Zbigniew Boniek i Jerzy Brzęczek
Zbigniew Boniek i Jerzy Brzęczek PressFocus

Co naprawdę mówił Boniek o Brzęczku? Wystarczyło się wsłuchać

Po premierze książki o Jerzym Brzęczku zrobiłem wywiad ze Zbigniewem Bońkiem. Spytałem, czy Jerzy Brzęczek, stawiający szereg tez trudnych do udowodnienia i łatwych do obśmiania (albo pozwalając na to Małgorzacie Domagalik – wszystko jedno), właśnie nie stracił autorytetu w szatni. – To może być problem – odpowiedział Boniek, a mi w głowie absolutnie pierwszy raz zaświtało, że pozycja Brzęczka wcale nie jest taka mocna, jak sam prezes nawet w tym samym wywiadzie podkreślał.

Przyjęło się, że Boniek zwolnił Brzęczka wbrew własnym deklaracjom i jest to rzecz, którą należy odkłamać. A jeśli to złe słowo – przedstawić chociaż w nieco innym świetle.

Ale zanim do tego przejdziemy kilka zdań tytułem wyjaśnienia – nie chodzi tu o bronienie prezesa PZPN, bo samo zatrudnienie Jerzego Brzęczka, trenera, dla którego do momentu przejęcia kadry od Adama Nawałki hasło “duża piłka” było tożsame ze słowem “Ekstraklasa” (w której pracował łącznie przez dwa sezony, a połowę kariery szkoleniowej spędził na trzecim poziomie rozgrywkowym!), jest nie do obrony. Podobnie jak przedłużanie z nim kontraktu aż do końca 2021 roku, gdy mieliśmy przed sobą sześć meczów Ligi Narodów, które mogły – jak się okazuje – decydować o przyszłości selekcjonera. Mam taką teorię, że latem 2018 roku w głowie Zbigniewa Bońka była jedna podstawowa rzecz przemawiająca za Brzęczkiem mocniej niż za innymi kandydatami – po prostu nie wymyśliłby go nikt inny. Prezes, ciesząc się z wyników osiąganych przez Nawałkę, dziesiątki razy podkreślał, że “Adam był jego indywidualnym wymysłem” (zresztą to samo mówił o Czesławie Michniewiczu, gdy ten na młodzieżowym Euro pokonywał Belgów i Włochów, mamy więc do czynienia z regułą, a nie przypadkiem). Gdy media typowały, kto po mundialu w Rosji zajmie najbardziej prestiżowy stołek w polskiej piłce, nigdzie nie przewinął się Brzęczek. Choćby w tekście pojawiło się 20 nazwisk.

Bo Boniek zawsze lubił iść pod prąd, o czym kolejny raz przekonałem się w listopadzie przed meczem z Holandią. Rozmawiałem wtedy z osobą z jego bliskiego otoczenia i usłyszałem, że naprawdę rozważane jest zwolnienie Brzęczka, ale prezesa strasznie denerwuje presja ze strony mediów. Jeśli miało dojść do dymisji, Boniek chciał, by jednoznacznie była to jego decyzja i by nikt w społeczeństwie nie odebrał tego w ten sposób, że się przed czymś ugiął. Przekładając to na nasze – im bardziej media naciskały, tym bardziej nie chciał zwalniać Brzęczka. A przynajmniej nie od razu.

Boniek musiał już wtedy wiedzieć, że tego samego numeru, co z Nawałką, nie uda mu się powtórzyć. W dużej mierze zadecydowały same postacie trenerów i to, jak byli od siebie różni. Nawałka, zanim formuła się wyczerpała, był człowiekiem, którego zbudowanie Kamila Grosickiego, Arkadiusza Milika i zwłaszcza Roberta Lewandowskiego, wypromowało przede wszystkim w oczach jego własnych piłkarzy. Sprawiło, że byli za nim gotowi iść w ogień. U Brzęczka wiele schematów zawodziło. Z jednej strony dobrze, że udanie wprowadził kilka nowych twarzy do zespołu, ale z drugiej fundamenty nie funkcjonowały jak należy. Nikt też nie eksplodował formą, w najlepszych momentach było po prostu poprawnie. Nawałka w oczach Roberta Lewandowskiego wypracował respekt, Brzęczek – no właśnie, przecież pamiętamy siedem sekund milczenia po pytaniu o taktykę. Z tą ostatnią sytuacją wiąże się anegdota, którą opowiedział w rozmowie z Robertem Mazurkiem Mateusz Borek. Po tragicznym meczu z Włochami rzecznik PZPN Jakub Kwiatkowski zapytał Lewandowskiego, czy wyjdzie porozmawiać z dziennikarzami. Pytanie kapitana “na pewno tego chcesz?” dość jednoznacznie zdradzało, że wszystko skończy się trzęsieniem ziemi.

Brzęczek cele realizował przede wszystkim dlatego, że trudno było tego nie zrobić. Krótki test dla wątpiących: które dwie drużyny z zestawu Austria, Macedonia Płn., Izrael, Słowenia i Łotwa miały nas wyprzedzić w walce o Euro? No właśnie. Utrzymanie w Lidze Narodów zależało od wygrania dwumeczu z Bośnią i Hercegowiną, niczego więcej. Oczywiście akurat to nie był stuprocentowy pewniak, ale bądźmy poważni – nie był to też wyczyn, jak wejście na K2 zimą (bez tlenu).

Ale tyle o Brzęczku i błędzie, jakim było jego zatrudnienie. Tą decyzją Zbigniew Boniek zmarnował mnóstwo czasu, czego od pewnego momentu wydawał się być świadomy. Tutaj dochodzimy do bardzo popularnego od poniedziałku zarzutu, że przecież zawsze stawał za nim murem, bronił po porażkach, powtarzał hasła o zrealizowanych wszystkich celach.

A właśnie nie do końca.

Z czytaniem jest tak, że najważniejsze często jest zawarte między wierszami. Warto mieć w głowie, co mówił (i czego nie mówił!) Boniek kiedyś, a co w ostatnich miesiącach. Czas zwolnienia też może być nieprzypadkowy, jeśli weźmiemy pod uwagę powyższy fragment tego tekstu o presji mediów. Zbigniew Boniek zwolnił Jerzego Brzęczka w momencie, w którym nikt tego od niego nie wymagał. Gdy każdy był pogodzony z tym, że aktualny do wczoraj selekcjoner poprowadzi kadrę na Euro. Sami rozważcie, czy zwolnienie trenera przy pełnej nagonce mediów mogłoby spowodować, byście pomyśleli, że dziennikarze pomogli podjąć prezesowi decyzję. I czy pomyśleliście tak w poniedziałek.

Jakieś pół roku po nominacji Brzęczka spytałem Bońka, czy skoro tak jest przekonany do słuszności swojego wyboru, może powiedzieć, że selekcjoner nie popełnił żadnych błędów. – Nawet, gdyby popełnił, po co mam osłabiać pozycję trenera? – odpowiedział. I właściwie w tym zdaniu zawiera się cała wcześniejsza i późniejsza obrona trenera w wywiadach. Na chłodno – co zyskałby Boniek stając w kontrze do Brzęczka w sytuacji, w której sam nie jest pewien, że go zwolni? Trudno o większe uderzenie w jego autorytet, kolejne podważenie jego kompetencji w oczach piłkarzy, danie pożywki dla mediów, które i bez niej nie miały problemu z krytykowaniem trenera. Ewentalne ciche dni Bońka z selekcjonerem byłyby tu najmniejszym problemem. Prezes PZPN bronił więc swojego pracownika, ale jednocześnie delikatnie przemycał informacje, że Brzęczek wcale nie może być niczego pewny. Na tyle dużo i często, by zarzut o kolejnym pokłóceniu się z samym sobą uznać za nietrafiony.

Tu kilka przykładów. Oprócz odpowiedzi z naszego wywiadu, którą cytuję na samym początku, na pytanie, czy Zbigniew Boniek jako piłkarz z szatni Brzęczka przeszedłby obojętnie obok książki selekcjonera, zareagował wymownym słowem “pomidor”. W rozmowie z Polską Agencją Prasową po ostatniej porażce Polaków z Holandią, dziennikarz spytał “czy trener Brzęczek ma pana pełne zaufanie?”. Odpowiedzią bynajmniej nie było jednoznaczne “tak”, a “na takie pytanie ciężko mi odpowiedzieć. Dlaczego? Trener Brzęczek ma kontrakt. Spotkam się z nim, porozmawiam. Deklaracje, że selekcjoner ma zaufanie to jest już mówienie o tym, że są jakieś wątpliwości. Jak wspomniałem, trener ma ważną umowę, pracuje. Chcę się z nim spotkać w przyszłym tygodniu, zadać kilka pytań i mieć kilka odpowiedzi”. Na łamach Interii stwierdził, że jeśli trzeba będzie podjąć trudne decyzje, nie będzie się tego obawiał. Jeśli zbierzemy to do kupy, nie będzie to brzmieć jak stanowcze deklaracje, że choćby ziemia się trzęsła, Zbigniew Boniek da pracować Jerzemu Brzęczkowi.

Tym bardziej, że po pytaniach nie sięgających bezpośrednio przyszłości selekcjonera, Boniek też zostawiał margines na domysły. Wiele razy krytykował Brzęczka słowami, które niekoniecznie musiały brzmieć jak krytyka. Bronił wyników i realizacji celów, a obok zaznaczał, że styl wcale go nie cieszy. Raz użył sformułowania, że byłby szalony, gdyby twierdził inaczej. Wiemy też, że prezes sugerował Jerzemu Brzęczkowi próbę gry na dwóch napastników, bo za czasów Nawałki Robert Lewandowski stał się najbardziej produktywny, gdy dostał obok Arka Milika. Brzęczek zaczął próbować ustawienia z dwójką z przodu, ale jesienią najczęściej grali w nim Milik i Piątek, więc to raczej była tylko bezpośrednia walka o miejsce w hierarchii. Gdy razem na boisku przebywali Milik i Lewandowski, ten pierwszy był raczej dziesiątką, niż realnym partnerem z przodu dla kapitana kadry. Boniek dostrzegał te problemy i nie można powiedzieć, że nie wysyłał sygnałów, że trzeba nad nimi pracować.

Zwolnienie Brzęczka było szokiem przede wszystkim ze względu na termin (bo nikt wczoraj tego się nie spodziewał, sama data zwolnienia – czy byłby to listopad, czy styczeń, nie zmieniała absolutnie niczego, decyzja była spóźniona co najmniej o kilka miesięcy) i świadomość, jak trudno prezesowi PZPN przyznać się do błędu (a skoro to on jednoosobowo wymyślił i zwolnił Brzęczka, właśnie do błędu się przyznał). Natomiast sama decyzja nie była czymś tak odrealnionym, jak mogło się w pierwszej chwili wydawać.

Nawet jeśli popatrzymy, co Boniek mówił o Brzęczku. A może przede wszystkim dlatego.

Komentarze