GKS Katowice lepszy w konkursie rzutów karnych
Widzew Łódź i GKS Katowice mierzyły się ze sobą w pierwszym spotkaniu, którego stawką był awans do grona czterech najlepszych drużyn w krajowym pucharze w trwającej edycji. Ekipa prowadzona przez Igora Jovicevicia w tym roku nie rozpieszczała, biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki. W pięciu spotkaniach wygrała tylko raz, notując jedno zwycięstwo, jeden remis i trzy porażki. Jednocześnie według medialnych spekulacji o swoją posadę mógł grać we wtorkowy wieczór szkoleniowiec urodzony w Zagrzebiu.
GieKSa natomiast do potyczki na Arena Katowice przystępowała po prestiżowej wygranej nad Górnikiem Zabrze (3:1). Tym samym zespół Rafała Góraka wrócił na zwycięski szlak po dwóch meczach bez wygranej. Ogólnie po zimowej przerwie Katowiczanie odnieśli trzy zwycięstwa, dwa razy przegrali i raz zremisowali. Z ekipą z Łodzi piłkarze GieKSy grali po raz drugi w 2026 roku. W lutym skromnie pokonali Łodzian po bramce Lukasa Klemenza. Tym samym mecz zapowiadał się pasjonująco.
W pierwszych dwóch kwadranasach rywalizcji tak naprawdę niewiele działo się ciekawego na stadionie w Katowicach. Widzew nie potrafił sobie stworzyć przewagi i nie szukał też gry na jeden-dwa kontakty, co było tak naprawdę wodą na młyn dla Katowiczan. Gospodarze natomiast do ofensywny przeszli po upłynięciu 20 minut gry. Z kolei w 28. minucie GieKSa wyszła na prowadzenie. Znów na nosie Widzewa zagrał obrońca. Klemenz wykorzystał podanie od Alana Czerwińskiego i na przerwę GieKSa schodziła w lepszych nastrojach.
Goście po zmianie stron szybko ruszyli do odrabiania strat. Najpierw w 50. minucie Emil Kornvig spróbował zaskoczyć Rafała Strączka strzałem głową. W każdym razie próba Duńczyka była niecelna. Tymczasem w 53. minucie zaskakującym rozegraniem rzutu wolnego wyróżnił się Juljan Shehu. Zagrał do boku, po czym Samuel Kozlovsky przetransportował piłkę w pole karne rywali, a tam z bliska bramkę zdobył Andi Zeqiri. Zabawa zaczęła się zatem od nowa.
Na trafieniu wyrównującym zdecydowanie ekipa Jovicevicia nie zamierzała poprzestać. Po ponad godzinie gry okazję do zdobycia bramki miał Sebastian Bergier, ale na posterunku był Rafał Strączek. Tymczasem od 71 minuty miała miejsce przerwa w grze, co było związane z odpaleniem rac przez szalikowców GieKSy. To jednocześnie skutkowało zadymieniem nad stadionem.
Katowiczanie piszą nową historię
Na ciekawy ruch w 84. minucie zdecydował się natomiast trener GKS-u, dokonując jednocześnie trzech zmian, których następstwem było to, że GieKSa grała bez nominalnego napastnika. Z boiska zszedł między innymi Ilja Szkurin, ale szkoleniowiec gospodarzy nie zdecydował się na posłanie na murawę Adama Zrelaka. Ostatecznie obie ekipy musiały szukać rozstrzygnięcia w dogrywce.
W dodatkowym czasie gry w 96. minucie fenomenalnym trafieniem z woleja popisał się natomiast Mateusz Wdowiak. Zwodnik błyskawicznie eksplodował z radości, ale ta została szybko ugaszona, bo sędzia boczny wskazał, że były gracz Zagłębia Lubin był na pozycji spalonej. Chociaż w ruch jeszcze poszedł VAR, to pierwsza decyzja nie została zmieniona ku niezadowoleniu kibiców ekipy z Katowic.
W drugiej połowie dogrywki swoje okazje do zdobycia bramki miał wprowadzony w 53. minucie Marcel Wędrychowski, ale byłemu zawodnikowi Pogoni Szczecin brakowało szczęścia. Jednocześnie zwycięzcę musiał wyłonić konkurs jedenastek. W nim lepsi byli Katowiczanie, na co duży wpływ miał Rafał Straczęk, który nie został pokonany przez Frana Alvareza i Mariusza Fornalczyka.
GKS Katowice – Widzew Łódź 1:1 pd. (4:2 k.) (1:1) (1:0)
1:0 Lukas Klemenz 28′
1:1 Andi Zeqiri 53′









