Gabinetowa karuzela i medialne plotki
Jednak, jak to zwykle bywa w przypadku tego klubu, ledwie wybrzmiał ostatni gwizdek, a sportowe emocje błyskawicznie zaczęły mieszać się z gabinetowymi spekulacjami. Wokół Wisły dzieje się teraz niesamowicie dużo, a karuzela informacyjna kręci się z zawrotną prędkością. Trudno mi już zliczyć, ile razy w ostatnich dniach zadawano mi pytanie o to, czy Wojciech Kwiecień ostatecznie zainwestuje w klub. W programie Studio Reymonta ten temat przewijał się już na dziesiątki sposobów. Niejednokrotnie wydawało się, że finał negocjacji jest o krok, a potem, z różnych względów, rozmowy kończyły się niczym. Faktem jest, że dialog trwa, a sam prezes Jarosław Królewski przed decydującym meczem przyznał, że Wojciech Kwiecień nigdy wcześniej nie był tak blisko Wisły, jak ma to miejsce obecnie.
Spokój na wagę złota
Mimo to z pewnym dystansem obserwuję poczynania niektórych kolegów po fachu. Dziennikarze potrafią w pogoni za sensacją wrzucać gorące newsy o tym, że inwestor już kupił akcje, by kilka minut później czytać oficjalne dementi ze strony władz klubu. Moja propozycja jest prosta: do końca maja warto po prostu świętować. Wisła jest dziś w takiej kondycji, że nie musi na gwałt szukać kogoś, kto dorzuci do kasy kilkanaście milionów złotych. Powrót do elity naturalnie przyciąga poważny biznes. Prezes zresztą sam potwierdził, że tylko w tym tygodniu na jego biurko trafiły dwie kolejne propozycje od osób realnie zainteresowanych wejściem w ten projekt.
Polski duet na hiszpańskim tronie
Zmieńmy na chwilę krakowskie podwórko na to absolutnie topowe, europejskie. Nie będę udawał wielkiego eksperta od ligi hiszpańskiej, bo nie oglądam każdego meczu Barcelony od deski do deski. Jednak nie ma co ukrywać, że od kiedy w szatni Dumy Katalonii zameldował się duet Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny, spotkania tej drużyny włączam zdecydowanie częściej.
Wojtka Szczęsnego lubiłem w zasadzie od zawsze. To w dużej mierze zasługa słynnych vlogów na kanale Łączy nas piłka, które przez lata świetnie pokazywały kulisy reprezentacji Polski. Szczęsny zawsze jawił się tam jako niesamowicie wesoły, błyskotliwy gość z ogromnym poczuciem humoru i gigantycznym dystansem do siebie. Kiedy stawał przed mikrofonem, można było w ciemno zakładać, że powie coś oryginalnego. Że rzuci żartem, zripostuje dziennikarza i sprawi, że ta zazwyczaj sztampowa pomeczowa rozmowa po prostu nie będzie nudna.
Nowa twarz kapitana
Z Robertem Lewandowskim miałem z kolei przez lata pewien problem. Mając pełną świadomość jego piłkarskiego geniuszu, poza boiskiem często kojarzył mi się z PR-owym nudziarzem. Zazwyczaj serwował nam wyuczone formułki, okrągłe zdania, z których niewiele ciekawego wynikało. Mój odbiór jego osoby zaczął się jednak mocno zmieniać. Punktem zwrotnym była chyba książka Sebastiana Staszewskiego, w której kapitan naszej kadry wreszcie zdecydował się opuścić gardę i pokazać trochę swojej prawdziwej, ludzkiej twarzy. Wydaje mi się, że od tamtego momentu zaszła w nim ogromna zmiana. Zaczął pozwalać sobie na spontaniczność. Kapitalnie oglądało się go choćby podczas niedawnej głośnej akcji Łatwoganga, kiedy zbierano pieniądze na chore dzieci. Lewandowski wpadł tam na streama na totalnym luzie, był w stu procentach naturalny i zwyczajnie fajny.
Luz, klasa i historia na żywo
A to, co obaj panowie zrobili w ostatnich dniach, przejdzie do historii polskiego internetu. Barcelona oficjalnie przypieczętowała mistrzostwo Hiszpanii, a wielką fetę z tego tytułu nasi piłkarze postanowili ubarwić swoim wejściem na żywo na Kanale Sportowym. Oglądając to show, pomyślałem sobie, że nikt w polskim internecie jeszcze czegoś takiego nie zrobił na taką skalę. To była swobodna, pełna żartów i docinków rozmowa kumpli, w której znalazło się nawet miejsce na bezbłędne udawanie legendarnego Jana Tomaszewskiego. Wszystko zrobione z potężnym luzem, ale i wielką klasą.
Myślę, że jesteśmy świadkami historii, której wagi możemy jeszcze do końca nie doceniać. Zapewniam was, że w perspektywie kilku najbliższych lat będziemy z ogromnym sentymentem tęsknić za takimi obrazkami, że my to wszystko możemy oglądać na żywo w internecie. Zresztą, zatrzymajcie się na chwilę i posłuchajcie sobie jak to brzmi, dwaj Polacy w Barcelonie zdobywają mistrzostwo Hiszpanii. Brzmi jak piękny sen, a to po prostu nasza rzeczywistość.
Kącik humorystyczny
Wchodzi niewidomy kibic do pubu, siada przy barze, zamawia piwo i po chwili rzuca głośno do barmana:
– Panie, chcesz pan usłyszeć świetny, ale to naprawdę świetny dowcip o sędziach piłkarskich z Ekstraklasy?
Nagle siedzący tuż obok wielki, mocno zbudowany facet odzywa się bardzo groźnym tonem:
– Słuchaj no, koleś. Zanim cokolwiek powiesz, musisz coś wiedzieć. Ja jestem sędzią głównym. Ten po mojej prawej to sędzia liniowy, a ci dwaj wielcy goście przy stoliku z tyłu to sędziowie z wozu VAR. Dalej jesteś taki pewien, że chcesz opowiedzieć ten żart?
Niewidomy przez chwilę drapie się po głowie, wzdycha i odpowiada ze stoickim spokojem:
– A w sumie to nie, rezygnuję. Nie będę go przecież cztery razy tłumaczył.
Trzymajcie się i do następnego piątku!
Marcin Ryszka









