Futbol (prawie) jak zdrowie – jak Litwini tego lata zakochali się w piłce nożnej

LFF Stadion
Maciej Kanczak Na zdjęciu: LFF Stadion

Parafrazując inwokację z Pana Tadeusza – futbol nigdy nie był dla Litwinów jak zdrowie. Od niepamiętnych czasów cenili koszykówkę, a piłka nożna zawsze była w jej głębokim cieniu. Dzięki niespodziewanym sukcesom Żalgirisu Wilno w europejskich pucharach, nasi wschodni sąsiedzi zaczynają jednak doceniać piękno piłki nożnej w całej swej ozdobie.

  • Żalgiris Wilno jako pierwszy litewski klub w historii, awansował do fazy grupowej europejskich pucharów
  • Mistrzowie Litwy, w zależności od wyniku dwumeczu z Łudogorcem Razgrad, zagrają w fazie grupowej Ligi Europy bądź Ligi Konferencji Europy
  • Goal.pl pojechał do Wilna, aby sprawdzić jak Litwini reagują na ostatnie sukcesy zielono-białych

Futbolowa pustynia

Nie ma co się zresztą dziwić, że na Litwie piłka nożna nigdy nie była popularna. Wszak to futbolowa pustynia. Od momentu uzyskania niepodległości w 1991 r., reprezentacja naszych wschodnich sąsiadów nigdy nie wystąpiła w finałach albo ME, choć przecież w ciągu 31 lat ta sztuka udała się takim krajom jak Albania, Łotwa czy Macedonia Północna. Jej największym sukcesem w tym czasie było zajęcie 3. miejsca w eliminacjach do mundialu we Francji w 1998 r. Podopieczni Benjaminasa Zelkeviciusa otarli się wówczas o baraże, w grupie 8 tracąc tylko punkt do Irlandii. Nigdy więcej popularni Rinktine nie byli już tak blisko wielkiej imprezy. A w ostatnich latach to nawet bardzo daleko. W kwalifikacjach do EURO 2020, w grupie B wywalczyli ledwie punkt, przegrywając nawet z Luksemburgiem. Z kolei w walce o bilety na katarski mundial, Litwini zdobyli trzy punkty, pokonując Bułgarię. Tak czy siak, w grupie C zajęli ostatnie miejsce.

Niewiele ugrali również w Lidze Narodów. W premierowej edycji, żółto-zieloni występowali w Dywizji C, ale przegrali komplet spotkań w grupie 4 (z Serbią, Rumunią i Czarnogórą) i z hukiem powinni zlecieć do ostatniej Dywizji. Uratowała ich jednak decyzja UEFA o zwiększeniu liczby zespołów w grupach do czterech. Występując więc ponownie w Dywizji C, w drugiej edycji już tak się nie skompromitowali, ocierając się nawet o awans do Dywizji B (3. miejsce z dorobkiem ośmiu punktów i stratą trzech „oczek” do lidera Albanii).

Jako się rzekło na wstępie, Litwini nie doczekali również sukcesów swoich klubów w europejskich pucharach. Największymi sukcesami do tej pory był udział FBK Kauans w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, gdzie lepszy dopiero okazał się Aalborg BK. Wcześniej sensacyjni mistrzowie Litwy okazali się lepsi od samych Rangers FC. Poza tym w fazie play-off o udział w fazie grupowej Ligi Europy brały udział Ekranas Poniewież (raz), Suduwa Mariopol (trzy razy) oraz Żalgiris Wilno w fazie play-off o udział w fazie grupowej Ligi Konferencji Europy. Wcześniej szczytem możliwości najczęściej była II runda eliminacji LM, LE i Pucharu UEFA. Co więc sprawiło, że po 30 latach starań i prób, przedstawiciel litewskiej A Lygi zawita w końcu na europejskie salony?

Przeczytaj również: Mecze, przed którymi rżą koniki

Jak hartował się Żalgiris?

Po raz pierwszy od dawna Żalgiris w składzie ma wielu znakomicie wyszkolonych technicznie piłkarzy – podkreślał mi przed meczem jeden z doświadczonych wileńskich dziennikarzy. I od razu wskazywał konkretne nazwiska: Mathias Oyewusi, Renan Olivieira czy Francis Kyeremeh. Moją uwagę przy okazji rewanżowego boju z Bodo/Glimt w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów przykuł jeszcze pewny i bezkompromisowy w swoich poczynaniach środkowy obrońca, Saulius Mikoliunas, a także ofensywny pomocnik Marko Milicković, którego znakomite prostopadłe podania z głębi pola, zwłaszcza w pierwszej połowie, siały prawdziwy popłoch w szeregach defensywy mistrzów Norwegii.

Nie bez znaczenia jest również doświadczenie, które Zaliai-Balti nabyli w poprzedniej edycji Ligi Konferencji Europy. Wówczas zespół z LFF Stadion odpadł z tych rozgrywek w IV rundzie, po zaciętych bojach z…Bodo/Glimt. W Wilnie Żalgiris zremisował po zaciętym meczu 2:2, bramkę na wagę remisu zdobywając w doliczonym czasie gry. W rewanżu przegrał jednak 0:1. Ktoś zapyta, dlaczego teraz Litwini oszaleli na punkcie futbolu, a nie w zeszłym sezonie, gdy przecież też otarli się o fazę grupową. Okoliczności tamtych występów są jednak zupełnie inne. Żalgiris jako mistrz Litwy, skorzystał po prostu z preferencyjnych zasad UEFA dla mistrzów kraju. Wystarczyło, że w I rundzie ograł pewnie mistrza Irlandii Północnej, Linfield FC (3:1 i 2:1), by mimo porażek z Ferencvarosem (0:2 i 1:3) w II rundzie el. LM i NS Mura (0:0 i 0:1) w III rundzie kwalifikacji LE, i tak znaleźć się w play-offach o awans do Ligi Konferencji Europy. Tamten zespół nikogo jednak nie poruszył, nikogo nie oczarował, o czym najlepiej świadczy frekwencja przy Liepkalnio g.13/12:

Linfield FC – 1500 widzów;

Ferencvaros – 2000 widzów;

NS Mura – 2921 widzów;

Bodo/Glimt – 1230 widzów;

Jak na obiekt, mogący pomieścić 5422 osoby – szału nie ma. Warto jednak pamiętać o ówczesnych ograniczeniach pandemicznych. Ale nawet gdyby nie one, i tak pewnie ludzie nie zabijaliby się, aby dostać wejściówki na mecze mistrzów Litwy. Lato 2021 było zatem nie do porównania z szaleństwem, z którym w Wilnie mamy do czynienia obecnie.

Przeczytaj również: Olkiewicz w środę #24. Cyrk, A-klasa i inne atrakcje, czyli Start Łódź

Kolega z litewskiej federacji

Szaleństwo w Wilnie zaczynało się jednak powoli. Żalgiris rozpoczął pucharowe boje od wymęczonego zwycięstwa w dwumeczu z mistrzem Kosowa – KF Ballkani. Na wyjeździe zielono-biali zremisowali 1:1, w rewanżu po 90 minutach utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce, bramkę na wagę awansu do II rundy zdobył wspomniany już Oyewusi. W niej czekał już mistrz Szwecji, Malmo FF, ograny w na arenie międzynarodowej. Żalgiris poradził sobie jednak nadspodziewanie łatwo – 1:0 u siebie (na trybunach to jedno z najważniejszych zwycięstw w 75-letniej historii klubu oglądało już ponad 4 tys. widzów) i 2:0 poza domem. Po tym triumfie zapanowało w Wilnie prawdziwa żalgirisomania. Kibice od razu po awansie, rzucili się na bilety z Bodo/Glimt. 5422 wejściówki, jak donosił portal baltyckifutbol.pl, rozeszły się w 30 minut. Drugie tyle musiało obejść się smakiem. I to dosłownie, bo litewska telewizja rzadko kiedy transmituje mecze drużyn futbolowych. Tak było, m.in. przy okazji rywalizacji Żalgirisu z NS Mura.

Jadąc do Wilna chciałem się przekonać na własne oczy, czy nasi wschodni sąsiedzi rzeczywiście oszaleli na punkcie futbolu. Sam, nawet mimo znakomitych wyników Żalgirisu i doniesień o rekordowym zainteresowaniu biletami, trochę w to nie dowierzałem. Wolałem sprawdzić to empirycznie.

Do 18 miejscowego czasu, naprawdę czułem, że wzrost zainteresowania piłką nożną to lekka przesada. Przebywając w większości najważniejszych turystycznie miejsc w Wilnie, nie natknąłem się na żadne plakaty informujące o wtorkowym pojedynku. Na mieście spotkałem jedną osobę w trykocie w zielono-białe barwy (za to aż cztery w żółtych strojach Bodo/Glimt). Miejscowe gazety również nie poświęcały miejsca rewanżowemu spotkaniu III rundy el. Ligi Mistrzów. Przejrzałem wszystkie możliwe, a w oczy rzucał się fakt, że…w ogóle nie ma w nich rubryk sportowych. Takową znalazłem jedynie w Lietuvos Rytas, ale jak widać na załączonym obrazku, o Żalgirisie nic nie wspomniano.

Zastanawiający był również fakt, jak łatwo przed meczem można było wejść na LFF Stadion. To były obiekt Vetry Wilno (nazywany wówczas Vetros), ale po upadku klubu przeszedł we władanie litewskiej federacji, która za uefowskie środki dokonała jego gruntownej modernizacji, instalując na niej m.in. sztuczną murawę oraz oświetlenie. Dzięki temu arena spełnia wymogi kategorii 3 UEFA. Swoje spotkania rozgrywa tu także reprezentacja Litwy, zaś od 2011 r. Żalgiris, który przeniósł się tu ze stadionu o tej samej nazwie. Słynny stadion na Pióromoncie został zburzony w 2016 r., a w jego miejsce powstało nowoczesne osiedle, wraz z hotelem i biurowcami. Przed II wojną światową, swoje mecze rozgrywała tam legendarna Pogoń Wilno.

Przy stadionie nie było żadnej ochrony, więc swobodnie można było na upartego nawet…wejść na murawę. Z tego pomysłu zrezygnowałem, ale podszedłem na tyle blisko, aby zauważyć, że nawierzchnia na godziny przed meczem eliminacji Ligi Mistrzów jest w fatalnym stanie. Na to samo zwróciła również uwagę delegatka UEFA, która na prasowej trybunie siedziała niedaleko mnie i także robiła zdjęcie roztopionego plastiku, który na tle sztucznej trawy prezentował się niezbyt korzystnie. Sami pracownicy Litewskiej Federacji Piłkarskiej, zmierzający do pracy ok. godziny 9 także nie wzięli mnie za intruza, a swojego kolegę z biura i witali się ze mną serdecznie. Cóż, musiałem robić bardzo dobre wrażenie.

Przeczytaj również: Nicola Zalewski gwiazdą Serie A? Jak wygląda sytuacja Polaków

Żalgirisomania to prawda

Idąc już na trybunę prasową, natknąłem się na garstkę kibiców Żalgirisu. Po drodze zaczepiłem jeszcze pracownika stoiska z koszulkami, aby wyjaśnił mi jak to jest z tym wzrostem zainteresowania futbolem nad Wilią – fakt czy mit? – Naprawdę, tak dużego zainteresowania nie było tu nigdy. Po dobrych wynikach, ludzie dosłownie oszaleli na punkcie piłki nożnej, co obserwujemy też po sprzedaży koszulek. Po raz pierwszy w historii na mecz w europejskich pucharach, wyprzedany został cały stadion – podkreślał z dumą. Zaraz po tym jednak dodał, że klęska w pierwszym meczu z Bodo/Glimt aż 0:5 może sprawić, że entuzjazm niektórych może opaść i kompletu jednak nie będzie. Zapewniał jednocześnie, że nie powinienem jednak żałować mojej wyprawy. I miał rację.

Zaiste, mogło być tak, że ubiegłotygodniowa klęska na Aspmyra Stadion ostudzi zapał miejscowych fanów. Gracze Kjetli Knutsena zmiażdżyli mistrzów Litwy 5:0. Z 15 strzałów na bramkę Edvinasa Gertmonasa aż 13 było celnych. Mówienie o tym, że pięć strzelonych goli to najniższy wymiar kary, absolutnie nie jawi się jako przesada. Mimo to, kibice dopisali. Ów komplet faktycznie się pojawił, a sympatycy Żalgirisu jeszcze długo po pierwszym gwizdku arbitra stali w długiej kolejce. – Pytasz o tajemnicę sukcesów – zaczepił mnie ponownie litewski dziennikarz. – Oto i on – wskazał na kibiców. – Taka atmosfera piłkarskiego święta bywa tu rzadko, aż chce się wówczas grać. Daleki był jednak od przyznania mi racji, że jesteśmy świadkami historycznego sezonu Żalgirisu. – Poczekajmy do dwumeczu z Łudogorcem Razgrad – powiedział. 11-krotni mistrzowie Bulgarii będą bowiem rywalem zespołu Vladimira Ceburina w IV rundzie eliminacji Ligi Europy.

Żalgiris z Ligą Mistrzów pożegnał się godnie. W pierwszej połowie zdecydowanie przeważał, wyprowadzając groźne kontry. A prym w ich konstruowaniu wiódł, znany z polskich boisk z okresu gry w Podbeskidziu Bielsko-Biała i Rakowie Częstochowa Petar Mamić. Chorwacki lewy obrońca nie zrobił furory na polskich boiskach, w Żalgirisie radzi sobie jednak znakomicie – w sezonie 2022 A Lygi w 19 meczach zdobył dwie bramki i zaliczył osiem asyst. On też dogrywał piłkę do Kyeremeha, który w 39. minucie otworzył wynik meczu. W drugiej połowie najpierw wyrównali goście, a później Mamić otrzymał czerwoną kartkę. Mimo to, gospodarze zdołali utrzymać wynik do końca.

Ceburin był zadowolony z gry swoich podopiecznych. – Pierwsze minuty pokazały, że znakomicie się przygotowaliśmy do tego spotkania. Wywieraliśmy presje, stwarzaliśmy szanse, do pewnego momentu trzymaliśmy się planu gry. Potem jednak miały miejsce wydarzenia, na które nie mieliśmy wpływu. Mikoliunas z kolei dodał: – Ten mecz pokazał, że jesteśmy już w stanie grać z rywalami tej klasy, jak równy z równym. A to powinno stanowić dobry omen przed rywalizacją z Łudogorcem.

Mogłem zatem na własne oczy przekonać się, że faktycznie Litwini zaczynają doceniać futbol w całej swej ozdobie. Na moje pytania, czy są jakiekolwiek szanse, że w niedalekiej przyszłości piłka nożna choć zbliży się popularnością z koszykówką, wszyscy jednak reagowali śmiechem. – To są dwa zupełnie różne poziomy zainteresowania, nie ma co w ogóle dyskutować – odpowiedział litewski dziennikarz. Sprzedawca koszulek z kolei dodał: – To jest historia, tradycja sukcesy (trzy brązowe medale Igrzysk Olimpijskich, 3 tytuły mistrza Europy, trzy srebrne medale i jeden brązowy na ME oraz 3. miejsce na MŚ), nie ma na to najmniejszych szans. I powiem Ci więcej – piłka nożna cały czas nie jest na podium. Według mnie po koszykówce, najbardziej interesujemy się pływaniem, potem jest lekka atletyka, zaś futbol jest co najwyżej czwarty. Ale oczywiście jego popularność stale rośnie dzięki Żalgirisowi.

Dobrze czasem więc wyjść poza bańkę futbolocentryzmu i przekonać się, że Antoni Słonimski miał rację pisząc, że „świat nie jest piłką futbolową”.

Przeczytaj również: FC Barcelona jednym z wygranych letniego okienka transferowego. Jak Xavi poukłada Blaugranę w tym sezonie?

Komentarze