Euro 2020. Marzenie Zbigniewa Bońka wymyka się spod kontroli

Piłkarze reprezentacji Polski
Piłkarze reprezentacji Polski Grzegorz Wajda

Jeszcze nigdy przed wielkim turniejem nie wiedzieliśmy o reprezentacji Polski tak mało. Zbigniew Boniek już od czasów Adama Nawałki marzył, by mieć kilka wariantów gry, tak, by rywal nie mógł nas przeczytać. To udało się osiągnąć – można tylko współczuć analitykom słowackiej kadry szukania odpowiedzi, jakim składem wyjdziemy 14 czerwca. Mamy mnóstwo opcji, Paulo Sousa wyciąga kolejne jak z kapelusza, tylko w żadnej nie wyglądamy dobrze.

W kultowym „Forreście Gumpie” jest taka scena, w której Forrest zakłada buty i zaczyna biegać. Mijają kolejne kilometry, a on nie przestaje. Tak naprawdę to, co dla innych jest sufitem możliwości, u niego jest podłogą. Nie, ta scena nie przypomina reprezentacji Polski. Za to ta z bombonierką i hasłem „nigdy nie wiesz, co wyciągniesz” jak najbardziej.

Euro 2020, czyli wciąż jedna wielka niewiadoma

Przyznam, że jeszcze kilka tygodni temu mecze z Rosją i Islandią traktowałem jako najważniejsze mecze towarzyskie w ostatnich latach. Ba, miały dla mnie większe znaczenie niż nawet trzy marcowe gry eliminacyjne, w które Paulo Sousa wchodził prosto z ulicy. Wtedy było jasne, że w żadnym z nich nie zobaczymy gry choćby zbliżonej do tej, która stać się miała docelową. Tłumaczyłem sobie: w czerwcu dowiemy się, po co my tak naprawdę jedziemy na Euro. Sam Sousa też mnie od tego nie odwodził. O ile grę z Rosją potraktował jak poligon doświadczalny, bo uznał, że kiedyś te wszystkie plany B i C musi sprawdzić, o tyle na dobę przed grą z Islandią przekonywał: jesteśmy bardzo blisko optymalnej dyspozycji. Ostrzyłem sobie zęby, bo chciałem wreszcie wiedzieć, czy zapowiedzi piłkarzy o minimum wyrównaniu wyniku z Euro 2016 to mrzonka. No i wciąż wiem niewiele. Zostałem z tymi oczekiwaniami jak Himilsbach z angielskim.

Chciałbym umieć wyciągnąć wnioski pod kątem Euro 2020, ale z żadnego z czerwcowych meczów nie da się tego zrobić w sposób rzetelny. Ale jaki sens mają wnioski po spotkaniach, w których obrona została zestawiona w tak eksperymentalny sposób, że na Euro nie zobaczymy jej ani razu w podobnej konfiguracji. Mecz z Islandią, który w założeniach Sousy miał zostać rozegrany w składzie najbardziej zbliżonym do turniejowego, rozpoczęła trójka obrońców Kędziora – Glik – Dawidowicz, z których prawdopodobnie żaden nie wybiegnie na Słowację. Jeśli nie będzie problemów z urazami, od akcji Kędziory wyżej będą stać akcje Bereszyńskiego, a do Glika i Dawidowicza Portugalczyk miał tyle uwag, że skorzystanie z nich byłoby dużą niespodzianką. Nie pomagają urazy – to przez nie selekcjoner nie mógł skorzystać z „Beresia”, Rybusa czy Bednarka, ale nie zmienia to faktu, że wyciąganie wniosków z gry obrony w meczu z Islandią jest bezsensowne. Ze Słowacją zagrają inni.

Tylko Lewandowski w ataku?

O Jakubie Świerczoku i Karolu Świderskim nie można powiedzieć, że zawodzą, a nawet, że ich jakość i rola w reprezentacji wyprzedzają oczekiwania. Ale prawdopodobnie – bo u Sousy niczego nie można być pewnym – żaden z nich nie znajdzie się w wyjściowym składzie na Słowację. Portugalczyk mówił w poniedziałek, że ewentualna strata Arkadiusza Milika zmienia wszystko, z taktyką na czele. Biorąc pod uwagę, że miał zamiar grać dwoma napastnikami, a teraz „zmieniło się wszystko”, pewnie wzmocni drugą linię i ustawi grę pod Roberta Lewandowskiego. Występ Świerczoka przeciwko Islandii miał miejsce prawdopodobnie tylko dlatego, że na mikrouraz narzekał Mateusz Klich i selekcjoner skorzystał z szansy sprawdzenia rezerwowego wariantu ofensywnego.

O tym, że raczej nie będziemy grać na dwóch napastników, świadczy brak kolejnego snajpera na liście rezerwowych i w związku z tym brak dodatkowego powołania za Milika. Chcąc wciąż używać dwójki w ataku, jeden napastnik w odwodzie to trochę mało. W przypadku urazu któregoś z podstawowych, niebezpiecznie zbliżylibyśmy się do wymuszonej zmiany taktyki w trakcie turnieju. Wydaje się, że dziś lepszym rozwiązaniem jest ustawienie Klicha i Piotra Zielińskiego za plecami Roberta Lewandowskiego i ewentualne reagowanie Świerczokiem lub Świderskim w czasie meczu.

Brak dodatkowego powołania choćby dla Sebastiana Szymańskiego jest kontrowersyjny, ale łatwy do uzasadnienia. Gdy Sousa ze współpracownikami ustalał powołania, uznał, że Szymański nie pasuje do jego koncepcji – w środku pomocy wyżej cenił umiejętności innych, a z boku gracz Dynama Moskwa zupełnie nie sprawdził się w starciu z Węgrami. Kontuzja Milika absolutnie niczego nie zmienia w hierarchii – Szymański znajdowałby się wciąż w tym samym miejscu, co w maju. A nawet jeszcze dalszym, bo przecież nie odbył z drużyną dwutygodniowego okresu treningowego w Opalenicy. Nawet jeśli utrzymał dobre przygotowanie, taktyczne braki byłoby trudno nadrobić. Stałby się ciałem obcym w zespole. Co innego, gdyby kontuzji doznał ktoś na bliższej mu pozycji. Wtedy konieczność wygrałaby z wszystkimi obiekcjami.

Powód do zmartwień, nie do paniki

Paulo Sousa na każdej konferencji pomeczowej potrafi zdiagnozować problemy, z jakimi przez 90 minut zmagali się jego piłkarze. Nie inaczej było po Islandii, gdzie wskazał bardzo złe bronienie się przed stałymi fragmentami gry rywali, zbyt mało przyspieszeń w ataku, zbyt duże odległości między formacjami oraz niewłaściwą dystrybucję piłki od stoperów, przez pomocników aż do ataku. Z jednej strony mówienie, że nad tym teraz trzeba pracować jest nieprzekonujące – to już słyszeliśmy, a teraz czas goni jeszcze bardziej. Ale jest też ta druga strona.

Nie tylko w defensywie kadra ani raz nie zagrała jeszcze w optymalnym ustawieniu. Jeśli próbujemy sobie wyobrazić naszą najmocniejszą drugą linię w fazie ataku, byłoby to pewnie zestawienie z Kamilem Jóźwiakiem i Maciejem Rybusem (ewentualnie Tymoteuszem Puchaczem) na bokach, Jakubem Moderem i Grzegorzem Krychowiakiem w środku oraz Mateuszem Klichem i Piotrem Zielińskim operującymi na granicy tercji rywala. Tak nie zagraliśmy jeszcze ani raz, zatem wciąż można twierdzić, że ta kadra ma swój margines na bycie znacznie lepszą.

Niczego nie można być pewnym

Wszystko jednak sprowadzamy do gdybania. Na dziś nie jesteśmy w stanie wskazać ani podstawowej jedenastki, ani tego, jak będzie wyglądała gra. Paulo Sousa lubi używać słowa „proces”. Nawet po meczu z Rosją przyznał, że popełnianie błędów nie było czymś złym, bo to zawsze część procesu. Dziwił spokój w jego głosie, biorąc pod uwagę, że na tym etapie przygotowań optymalnie by było, gdyby proces już się zakończył, ewentualnie był w schyłkowej fazie. Sousa nie przemyca choćby sugestii, byśmy mogli tak myśleć.

Chyba, że faktycznie już tylko spokój może nas uratować.

Komentarze