Zbigniew Boniek
Zbigniew Boniek Grzegorz Wajda

Dziwny przypadek Zbigniewa Bońka. Wszyscy chcieli tej decyzji, a on i tak obrywa

Gdyby Zbigniew Boniek policzył zarzuty, jakie spadły na niego po zwolnieniu Jerzego Brzęczka, wyszłoby mu pewnie z tysiąc. Bo czas nieodpowiedni, bo nie powiedział, że żałuje zatrudnienia tego trenera, bo wcześniej deklarował coś innego i stał murem za swoim selekcjonerem (co na marginesie nie jest prawdą, o czym pisałem tutaj), bo to ryzyko tak nagle zmieniać na chwilę przed ważnymi meczami, bo jak zmieniać nagle selekcjonera to na prawdziwego kozaka, a nie faceta, którego pogoniono z Bordeaux. Czytam i średnio to rozumiem.

Trudno o łatwiejszą rzecz, niż znalezienie powodu, by uderzyć w Bońka. Wystarczy wyszukać losowy temat, na który wypowiedział się przynajmniej dwukrotnie i całkiem możliwe, że trafimy na dwa różne stanowiska. Ba, ostatnio nawet wystarczyła jedna konferencja prasowa, by nie zgodził się ze sobą, kiedy zadzwonił do Roberta Lewandowskiego. Wszystko podsycone jest dużym ego, czego u innych naturalnie się nie lubi. Ale kiedy Boniek zasługuje na krytykę, to w porządku, ale coraz częściej mam wrażenie, że jedzie się z nim dla sportu, bo to ostatnio modne.

Wiem, co teraz nastąpi – będę tym, co chodzi na pasku PZPN-u. Swoją drogą to symptomatyczne, że aby napisać coś w obronie Bońka, trzeba się usprawiedliwiać, ale przyjmuję te zasady. Przez dwa lata krytykowałem Bońka za uparte trwanie przy Brzęczku. Ani przez moment nie miałem wątpliwości, że nie było podstaw, by zatrudniać go w reprezentacji. W słynnym starciu w “Stanie Futbolu” kibicowałem Mateuszowi Rokuszewskiemu, który prosto w oczy powiedział Bońkowi “przez pana kaprys tracimy bardzo dobre pokolenie piłkarzy”. Przez kadencję byłego selekcjonera zrobiłem z prezesem związku trzy większe wywiady, za każdym razem podważając jego wybór.

Boniek kłócił się sam ze sobą, ale w większości przypadków ostatecznie wycofywał się ze złych pomysłów. Raków – jego zdaniem – miał nie grać w Ekstraklasie bez stadionu, a pół roku później okazało się, że jest to możliwe. Rozpętała się burza, jakby nieistotne w tym wszystkim było, że ostateczna decyzja była dużo lepsza od pierwotnej. To samo dzieje się teraz ze sprawą Brzęczka. Jego odejścia – dla dobra reprezentacji – chciał właściwie każdy, a gdy to nastąpiło, ważniejsza okazuje się data zwolnienia. I to, że wcześniej Boniek go bronił, albo że nie wydusił z siebie słów “pomyliłem się”.

Nigdy nie jest za późno na zmianę złych decyzji. Oczywiście bardziej optymalne by było niezatrudnianie w ogóle trenera, którego kompetencje od początku budziły wątpliwość (Brzęczek przed pracą z kadrą, był trenerem przez osiem lat, z czego tylko dwa spędził w Ekstraklasie), albo podziękowanie mu wcześniej, ale biorąc pod uwagę, jak ważny jest 2021 rok – zagramy w nim przynajmniej 15 meczów, przyklasnę Bońkowi. Realnie zwolnić Brzęczka wcześniej mógł tylko w jednym terminie – po pierwszym półroczu kadencji, gdy kadra nie wygrała żadnego spotkania, a jej gra działała na nerwy. Później zwycięsko rozpoczął eliminacje, a po każdym trudniejszym momencie przychodził mecz, w którym kupował sobie czas. Po koszmarnym zwycięstwie w Skopje było 4:0 z Izraelem, po fatalnym wrześniu wygrał wszystko do końca i nawet było kilka niezłych momentów.

Brzęczek nie miał serii, po której realnie dało mu się wręczyć dymisję. Gdy kompromitowaliśmy się z Holendrami, chwilę później wygraliśmy najważniejszy mecz Ligi Narodów z Bośnią. Miesiąc później było pamiętne, najlepsze zgrupowanie Brzęczka, by w listopadzie wszystko wróciło do “normy”. Boniek miał więc wreszcie realny pretekst, by zwolnić trenera, ale potrafię sobie wyobrazić oburzenie, że zrobił to nie mając nagranego następcy.

Nie przeszkadza mi dymisja Brzęczka w styczniu, bo z nią jest jak z powiedzeniem, że nie da się najeść na zapas. Nie sądzę, by Paulo Sousa mógł realnie zrobić coś więcej od grudnia, niż startując kilka tygodni później i mając w zapasie dwa miesiące. Ponad 60 dni na skontaktowanie się z Robertem Lewandowskim, obejrzenie co najmniej kilkunastu ostatnich meczów reprezentacji, obejrzenie – z pomocą sztabu – jak grają Węgry, Andora i Anglia, przekazanie piłkarzom uwag, nad czym mają pracować. Dwa miesiące to nie jest za mało, by na marzec być gotowym. O wprowadzaniu nowej taktyki nie wspominam data zatrudnienia nie ma żadnego znaczenia, i tak było jasne, że przed meczem w Budapeszcie będzie miał tylko dwie jednostki treningowe.

Są też zarzuty, że skoro tak nagle zrezygnował z Jerzego Brzęczka, powinien mieć na jego miejsce naprawdę fachowca z najwyższej półki. Nie będę truł, że Allegri i inny Sarri są poza zasięgiem (ten pierwszy zarabiał w Juventusie dokładnie… 30 razy więcej od naszego ostatniego selekcjonera, abstrahując od tego, że nawet za te pieniądze praca z naszą kadrą byłaby dla niego średnio atrakcyjna), a skupię się na Paulo Sousie. Nie mam pojęcia, czy uda mu się zrobić więcej, niż zrobiłby Brzęczek, ale trudno mieć wątpliwości, że jest trenerem lepszym. Bardziej doświadczonym, utytułowanym, obytym w Lidze Mistrzów i Lidze Europy (w obu z awansami z grupy), z większymi zdolnościami komunikacyjnymi, sztabem współpracującym z największymi gwiazdami piłki na świecie. Skoro każda zmiana na lepsze jest zmianą pozytywną, nie rozumiem zarzutów, że Sousa na polską kadrę jest za krótki. Trzeba by się sporo gimnastykować, by udowodnić, że Boniek wymienił trenera jeden do jednego.

Co za różnica, czy na konferencji powiedział, że wybór Brzęczka był jego błędem? Moje ego nie czuje potrzeby bycia połaskotanym tym stwierdzeniem. Zdecydowanie wolę to, że Boniek przyznał się do błędu czynem.

Komentarze