Mecze, przed którymi rżą koniki

Bartłomiej Pawłowski
PressFocus Na zdjęciu: Bartłomiej Pawłowski

Już tylko godziny dzielą nas od spotkania, na które czeka piłkarska Polska. Kto może pojedzie na stadion, a pozostali kibice zasiądą przed telewizorami, by zobaczyć na antenie Canal+ prowadzone z murawy studio i poczuć emocje trybun. I tak dwa razy, dzień po dniu. Bo przecież opis ten doskonale pasuje zarówno do piątkowego meczu Widzew – Legia, Klasyka Ekstraklasy na który liga czekała ponad 8 lat, jak i do sobotniego spotkania Barcelony z Rayo Vallecano, w którym zadebiutuje w La Liga Robert Lewandowski.

Ten w Katalonii to wprawdzie początek serialu, „do którego Polacy zasiadać będą co weekend jak do telenoweli”, jak do skoków Adama Małysza przy niedzielnym obiedzie, ale i wydarzenia piątkowego wieczoru w Łodzi budzić będą emocje. Zwłaszcza, że na stadion przy al. Piłsudskiego dostać się trudniej niż na Camp Nou, bo ograniczeniem jest miejsce, a konkretnie – miejsc brak.

Mrużymy lekko oko, zachowujemy odpowiednie proporcje i wychodzi, że prawdziwego kibica polskiego futbolu rzeczywiście elektryzują oba te mecze. Ten w Łodzi zobaczy ponad 18 tysięcy widzów, a telefony do klubu z prośbą o bilety urywają się już od parunastu dni. Każdy posiadacz karnetu – a jest ich niemal 16 tysięcy – który z różnych przyczyn zrezygnować musi z wejściówki (żona i dzieci mogą nie zrozumieć, że mecz ważniejszy jest niż wykupione jeszcze wiosną all inclusive w Egipcie) jest dziś przyjacielem na wagę złota, a przynajmniej cukru na wolnym polskim rynku. Taki szczęściarz może wprawdzie udostępnić swoje miejsce do sprzedaży i otrzymać zniżkę na karnet w kolejnym sezonie, ale chętnych na wycieczkę na TEN mecz w jego otoczeniu na pewno nie brakuje. Kto może – idzie więc na stadion zobaczyć, czy Widzew pierwszy raz w tym wieku pokona rywala, który w Łodzi budzi największe emocje.

Trudno w to uwierzyć, ale młodsi łódzcy kibice zwycięstwa Widzewa nad Legią znają głównie z opowiadań. Mogą pamiętać remis 1:1 z 2013 roku, ale wtedy mają też w pamięci następujący parę miesięcy później triumf Legii i 5:1 przy Łazienkowskiej.   Nie są to więc wspomnienia dla widzewiaków miłe – dla warszawiaków zaś wręcz przeciwnie.

Trudno w to uwierzyć, ale Widzew ostatnio wygrywał z Legią w kwietniu 2000 roku, gdy w jego bramce stał Andrzej Woźniak, w obronie grali znani z Legii Jacek Magiera i Piotr Mosór, po skrzydle biegał Mirosław Szymkowiak, a gole strzelał Marcin Zając. Skład Legii z przegranego 2:3 meczu w Łodzi? Nie tak wtedy dawni mistrzowskie Polski z Widzewem, Marek Citko i Rafał Siadaczka, obecny dyrektor warszawskiego klubu, Jacek Zieliński, czy prowadzący dziś Stal Mielec Adam Majewski, a nawet komentujący mecze w Canal+ Maciej Murawski. Same te nazwiska pokazują, jak dawno to było, ale jeśli komuś mało, to przypomnijmy sobie, że na liście przebojów radiowej Trójki królowały wtedy Brathanki i ich „Czerwone korale” a w kinach rok 2000 był sukcesem takich filmów, jak „Chłopaki nie płaczą” i „Gladiator”. To cała epoka, nie tylko futbolowa.

Na YouTubie można zobaczyć film, w którym dwójka nastolatków dostaje zadanie wykręcenia numeru telefonu. Haczyk jest w słowie „wykręcenia”, bo skorzystać muszą ze starego urządzenia, takiego jakich nie brakowało jeszcze ćwierć wieku temu, gdy telefon komórkowy powszedniał, ale wciąż był luksusem. Młodzież się gubi, z trudem daję radę nawet mimo podpowiedzi. Nie pamiętają takich urządzeń z tarczą i odkładaną na widełki słuchawką, tak samo, jak młodsi kibice nie pamiętają wygranej Widzew z Legią. 

W tamtych latach pracowałem w Przeglądzie Sportowym i do dziś pamiętam wielkie zdjęcie z kolejką pod kasą, zrobione bodaj 5 dni przed meczem i duży tytuł „Rżenie koników”. Te „koniki” to oczywiście handlarze biletami, sprzedający je po zawyżonych cenach. Takich cwaniaków nie brakowało w latach 80-tych i 90-tych zwłaszcza pod kinami, ale pojawiali się również przy okazji innych imprez. Jutro w Łodzi pewnie też paru znajdzie się pod stadionem i nieźle zarobi. Podobnie może być zresztą niebawem w innych miastach, bo przecież Stal Mielec już ogłosiła, że na nadchodzący mecz z Legią reglamentuje sprzedaż biletów (nie można kupować więcej niż 10 sztuk), kibice zajmują też wszystkie dostępne miejsca w Szczecinie i Płocku. Te kluby wciąż jednak rozbudowują swoje stadiony, podczas gdy Widzew takiej szansy nie ma, ale brak wejściówek w każdej kasie piłkarskiego obiektu to najlepszy dowód, jak bardzo ludzie kochają futbol.

Karnet jest w Łodzi deficytowym towarem, choć warto zdawać sobie sprawę, że przyjdą mecze, gdy kompletu nie będzie. To jednak nie jest problem na dziś, marka i legenda, jakie ma Legia wspomagają sprzedaż w całej Polsce. W połączeniu z siłą polskiego Klasyka, jakim jest ten mecz sprawiają, że telewizor bądź mecz w aplikacji włączy każdy kibic Ekstraklasy. Ekstraklasy, której fani nie ukrywają, że atmosfera i klimat nowego w tym towarzystwie obiektu przy al. Piłsudskiego w Łodzi bardzo im imponuje.

Zaczęliśmy od Barcelony, warto nią też zakończyć, bo przecież nazwisko „Lewandowski” paść musi w każdym tekście. Bilety na Lewego i jego nowych kolegów także sprzedają się doskonale, pewnie i tam ktoś postanowi na tym zainteresowaniu Barceloną w nowych szatach konkretnie zarobić. Ja ze swej strony obiecuję za tydzień porównać to, co porównywalne, czyli oglądalności na antenach Canal+ i to nie tylko spotkania w Łodzi z tym w Katalonii, ale na przykład meczów Szczecinie i na Spotify Camp Nou, bo te rozgrywane będą równocześnie. Na Pomorzu brązowy medalista ligi kontra lider Ekstraklasy z kompletem wygranych, a w Barcelonie Robert Lewandowski. Na kogo stawiacie?

Żelisław Żyżyński, CANAL+ Sport

Komentarze