Konkretne słowa o reprezentacji Polski przed meczem ze Szwecją. „Polskie piekiełko się skończyło”

Reprezentacja Polski zagra we wtorek o awans na MŚ 2026 ze Szwecją w finale barażu. Głos zabrał Sylwester Czereszewski. Były reprezentant w rozmowie z Goal.pl analizował atuty i słabości obu drużyn, porównując je z sytuacjami z przeszłości oraz wskazał, co może zadecydować o awansie na mundial.

Sylwester Czereszewski
Obserwuj nas w
fot. PressFocus Na zdjęciu: Sylwester Czereszewski
  • Reprezentacja Polski we wtorkowy wieczór zmierzy się ze Szwecją w decydującym meczu o awans na MŚ 2026, a analiza przed tym spotkaniem pokazuje wyraźne różnice w stylu gry i potencjale obu drużyn
  • Sylwester Czereszewski w rozmowie z Goal.pl ocenił aktualną formę Biało-czerwonych, wskazując zarówno atuty ofensywne, jak i problemy widoczne w defensywie
  • Były kadrowicz porównał też obecną drużynę Żółto-niebieskich do „złotej generacji” i tłumaczył, co może mieć kluczowe znaczenie dla losów rywalizacji w Solnie

Dawna reprezentacja Szwecji nie brała jeńców. Wspomnienia z Rasundastadion

Łukasz Pawlik (Goal.pl): Pan grał w reprezentacji Polski przeciwko Szwecji w październiku 1999 roku na Rasundastadion (przegranym 0:2 z bramkami Kenneta Anderssona i Henrika Larssona). Jak ocenia Pan dzisiejszą szwedzką drużynę w porównaniu do tamtej „złotej generacji”?

Sylwester Czereszewski (23-krotny reprezentant Polski): – Wtedy było więcej indywidualności. Nie ma co ukrywać, Szwecja od tamtego czasu, trochę się pogubiła. Od czasów Zlatab Ibrahimovicia czy Fredrika Ljungberga tak naprawdę Szwedzi przez kilka lat jakby nie istnieli na europejskim poziomie.

A jak Pan wspomina samo spotkanie?

Ten mecz pamiętam. To było trochę dziwne, bo szwedzki zespół nie musiał już wygrywać, mieli już awans. My natomiast wciąż walczyliśmy o miejsce w barażach i był nam potrzebny minimum remis. Poza dwoma-trzema akcjami praktycznie nic nie stworzyliśmy. Szwecja była wtedy bardzo mocna, mimo że grała „o pietruszkę”. Nie było żadnej kalkulacji i rywale zasłużenie wygrali.

Tylko u nas

Henrik Larsson był wtedy absolutnym killerem. Szybki, techniczny, zabójczy w polu karnym. Jaka jest Pana pierwsza myśl o tym napastniku?

To był zawodnik światowej klasy. Zresztą nie tylko on. Tam było trzech, czterech, nawet pięciu takich piłkarzy. Prawie połowa drużyny. To ogromna różnica w porównaniu do dzisiaj. Mam na myśli Patrika Anderssona, Johana Mjallby, Kenneta Anderssona i wspominanych już Fredrika Ljungberga czy Henrika Larssona.

Gyokeres jak Larsson? Jedno się zgadza

Dzisiaj w Polsce wszyscy obawiają się Viktora Gyokeresa. Można go porównywać do Larssona?

Pod względem skuteczności tak, ale to jednak inni zawodnicy.

Ljungberg to też zawodnik, który napsuł sporo krwi reprezentacji Polski. Jakie ma Pan wspomnienia z tym graczem?

To był bardzo inteligentny piłkarz, grający jako taka „fałszywa dziewiątka” albo ofensywny pomocnik. Cofający się, pracujący w obronie, bardzo kompletny zawodnik. No i strzelał gole. Takich piłkarzy dzisiaj trochę brakuje.

Od siły do taktyki. Ewolucja Żółto-niebieskich

Przez lata znakiem rozpoznawczym Żółto-niebieskich była gra wysokim pressingiem i fizyczność. To według Pana wciąż DNA reprezentacji Szwecji?

Myślę, że to trochę się zmieniło. Widać było, że ostatnio są w euforii po barażowym meczu z Ukrainą. Wcześniej jednak to była drużyna przeciętna. Zatrudnienie Grahama Pottera pokazuje w każdym razie, że federacja chce coś zmienić. W ofensywie mają kim straszyć. Są tacy zawodnicy jak Gyokeres, Isak (choć kontuzjowany). Defensywnie może być gorzej, ale u nas też nie jest idealnie.

Jak duże znaczenie według Pana będzie miało to, że Biało-czerwoni zagrają w Solnie, a nie u siebie na PGE Narodowym?

Ogromne. Widzimy to chociażby w Lidze Mistrzów. Bodo/Glimt u siebie grało zupełnie inaczej niż w rewanżu w Lizbonie przeciwko Sportingowi. To głównie kwestia głowy. Paradoksalnie może to natomiast pomóc polskiej drużynie, która będzie mogła grać z kontry. Nie jesteśmy zespołem, który będzie dominował przez 90 minut. Możemy wykorzystać przestrzenie, szczególnie jeśli zagrają Nikola Zalewski czy Oskar Pietuszewski.

Talent, rozpalający wyobraźnie kibiców

Perełka z Porto zachwyca Pana?

Podoba mi się jego odwaga. Nie boi się ryzyka. Pietuszewski gra w klubie, dostaje szanse. Momentami nawet błyszczy. Widać, że ma charakter i pewność siebie.

Gol z meczu z Benfiką stał się viralem w mediach społecznościowych…

Dokładnie. Takich zawodników nam brakuje. Szybkość, odwaga, drybling. Tego dzisiaj w Ekstraklasie praktycznie nie ma.

Lewandowski i spółka. Siła w ataku

Co myśli Pan o polskiej ofensywie?

Mamy jakość. Są Robert Lewandowski, Piotr Zieliński czy Sebastian Szymański. Nie gramy już tylko lagę na Roberta, tylko szerzej, skrzydłami. To wygląda momentami naprawdę dobrze.

A obrona powinna składać się z trzech czy czterech defensorów?

Wydaje mi się, że Polska lepiej wygląda w ustawieniu z czwórką. To bezpieczniejsze. Trójka obrońców niesie większe ryzyko, co było widać choćby przy kontrach Albanii. Jan Bednarek odbudował się co prawda po błędzie, ale takie sytuacje pokazują, że trzeba uważać.

Optymizm mimo wszystko. „Przepchniemy to”

Jakiego spotkania się Pan spodziewa z udziałem Szwedów i Polaków?

Może być zamknięty i ostrożny. To tylko jedno spotkanie, więc nie mogę wykluczyć, że zwycięzcę może wyłonić dopiero dogrywka lub nawet konkurs rzutów karnych.

Jak ocenia Pan szanse na awans reprezentacji Polski na MŚ 2026?

Przed meczem z Albanią byłem spokojny, ale po pierwszej połowie już nie. Aczkolwiek szybka strata gola czasem pomaga, bo drużyna się mobilizuje. Przed spotkaniem ze Szwecją mam przeczucie, że to „przepchniemy”. Może nie w 90 minut, ale damy radę. To doświadczeni zawodnicy, grają w topowych ligach. Wiedzą, jak radzić sobie z presją.

Co myśli Pan o aktualnym selekcjonerze kadry Janie Urbanie?

Widać różnicę. Przede wszystkim nie ma konfliktów. Jak się mało mówi o trenerze w kontekście spraw pozaboiskowych, to znaczy, że wszystko działa normalnie. W przypadku trenera Urbana widać warsztat i to jest najważniejsze. Wcześniej było za dużo zamieszania. Premie, kłótnie, telefony, konflikty z Robertem Lewandowskim, odbieranie opaski kapitańskiej. To wszystko tworzyło takie „polskie piekiełko”. Myślę, że już wszyscy mają tego dość.

Jan Urban zmienił więcej niż taktykę

Styl pracy selekcjonera przekonuje Pana?

Fajnie się go słucha. Jest szczery, nie udaje, że wie wszystko. Mówi wprost, że musi się zastanowić. To normalne. Przecież trzeba przygotować plan A, B i C. To jest rola trenera.

W przeszłości w Pana czasach takie sytuacje, jak te dyskusje o opasce kapitańskiej miały miejsce?

Raczej nie. Ogólnie uważam, że rola kapitana jest trochę przeceniana. Oczywiście na boisku jest ważna, ale poza boiskiem decyzje i tak podejmuje rada drużyny. Nie ma sensu robić z tego wielkiej sprawy.

„Fakt” informował, że reprezentanci Polski ruszyli w miasto po spotkaniu z Albanią do klubu. Jakie ma Pan przemyślenia na ten temat?

Jeśli poszła większa grupa i było to oficjalne wyjście, to nie widzę problemu. Gorzej, gdyby ktoś się ukrywał. To normalne, że po meczu trzeba rozładować napięcie. To są profesjonaliści.

Na koniec ma Pan jakąś konkretną radę dla selekcjonera przed najważniejszym spotkaniem roku?

Nie. Trener Urban jest od podejmowania decyzji. Oby były trafne, wtedy będzie dobrze.

Czytaj więcej: Frankowski dla Goal.pl o wyzwaniu ze Szwecją. „Ten kwartet bije na głowę Szwedów” [ROZMOWA]