Jak Lech opiekuje się piłkarzami? Ujawniamy sekrety Kolejorza

Lech Poznań ma specjalny departament, który zajmuje się opieką nad piłkarzami. Do ludzi z działu sportu należy m.in. pomoc lechitom w znalezieniu mieszkania, wynajęciu samochodu, ale i przy... prowadzeniu ciąży, szukaniu zagubionego psa czy udarze teścia. Wojciech Tabiszewski i Tomasz Mendry zabierają nas w podróż po tajnikach tego specyficznego działu HR w Lechu Poznań.

Mikael Ishak
Obserwuj nas w
PressFocus Na zdjęciu: Mikael Ishak
  • Lech Poznań ma specjalny dział, który zajmuje się pomaganiem piłkarzom w codziennym funkcjonowaniu. Na czym to polega?
  • Który piłkarz Lecha przyjechał do Poznania z tuzinem walizek i pięcioma kolegami? A który musiał dzwonić do klubu, bo zaginął mu pies?
  • Dlaczego piłkarze są objęci szczególną ochroną? Jak Lech przygotowuje się na ich przyjazd? W czym najczęściej potrzebują pomocy?

Praca, w której każdy dzień jest niespodzianką

Dziewiąta rano. Wojciech Tabiszewski przyjeżdża na stadion Lecha Poznań, wchodzi do biura i parzy sobie kawę. Nagle dostaje telefon od jednego z piłkarzy. Głos w słuchawce jest niezwykle spokojny.

Cześć, Tabi. Masz chwilę?
– Hej, co tam?
– Słuchaj, mam sprawę. Przyjechali do nas rodzice mojej dziewczyny…
– Coś wam pomóc, coś załatwić?
– Nie, nie. To znaczy pomóc możesz. Z tym właśnie dzwonię. Otóż tata mojej dziewczyny przewrócił się i nie oddycha.

Zaczyna się wyścig z czasem. Tabiszewski wybiega z klubu, wsiada do służbowego auta i pędzi na osiedle, na którym mieszka większość zawodników Lecha. Jest na łączu ze służbami ratunkowymi i jednocześnie próbuje się czegoś dowiedzieć od zawodnika. Ostatecznie teść zawodnika trafia do szpitala, zostaje uratowany, choć sprawa była niezwykle poważna.

W tej pracy nigdy nie wiesz, co tak naprawdę się wydarzy. Natomiast do dziś pamiętam ten spokojny ton głosu, który oznajmił mi, że tata jego dziewczyny nie oddycha – wspomina szef działu sportu Lecha Poznań.

Lech Poznań i ludzie od zadań specjalnych

Dział sportu istnieje w Lechu już od lat, choć przechodził przez wszelakie przeobrażenia. Początkowo był swego rodzaju działem odciążającym kierownika drużyny. Papiery, dokumenty, formalności. Z czasem doszły do tego sprawy organizacyjne przy dopinaniu transferów – załatwienie lotów, transport z lotniska, zorganizowanie testów medycznych. Później doszły jeszcze obowiązki związane z wyjazdami na zagraniczne konferencje, na losowania europejskich pucharów. Dziś to kilkuosobowy dział, który jest…

– No właśnie. Jak to scharakteryzować, by było to zrozumiałe? Powiedziałbym, że jesteśmy takim bardzo specyficznym działem HR. Z naciskiem na „bardzo specyficznym” – śmieje się Tabiszewski.

Spotykamy się w biurze tego departamentu. Siedzimy w czwórkę – Dhananjay Jayaraman jest zatopiony w tabelkach Excela i uzupełnia dane. Tomasz Mendry siedzi przy biurku obok kilkunastu kartonów oznaczonych herbem Lecha. Telefon Tabiszewskiego co chwilę informuje o nowym powiadomieniu – dzwoni któryś z piłkarzy, pisze kierownik drużyny, zatem co jakiś czas musi nacisnąć zieloną słuchawkę i błyskawicznie coś załatwić. W dziale pracuje jeszcze Mikołaj Łopatka, ale on właśnie ruszył w miasto załatwiać sprawy służbowe.

Jeśli chcesz nazwać naszą rolę „opieką nad piłkarzami”, to pewnie będzie to trafne, aczkolwiek my często mamy problem z tym, by jakoś klarownie zdefiniować zakres obowiązków – mówi Mendry: – Może po prostu nakreślimy ci to opowieściami?

Zgubiony pies, badania dla cukrzyka

Telefon do klubu. Dzwoni Wasyl Krawieć, ukraiński obrońca, który w Lechu był dość krótko.

– Zgubiłem psa. To znaczy grałem sobie na komputerze, drzwi były otwarte. Odwracam się, psa nie ma, musiał wyjść. Musicie mi pomóc – oznajmia Krawieć. Nie jest to oczywiste zadanie dla działu sportu, ale coś zrobić trzeba. Ruszają poszukiwania psa, przeczesywanie pobliskiego parku. Ale efektów nie ma.

Następnego dnia do klubu przyjeżdża trener przygotowania fizycznego.

Słyszałem, że szukaliście psa – rzuca w holu i zostawia w recepcji czworonoga. Znalazł go w drodze na trening, spakował do samochodu i przywiózł zgubę. Krawieć odebrał psa jeszcze tego samego dnia.

Ale to tylko skrajne historie. – Najgoręcej jest w okienku transferowym i przy zagranicznych wyjazdach na europejskie puchary. Wtedy tak naprawdę zajmujemy się kilkoma zadaniami jednocześnie. Natomiast to daje paliwo, bo transfery i mecze w pucharach to coś, co kręci nie tylko kibiców, ale i nas – mówią zgodnie Tabiszewski i Mendry.

To na ich głowach spoczywa przywitanie piłkarza w Poznaniu. Organizują przelot, odbierają z poznańskiej Ławicy. Wcześniej sprawdzają media społecznościowe piłkarza, robią research środowiskowy. Inaczej przygotowujesz się na przylot kawalera, który będzie tylko z agentem. A inaczej na przylot czteroosobowej rodziny. – Chociaż to też może być złudne. Gdy Pedro Rebocho przyleciał dopiąć transfer, to na lotnisku zobaczyliśmy najpierw Pedro, później jego pięciu kumpli, a później kilkanaście walizek, które przywiózł ze sobą – opowiadają.

Ale przygotowania są istotne, bo pozwalają sprawniej ulokować piłkarza w Poznaniu. Pierwszy dzień to testy medyczne, na które trzeba piłkarza umówić, zawieźć, a później gdzieś go ulokować. Jeśli następnego dnia podpisany zostaje kontrakt, to rozpoczyna się poszukiwanie lokum. Jedni zawodnicy wolą dopiąć to w ciągu kilku dni, ale są też inne przypadki. – Thomas Rogne, który jest absolutnie fantastycznym gościem, powiedział nam od razu, że on zrobi inaczej. Podpisał długi kontrakt, więc poszuka sobie domu, kupi go, oszczędzi na wynajmie, a pewnie po tych 3-4 latach sprzeda z zyskiem. Łebski facet. Jak postanowił, tak zrobił. Ale staramy się od chłopaków dowiedzieć, czego tak naprawdę oczekują. Jeśli są tacy, którzy muszą mieć szybko swoje lokum, to robimy to ekspresowo i po kilku dniach mogą już rozkładać walizki w wynajętym mieszkaniu – mówi Tabiszewski.

A mieszkania to w ogóle ciekawy rozdział. – To są obcokrajowcy, w nowym mieście, czasem bez rodzin. Nie mają wiedzy na temat tego, jak wygląda rynek mieszkań w Polsce, bo… właściwie skąd mieliby tę wiedzę mieć. I niestety niektórzy próbują to wykorzystać. Próbują podnieść czynsz o 100 proc., bo „tak tu jest, takie warunki”. Albo próbują ściągnąć z faceta kilkutysięczną kaucję, bo podłokietnik w kanapie się chybocze. Piłkarz może wtedy do nas zadzwonić i powiedzieć „słuchaj, jest taka i taka sprawa, coś mi tu nie gra”. I my reagujemy – dodaje Mendry.

Oczywiście wiele spraw, z którymi zwracają się piłkarze do nich, to kwestie wygody. Jeden jest fanatykiem samochodów i bez przerwy dopytuje o dobrego mechanika. Inny zagaja o sprawdzone knajpy w Poznaniu. Ale w dużej mierze na dziale sportu spoczywa też odpowiedzialność za to, by wszystko wokół drużyny było dobrze zorganizowane. – Ot, chociażby te testy medyczne. Piłkarz może na nich wypaść fatalnie, bo leciał na nie siedem godzin z dwiema przesiadkami. Dzisiaj wiemy, że nie możemy sobie na coś takiego pozwolić. Albo gdy dowiedzieliśmy się, że Jesper Karlstroem jest cukrzykiem, to też musieliśmy zorganizować to kompletnie inaczej, by badania nie były zaburzone – wyjaśnia Tabiszewski.

POLECAMY TAKŻE

Obaj zgodnie twierdzą, że najwięcej telefonów od piłkarza odbierają w ciągu początkowych 2-3 miesięcy po transferze. – Później „przejmuje” go szatnia. Ma lepszy kontakt z resztą zawodników, oni zresztą mierzą się z podobnymi problemami, z którymi my im wcześniej pomogliśmy. Więc zamiast przychodzić z jakimiś sprawami do nas, to idą do kumpli z drużyny – mówi Mendry.

Wielokrotnie takimi sprawami w przeszłości zajmował się kierownik drużyny. Ale jego doba też jest ograniczona i nie będzie niańczył wszystkich zawodników, gdy na głowie na jeszcze inne obowiązki w klubie. Natomiast piłkarzom – zwłaszcza wtedy, gdy to ich pierwszy wyjazd poza ojczyznę – zdarza się zgubić. Czytamy później, że zawodnik okazał się niewypałem transferowym, bo się nie zaaklimatyzował. Znana w środowisku jest historia pewnego Hiszpana, który trafił do Polski i w pierwszym klubie się nie wyróżniał, a w drugim błyszczał. Jednym z powodów był fakt, że w tej drugiej drużynie znalazł swoich rodaków i wreszcie… mógł zjeść obiad inny niż w McDonald’s. Nie znał polskiego, po angielsku nie mówił, więc chodził po fastfood i na ekranie samoobsługowym zamawiał posiłki.

Czy to nie przerost formy nad treścią?

Historia z Hiszpanem brzmi absurdalnie, ale niestety często piłkarze żyją w odrealnionym świecie, a gdy spotykają się z problemami „zwykłych ludzi”, to czują się nieporadni i bezradni. Kiedyś Cezary Kucharski powiedział z jednym z wywiadów, że gdy był jeszcze menadżerem, to jeden z jego piłkarzy nie potrafił zarejestrować się do lekarza. Gdy już trafił do przychodni, to był oburzony, że nikt nie prowadzi go tam za rękę do drzwi do drzwi.

Czy to opieka nad piłkarzami to przerost formy nad treścią? Czasem o tym myślę i pewnie coś w tym jest. Natomiast skoro już świat futbolu jest specyficzny, to nie będziemy wyważać otwartych drzwi, prawda? Ja wiem, że to dziwnie brzmi, że „piłkarz ma się skupić na piłce, a rzeczy poza boiskowe bierzemy na siebie”. Przecież tobie w pracy nikt nie załatwia lekarza, nie ogarnia ci mieszkania, nie pomaga w papierologii przy wynajmie auta – rozkłada ręce Tabiszewski: – Natomiast pamiętajmy, że w wielu przypadkach to obcokrajowcy, którym trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A skoro już jesteśmy, mamy takie zadania, to chcemy sprawić, by zawodnicy czuli się maksymalnie komfortowo i faktycznie mogli skupić się na futbolu.

Ale nie chcemy ich niańczyć – wtóruje Mendry: – Zajmujemy się głównie problemami obcokrajowców, bo przecież polski piłkarz nie powinien mieć problemu z tym, by zapisać syna do przedszkola. Pomożemy przy pierwszej sprawie, dalej niech radzi sobie sam. Inaczej wygląda to przy naszych wychowankach. To młodzi ludzie, nasze perełki, więc nie chcemy, by byli niesamodzielni. Tutaj raczej dajemy wędkę zamiast ryby. Przecież wielu z nich pojedzie później grać do Niemiec, Włoch czy Anglii i tam też muszą sobie jakoś poradzić.

Testy psychologiczne

W przypadku pracy działu sportu w Lechu ważna jest komunikacja. W tym znajomość języków. Tabiszewski świetnie mówi po angielsku, Mendry z kolei mieszkał na wymianie studenckiej w Meksyku, więc do angielskiego dokłada też możliwość dogadania się w języku hiszpańskim. W razie potrzeby mogą korzystać z tłumacza, który pomoże np. z portugalskim.

Studiując na zachodzie i w Meksyku miałem okazję poznać inne kultury. To jednak okno na świat, nie zamykasz się w swojej bańce. I ta praca też jest czymś takim, ale tutaj świat przyjeżdża do ciebie – mówi Mendry.

Dział sportu przy transferze piłkarza przygotowuje prezentację na jego temat. Najpierw sporządza raport dla sztabu, dyrektora sportowego i prezesa o tym, co charakteryzuje nację, z której piłkarz pochodzi. Ta analiza jest oparta nie na „tak mi się wydaje” czy stereotypach, a na badaniach uniwersyteckich. – Możemy sobie wstępnie nakreślić to, jacy kulturowo są Portugalczycy czy Szwedzi. Czy sami proszą o pomoc? Jak silne relacje nawiązują w grupie? Czy chcą się socjalizować w większym gronie? To pierwsza część przygotowania – słyszę.

Lech Poznań / PressFocus

Później następuje szereg testów psychologicznych. – W przeszłości miałem dystans do takich badań, bo podchodziłem do nich na zasadzie „co odpowiedzi w jakimś quizie mogą o mnie powiedzieć?”. Ale robiliśmy je w klubie podczas różnych szkoleń. Robimy je piłkarzom już od jakiegoś czasu. I to naprawdę daje sensowne wyniki. Byłem w szoku, że opisują one osobowość aż tak trafnie. Jest to bardzo przydatne dla osób, których praca bazuje na relacjach i pomaga do każdego podejść indywidualnie – przyznaje Tabiszewski.

Lechici pokazują mi prezentację jednego z zawodników. Jaki ma typ osobowości? Jak może funkcjonować w szatni? Jak bardziej typem cichego analityka? A może to właśnie ekstrawertyk, który najpierw mówi, a potem myśli? Takie dane trafiają do trenera, który może wykorzystać je na własny użytek. Akurat John van den Brom jest szkoleniowcem, który lubi zarządzać emocjami, aspiracjami czy atmosferą.

Szpiedzy na zachodzie

Lech nie jest oczywiście jedynym klubem w Polsce, który korzysta z podobnych rozwiązań, bo również chociażby Legia otacza piłkarzy podobnym parasolem. W wielu klubach obowiązki te rozłożone są pomiędzy kilka osób, które formalnie nie tworzą takiego departamentu. A jak to wygląda w ligach zachodnich?

Większość znanych nam klubów też utrzymuje takie komórki. Oczywiście obowiązki są różne, bo na mojej głowie spoczywa np. rejestrowanie międzynarodowych transferów czy zamawianie sprzętu od sponsora technicznego, a na zachodzie ktoś o podobnej funkcji zajmuje się chociażby organizacją posiłków i rezerwowaniem hoteli. Natomiast rozmawiamy z naszymi wychowankami, którzy wyjechali w świat. Zależy nam na utrzymywaniu z nimi dobrych relacji nie tylko dlatego że liczymy na to, że po latach wrócą i zakończą kariery w Poznania, ale możemy też dostać od nich sporo feedbacku, którym możemy się zasugerować – mówi Tabiszewski, który właśnie z wieloma wychowankami zachował dobry i regularny kontakt. Lech zatem może podpytać Jana Bednarka o to, jak klub angażuje rodziny piłkarzy w codzienne życie klubu. Roberta Gumnego o żywienie w Bundeslidze. Jakuba Modera o tajniki taktyczne w Brighton.

I do tego chodzi oczywiście zbieranie informacji przydatnych skautingowi. Dawid Kownacki śmieje się, że pytaliśmy go o pięciu jego kolegów z różnych drużyn, a żadnego jeszcze nie kupiliśmy. Nieoceniona była pomoc Thomasa Rogne, gdy pozyskiwaliśmy Kristoffera Velde. Thomas nie znał go osobiście, ale blisko zna się z jednym z zawodników z Haugesund, więc mogliśmy dowiedzieć się czegoś więcej – wylicza Tabiszewski.

Zresztą zarówno Mendry, jak i Tabiszewski, podkreślają, że to ta praca to też nauka dla nich. Poznają inne kultury, zagłębiają się w sprawach papierkowych, podczas załatwiania formalności nawiązują mnóstwo znajomości. – Śmiejemy się z żoną, że już doskonale znam proces prowadzenia ciąży, choć nie mamy dzieci. Jeden z graczy wraz z partnerką spodziewali się bowiem dziecka, a trafili na wyraźną barierę językową. Jeździłem zatem z nią po lekarzach, ginekologach… Chcesz porozmawiać o trymestrach? – śmieje się Mendry.

Ja z kolei stałem się „ekspertem” od leasingów. Gdy przychodziłem do klubu, to wiedziałem, że to takie jakby wypożyczenie auta, ale co, z czym i jak? Nie miałem zielonego pojęcia. Dzisiaj śledzę każdą zmianę podatkową, podpowiadam chłopakom co i jak, jestem na bieżąco – dodaje Tabiszewski.

Podobnie jest z rynkiem mieszkań, zapisami do przedszkola, wizytami u lekarzy, skierowaniami, podatkami w różnych krajach, ale i wnioskami wizowymi czy pozwoleniami na pracę. – Jasne, że ostatecznie najważniejsze jest to, by przyszedł do Lecha piłkarz dobry. Ale jeśli jest to w dodatku piłkarz z Unii Europejskiej… – Mendry i Tabiszewski wymieniają spojrzenia. Ukraińcy, Gruzini, Izraelczycy czy – jak ostatnio – Irańczyk wiążą się bowiem z tym, że trzeba załatwić w urzędzie kolejny stos papierów.

Nie być służącym, a pomagać

W relacjach między pracownikami działu sportu i szatnią ważne jest zaufanie. Jedno kłamstwo, jedna plotka rozchodząca się do mediów, jeden szwindel i to zaufanie pada. Szatnia to bowiem hermetyczne i specyficzne środowisko. Jeden powie drugiemu, wieść o pracowniku-hohsztaplerze rozniesie się po całej grupie, jesteś skreślony.

Ale też nie chcemy traktować chłopaków na poziomie dzieci. To są dorośli faceci. Gdy robią głupstwa, są nieodpowiedzialni, to nie mamy problemy z tym, by powiedzieć komuś „słuchaj, stop, odwalasz manianę”. Zresztą myślę, że piłkarze mają wokół siebie tylu potakiwaczy, że nie muszą szukać kolejnych szukać w klubie – zauważa Mendry.

Oni wiedzą, że jesteśmy dla nich. Lubię sobie rano wejść do szatni, przywitać się i od razu widzę, że ktoś czegoś potrzebuje. Zawoła, że przyjeżdża rodzina i ma jakąś sprawę. Komuś kończy się umowa na mieszkanie, to też mnie zawoła. Ale trzeba gdzieś ustawić granicę. Przecież nie będziemy za nich zamawiać jedzenia z dostawą do domu, bądźmy poważni – zaznacza Tabiszewski.

Poza tym na ogół obcokrajowcy po kilku miesiącach w Polsce mają na tyle dobry kontakt z kolegami z drużyny, że to ci zawodnicy z dłuższym stażem są ich przewodnikami. A gdy jeszcze zbliżą się rodziny zawodników, to „ludzie od opieki nad piłkarzami” mają zdecydowanie mniej pracy.

Dlatego szukanie miejsc takiego swobodnego kontaktu między rodzinami zawodników jest dla nas kluczowe. Bilety na mecze, wspólna strefa na posiadówki po spotkaniach przy Bułgarskiej, integracje…

Gdy później słyszę od Mikaela Ishaka, że został w Poznaniu, bo świetnie czuje się tu jego rodzina, to serce mi rośnie, bo to dowód, że nasza ekipa dołożyła do tego swoją cegiełkę – przyznaje Tabiszewski.

W gruncie rzeczy ta cała praca wykonana przez departament sportu jest niewidoczna na co dzień. Ale żeby Ishak strzelał gole, Velde efektownie dryblował, a Karlstroem skutecznie odbierał piłkę, to potrzebny jest im do tego komfort. Jeśli zatem klub o budżecie sięgającym 100 milionów złotych może sobie pozwolić na to, by zatrudnić dodatkową osobę do pomocy przy „opiece nad piłkarzami”, to dlaczego miałby tego nie robić?

Jasnym jest przecież, że piłkarz to pracownik szczególny. Być może to faktycznie jest prowadzenie dorosłych ludzi za rękę przez życie, ale jeśli ma to ubezpieczyć kosztowną inwestycję w udany transfer, to trudno się dziwić, że kluby otaczają ich specjalną opieką.

Komentarze

Na temat “Jak Lech opiekuje się piłkarzami? Ujawniamy sekrety Kolejorza