W ciemno z Marcinem Ryszką #25: Ekstraklasa znów przy Reymonta

Już w najbliższą niedzielę stanie się to, na co czekaliśmy tak długo. Wisła Kraków oficjalnie wraca do Ekstraklasy. Kiedy tak o tym myślę, łapię się na tym, że jeśli pamięć mnie nie myli, mój pierwszy raz na stadionie przy Reymonta miał miejsce dokładnie 27 lat temu.

Marcin Ryszka
Obserwuj nas w
fot. Archiwum autora Na zdjęciu: Marcin Ryszka

Miałem to ogromne szczęście, że od razu załapałem się na sam początek złotej ery Bogusława Cupiała. Ery, która w mgnieniu oka zamieniła Wisłę w absolutnego hegemona na polskim podwórku.

To właśnie ten niesamowity początek XXI wieku ukształtował całe pokolenie kibiców Białej Gwiazdy. Legendarne boje z Parmą, Schalke, Barceloną czy Realem Madryt sprawiły, że tysiące ludzi bez reszty zakochało się w tym klubie. Z dzisiejszej perspektywy aż ściska w dołku na myśl, jak cholernie trudne było wtedy dostanie się do piłkarskiego raju, jakim jest Liga Mistrzów. Umówmy się – wyeliminowanie w decydującej fazie takich potęg graniczyło z cudem. Wszyscy mamy w pamięci ten rewanż z Panathinaikosem w Atenach, kiedy faza grupowa dosłownie wymykała się z rąk na ostatniej prostej. Kilka lat później na Cyprze, w starciu z APOEL-em, znów byliśmy o krok od tego marzenia, ale doskonale pamiętamy, jak brutalnie się to ostatecznie skończyło.

Równia pochyła i pierwszoligowy czyściec

Ostatnie 15 lat to niestety dla Wisły klasyczna równia pochyła. Apogeum tego zjazdu nastąpiło cztery lata temu, kiedy spadliśmy do I ligi. Pamiętacie ten sezon? Do samego końca wszystkim nam wydawało się, że to jest po prostu niemożliwe. Że to się nie ma prawa wydarzyć, że Wisła zaraz w końcu zaskoczy i ucieknie spod topora. Długo wypierałem ten scenariusz, aż do domowego meczu z Lechem Poznań. Wydawało się, że inkasujemy arcyważne trzy punkty, łapiemy oddech, a potem nadeszła ta nieszczęsna, ostatnia minuta i gol wyrównujący dla gości. To był chyba ten konkretny moment, w którym po raz pierwszy pomyślałem: „My naprawdę możemy mieć problem z utrzymaniem”.

Jak doskonale wiemy, stało się najgorsze. Cztery lata w pierwszoligowym czyśćcu to był potwornie długi i wyczerpujący czas, osłodzony w końcu niesamowitym zdobyciem Pucharu Polski i powrotem do europejskich eliminacji. Przez ten okres przewinęło się mnóstwo trenerów i wagon zawodników, ale koniec końców – cel został osiągnięty i Wisła w cuglach awansowała z powrotem do elity.

Zderzenie z nową rzeczywistością

Jaki to będzie sezon w Ekstraklasie? Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Jeśli pytacie, o co będzie biła się Wisła, to moim zdaniem obecny potencjał kadrowy pozwala na spokojną grę w środku tabeli. Bardziej jednak intryguje mnie to, jak powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej wpłynie na całe otoczenie klubu.

To, co wydarzyło się na trybunach przez te cztery lata, to absolutny fenomen. To rzadkość na skalę europejską, by na zapleczu najwyższej ligi na stadionie regularnie, po kilka razy w sezonie, zasiadało 30 tysięcy ludzi. Do tego mecze przyjaźni z Ruchem Chorzów na Stadionie Śląskim przy publice grubo powyżej 50 tysięcy. Ta frekwencja mogła być jednak nakręcana faktem, że w I lidze Wisła praktycznie w każdym meczu była murowanym faworytem. Byliśmy stroną, która prowadziła grę, stwarzała sytuacje i narzucała swój styl. Oczywiście, zdarzały się wpadki i mecze, w których daliśmy się zdominować – jak choćby z GKS-em Katowice czy Lechią Gdańsk – ale generalnie to my kreowaliśmy widowisko. Zbyt często nadziewaliśmy się na zabójcze kontry, a rywale bezlitośnie wykorzystywali tę jedną, jedyną szansę, nierzadko po naszych fatalnych błędach w obronie. Mimo to, kibic szedł na stadion z założeniem: „Dzisiaj to my mamy wygrać”.

Teraz zasady gry ulegną zmianie. W Ekstraklasie nie będziemy już dominować w każdym spotkaniu. Jakość piłkarska kosztuje i choć Widzew Łódź – który niedawno otarł się o spadek – pokazuje, że pieniądze to nie wszystko, to jednak na dłuższą metę na tym poziomie nie oszukasz budżetu.

Stabilizacja zamiast rewolucji

Cieszy mnie to, co widzę na rynku transferowym. Do każdej formacji dodano jednego konkretnego zawodnika, który ma od razu podnieść jakość zespołu. Patrząc na ostatnie sparingi, wyjściowa jedenastka jest w 90% znana. Dziewięć nazwisk można dziś typować w ciemno, pod warunkiem, że ominą nas kontuzje.

Ogromnym plusem obecnej Wisły jest kolektyw. Ci goście się znają, szatnia nie została wywrócona do góry nogami. Jestem szalenie ciekaw, jak zawodnicy ściągnięci rok temu, którzy na zapleczu zrobili różnicę i dali tak pewny awans, poradzą sobie piętro wyżej. Przecież to ludzie wyciągani z najwyższych lig w swoich krajach. Odpowiedź na to pytanie dostaniemy już po pierwszych kilku kolejkach.

Apel do trybun: Wspierajmy, nie niszczmy

Mam jedno wielkie marzenie przed tym sezonem. Bardzo bym chciał, aby ta niesamowita społeczność, która tak wspaniale scaliła się podczas pierwszoligowej banicji, pozostała dokładnie taka sama. Chcę, żebyśmy wspierali tę drużynę na dobre i na złe.

Totalnie nie rozumiem ludzi, którzy z łatwością przychodzą na stadion po to, by wyzywać własnych piłkarzy. Nie mówię tu o merytorycznej krytyce – jeśli gość nie trafia z dwóch metrów do pustej bramki, frustracja jest oczywista. Ale kiedy słyszę na trybunach lub czytam w sieci najgorsze wyzwiska kierowane pod adresem zawodnika, który nosi koszulkę twojego ukochanego klubu, to zastanawiam się, co taki człowiek ma w głowie. Stadion to oczywiście nie teatr, sam nieraz rzucam mięsem pod nosem, ale nauczmy się w końcu odróżniać konstruktywną złość i krytykę od czystego, prymitywnego chamstwa.

Wiara w proces

Wierzę, że ten sezon pokaże, iż kolejne elementy skomplikowanej układanki Jarosława Królewskiego trafiają w końcu na swoje miejsce. Mam nadzieję, że zastrzyk gotówki z praw telewizyjnych Canal+ oraz od sponsorów ostatecznie ustabilizuje sytuację finansową. Że za kilka lat dojdziemy do momentu, w którym Wisła sprzeda swojego wychowanka za poważne pieniądze, a w klubowym skarbcu znów pojawi się złoto pozwalające na mądre, gotówkowe transfery.

Przed nami 34 mecze. 17 z nich rozegramy przed własną, fanatyczną publicznością. Mam cichą nadzieję, że każdy z tych domowych wieczorów będzie wielkim świętem. A nawet jeśli przyjdą trudne momenty, kryzysy i bolesne porażki, to pamiętajmy o jednym: my nigdy nie poddamy się. Do zobaczenia na R22!

Marcin Ryszka