwali marszu z głębokiej kotliny, w dodatku wspinając się bez czekanów i w niewygodnych butach.

Nie będzie też nadużyciem stwierdzenie, że Górnik i Nieciecza z tej Ekstraklasy spadają z niemal dokladnie tego samego punktu.

To tym ważniejsze, tym bardziej znamienne, że i zimą oba kluby się różniły. Bruk-Bet ściągnął tylu różnych piłkarzy, że momentami zastanawialiśmy się, kto będzie grał w pozostałych klubach Ekstraklasy, skoro Nieciecza już zakontraktowała wszystkich zawodników w Europie.  Kogo tam nie było. Varga. Kożulj. Polarus. Hybs, znany też jako Cyps Albo Zyps. Kocyła, Ambrosiewicz. W transfery włożono z pewnością sporo gotówki, licząc do końca, że teraz ta maszyna odpali. Górnik odwrotnie, zdawał się trzymać ciśnienie i ściągnął trzech piłkarzy, z czego dwóch jako wolnych agentów. Z trenerem było to samo. Bruk-Bet stawał na głowie, przez moment nawet dogadał się z Michałem Probierzem. Górnik gdyby mógł, pewnie nadal korzystałby z usług Kamila Kieresia. Gdybyśmy mieli się pobawić w statystykę i policzyć, ile ruchów kadrowych w przeliczeniu na jeden ligowy punkt wykonały oba zespoły – nawet nie byłoby czego porównywać.

Moim zdaniem to wszystko jest bardzo… Hm. Szukam odpowiedniego słowa: niepokojące? Jeśli z tego sezonu miałaby płynąć jakaś uniwersalna nauka dla takiej Miedzi Legnica, która wygrała I ligę w podobnym stylu, w jakim Bruk-Bet robił awans rok temu – jaka by ta uniwersalna nauka miała być? Gdyby z losów Bruk-Betu i Górnika zrobić jakiś poradnik dla pierwszoligowca z aspiracjami – jakie rozdziały zamieścilibyśmy w takiej publikacji?

Im dłużej o tym myślę, tym ciężej mi na sercu – bo zdaje się, że właśnie jesteśmy na etapie drastycznego rozjazdu polskiej piłki. Wąska grupa dziesięciu, może dwunastu klubów pójdzie w górę, bogaci staną się jeszcze bogatsi, elita jeszcze bardziej elitarna. Reszta z kolei będzie skazana na wieczny balans między Ekstraklasą a I ligą. Przecież ten Bruk-Bet naprawdę miał wszystko, zrobił wszystko. A i tak okazało się, że to o wiele za mało, by choćby utrzymać ligę. Z trzech beniaminków w Ekstraklasie zostaje jeden, gdzie akurat w magiczny sposób odpaliła stara kapela Dariusza Banasika i parę nowych twarzy, które Radomiak sprytnie wyłowił z niebytu. Poza tym mamy poukładanego, ambitnego, bogatego i wzmiacaniającego się sportowo spadkowicza z Niecieczy oraz biedniejszego, pozbawionego mocarstwowych aspiracji i kiepskiego sportowo spadkowicza z Łęcznej.

“No ale Raków!” – ktoś krzyknie. I to chyba jest najsmutniejsza puenta całej tej pierwszoligowo-ekstraklasowej opowieści. Beniaminkowie ostatnich lat najczęściej wracają od razu do I ligi, nawet jeśli w teorii zrobią wszystko, by wtopić się w ekstraklasowy tłum. Jedyną gwarancją, że po awansie uda się dalej rozwijać już na najwyższym poziomie jest wyjątkowa koincydencja, jaką stanowi spotkanie się w jednym klubie szalenie bogatego i niesłychanie oddanego właściciela, jakim jest Michał Świerczewski, oraz diabelnie utalentowanego i chorobliwie ambitnego trenera, jakim jest Marek Papszun.

Dobry pomysł dla I-ligowca – kochany klubie, zanim zdecydujesz się na awans do Ekstraklasy, znajdź sobie swojego Świerczewskiego i swojego Papszuna! Jeśli przy okazji odnajdziesz też panaceum, Św. Graala albo kamień filozoficzny – w Ekstraklasie będziesz mógł powalczyć nawet o puchary.

“No ale Stal Mielec!” – krzyknie kolejny rozmówca. I tu też się zgadzam – to jest jakieś wyjście dla I-ligowca. W jakim momencie awansowała Stal Mielec? Stal Mielec awansowała jako jeden z trzech zespołów I ligi do klasy rozgrywkowej, z której spadała tylko jedna drużyna. Dla porównania rok wcześniej ŁKS wszedł do Ekstraklasy jedynie u boku Rakowa, za to by się utrzymać, musiał wyprzedzić aż trzy ekipy (czego naturalnie zrobić nie zdołał). Oczywiście, nie odbieram Stali obecnego sezonu, natomiast jeśli mielibyśmy uniwersalne wnioski wyciągać z historii Stali Mielec, to chyba jedynie zalecenie, by awans robić przy okazji reorganizacji ligi. Dzięki jej powiększaniu, wystarczy nie być najgorszym w stawce, by pozostać w niej na kolejny rok.

Jestem cholernie ciekawy przyszłego sezonu – Miedź Legnica w teorii ma absolutnie wszystko, by te troski niecieczańsko-łęczniańskie rozwiać jeszcze w rundzie jesiennej. W teorii.

W teorii, bo praktyka dla klubów zmieniających I ligę na Ekstraklasę jest zazwyczaj doświadczeniem bolesnym. Niezależnie od tego, czy wchodzisz do niej jak król pokroju Bruk-Betu, czy przez kuchenny lufcik jak Górnik Łęczna.

Komentarze