Euro 2020. Reprezentacja Polski o kilku twarzach. Nawet Paulo Sousa nie wie, którą zobaczymy

Reprezentacja Polski
Reprezentacja Polski PressFocus

Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, byśmy tak mało wiedzieli o reprezentacji Polski w tak kluczowej fazie przygotowań do wielkiego turnieju. Niestandardowa sytuacja sprawiła, że Paulo Sousa na kilkanaście dni przed pierwszym meczem Euro 2020 sam nie wiedział, na kogo i w jakim stopniu może liczyć. Ale nawet po meczu, który długimi fragmentami przypominał kadrę Jerzego Brzęczka – sam Sousa nazwał to we wtorek wieczorem „problemami przeszłości” – można znaleźć więcej plusów niż minusów.

  • Polska zremisowała z Rosją 1:1 w pierwszym z dwóch sparingów przed Euro 2020
  • Reprezentacja Paulo Sousy w ciągu czterech meczów wypracowała już tyle twarzy, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, która jest prawdziwa
  • Jest kilka rzeczy, które nowego selekcjonera odróżniają od Jerzego Brzęczka. Staraliśmy się je wychwycić w tym tekście

Polska – Rosja, a nowa sytuacja

Gdyby prześledzić ostatnie chwile przed turniejami wszystkich reprezentacji Polski XXI wieku, zawsze byliśmy w stanie mniej więcej określić ich aktualny potencjał. Wyłączając 2002 rok, gdy emocje po wyczekiwanym awansie przysłaniały rozum, musieliśmy zdawać sobie sprawę z nadciągającej katastrofy w 2006 roku – gdy Paweł Janas zdecydowanie przeszarżował z powołaniami, a i jakościowo nasi piłkarze byli dość przeciętni. W 2008 na finały Euro pojechała chyba najsłabsza kadrowo drużyna ze wszystkich, jakie znamy z ostatniego dwudziestolecia. W 2012 wiedzieliśmy, że wszystko, na co stać reprezentację, to zrywy, bo zespół Franciszka Smudy wcześniej ani nie grał pięknie, ani nie wygrał choćby meczu z którymkolwiek z finalistów. Cztery lata później nadzieje wreszcie były uzasadnione – każdy wiedział, że wszyscy piłkarze tworzący szkielet drużyny znaleźli się na fali wznoszącej. Przeciwnie do 2018, gdy na turniej jechał zespół wyraźnie pikujący, a szepty o coraz gorszej atmosferze w środku stawały się coraz głośniejsze.

Dziś nie wiemy, w jakim momencie znajduje się reprezentacja Polski. Co więcej – nie wie tego nawet jej selekcjoner. Aż siedmiu piłkarzy z wyjściowego składu na mecz z Rosją (13 dni przed Euro 2020!) właśnie we wtorek zobaczył pierwszy raz w warunkach bojowych w reprezentacji – do tej pory mógł ich oglądać jedynie na treningach lub w meczach ligowych. Tylko dwóch z nich – Grzegorza Krychowiaka i Mateusza Klicha – mogliśmy nazwać pewniakami do jedenastki na Słowację. Reprezentacja Jerzego Brzęczka miała wyłącznie brzydką twarz, bez względu, czy przegrywała, czy nie. Reprezentacja Paulo Sousy w ciągu czterech meczów wypracowała już tyle twarzy, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, która jest prawdziwa. Co w sumie wpisuje się w elastyczność taktyczną Sousy, który – biorąc pod uwagę zmieniające się ustawienia – tymi samymi piłkarzami w ciągu jednego meczu rozgrywa ich kilka.

Optymalne przygotowania

Zbigniew Boniek we wtorkowym wywiadzie w Radiu Zet przyznał, że codziennie rozmawia z Paulo Sousą o przygotowaniach drużyny i nie ma wątpliwości, że wszystko, co związane z obozem w Opalenicy, jest optymalne. Kontakt z rodzinami miał pozytywnie wpłynąć na atmosferę (dobra niczego nie gwarantuje, ale zepsuta niemal zawsze przekłada się na złe wyniki), a obciążenia podczas jednostek treningowych miały trafiać w punkt. Boniek nie mógł powiedzieć nic innego, ale mecz z Rosją pozwolił w te słowa uwierzyć.

Reprezentacja Polski grała zrywami. Jej najlepszy moment przypadł na pierwszy kwadrans, co teoretycznie może martwić w kontekście tak dobrze nam znanych przeciążeń treningowych, ale na dziś powodów do wyciągania takich wniosków nie ma. Problemy Polaków nie brały się z ciężkich nóg, a – jak to określił Sousa – przyzwyczajeń do przeszłości. Fatalna była końcówka pierwszej połowy, gdy oddaliśmy Rosji inicjatywę i znów skupialiśmy się nie tyle na przeszkadzaniu, co przetrwaniu. Poukładanie w przerwie klocków sprawiło, że – poza jednym dużym błędem Michała Helika – nie było mowy o żadnych pożarach czy bronieniu poprzez przypadek.

Marek Koźmiński kiedyś powiedział mi, że piłkarz niedotrenowany zawsze będzie lepszy od przetrenowanego. Temu pierwszemu braknie sił na ostatnie 15-30 minut, drugi będzie miał problem z bieganiem przez 90. We wtorkowym meczu nie widziałem żadnego z tych syndromów.

Wywołana przeszłość

Sousa sam wywołuje przeszłość, ale i tak nie uniknąłby porównań do Jerzego Brzęczka. Ich pomysł od początku się różnił i to nic nowego – Sousa ma wizję ofensywnej drużyny kilka razy w ciągu meczu zmieniającej ustawienie, Brzęczek bardzo dobre poukładał defensywę, ale w fazie kreacji przez ponad dwa lata nie był w stanie wymyślić niczego konkretnego. Ale po meczu z Rosją w oczy rzuciła się jeszcze jedna różnica.

Mówiąc o Mateuszu Klichu i chwaląc go za wtorkowy występ – Klich faktycznie był jednym z najlepszych Polaków – dodał kilka zdań krytyki. Przekonywał, że pomocnik Leeds tylko w części pokazuje swój potencjał, swoją wypowiedź zaczął od „wymagam od niego dużo więcej”. Brzmiał jak Juergen Klopp mówiący polskim dziennikarzom u progu pierwszego sezonu Roberta Lewandowskiego w Borussii Dortmund „nawet nie macie pojęcia, na co go stać”. Podobnie z Jakubem Świerczokiem, który zdaniem wielu zasłużył choćby na rozważanie, czy można dać mu miejsce na Euro w podstawowej jedenastce. Portugalczyk obok jego dobrych zagrań widział nie najlepsze funkcjonowanie w taktyce, co tłumaczył: to zrozumiałe, bo dla niego i Karola (Świderskiego) to nowa sytuacja.

Sousie ciągle za mało, a poprzeczkę oczekiwań – przynajmniej takimi słowami nas karmi – podnosi wysoko, być może nawet za wysoko. Brzęczek mówił po kompromitującym występie w Amsterdamie, że jest zadowolony z przesuwania się formacji. Jeden patrzy w górę i myśli, jak pokonać dystans do poprzeczki. Drugi nie miał problemu, że najlepsi skakali nad nią z ogromnym zapasem, byle tylko ci słabsi nie doskakiwali.

Zwycięzca wszystkich zgrupowań

Już przed meczem z Rosją twierdziłem, że wyciąganie daleko idących wniosków z niego jest błędne, bo Paulo Sousa już nigdy nie pośle na boisko drużyny w tym zestawieniu. Oceniać można jedynie piłkarzy indywidualnie lub dwu-trzyosobowe bloki. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że pary Krychowiak-Klich nikt przed Euro nie rozdzieli, a Tymoteusz Puchacz wciąż jest lepszy w fazie ataku niż obrony. Że Michał Helik nie daje żadnych gwarancji na bezbłędny występ, a Tomasz Kędziora może być rozpatrywany na równi z Bartoszem Bereszyńskim. Że Kamil Piątkowski ma mentalność na takim poziomie, że wizja gry w najważniejszej drużynie w kraju go nie przytłacza.

Jest też w tym wszystkim jedno ogniwo, które łączy kadrę Jerzego Brzęczka i Paulo Sousy. Kamil Jóźwiak na każde zgrupowanie przybywa roli underdoga, na którego z jednej strony się liczy, a z drugiej zawsze stawia jakieś „ale”. Bo najpierw niedoświadczony, później porównywany do Kamila Grosickiego, po zmianie trenera znów posadzony na ławce, teraz po bardzo przeciętnym końcu sezonu w Derby. Tymczasem Jóźwiak na każdym zgrupowaniu staje się jego zwycięzcą. Jeśli teraz ostatecznie nie przyklepał sobie miejsca w jedenastce na Słowację, to trudno wyobrazić sobie, co mógłby zrobić więcej.

Paulo Sousa w marcu miał problem z trafieniem optymalnego składu i naprawiał wszystko zmianami. Teraz nie ma powodów do paniki, bo wie o swoich piłkarzach nieporównywalnie więcej. Tak jak my widzi kilka twarzy swojego zespołu i powodzenie na Euro zależy od tego, czy tę ładniejszą będzie umiał przykleić na dłużej.

Miło wiedzieć, że jakakolwiek ładniejsza twarz reprezentacji Polski istnieje.

Komentarze