Olkiewicz w środę #24. Cyrk, A-klasa i inne atrakcje, czyli Start Łódź

Start Łódź
Na zdjęciu: Start Łódź

Start Łódź to dość ważny element mojego życia. Klub, w którym występował mój tata, moja żona, w którym sam spędziłem kilka najlepszych lat jako junior, potem senior w okręgówce i ostatnio, jako syn marnotrawny, który wrócił do klubu po kilku latach nieobecności. Start Łódź to klub Bałut, który tym bałuckim charakterem jest na wskroś przesiąknięty, więc jest to też po prostu mój klub. 

Nie, nie chodzi tylko o to, że spomiędzy drewnianych ławek wystają chwasty, gwoździe i szkło po tłuczonych butelkach. Chodzi o jakąś tajemniczą mieszankę brzydoty, ogólnej bylejakości, ale jednocześnie nieprawdopodobnej lojalności, ambicji, woli przetrwania. Start jest trochę jak te nasze ulice, dziurawe, regularnie łatane jakimś gównem wypłukiwanym po pierwszym deszczu, ale jednak – nasze. Po nich chodzimy od dziecka, na nich przeżywamy pierwsze zwycięstwa, pierwsze porażki, to właśnie je widzimy tuż po przebudzeniu i to z nimi się żegnamy, wracając do domu do bałuckich bloków. 

Już pal licho, że żonę poznałem niejako poprzez Start, ja trenowałem tam piłkę, ona siatkówkę. Pal licho, że jeszcze jako szczyl, dobrze przeczuwając, że raczej nie będę drugim Saganowskim, widziałem IV-ligowy Start jako swojego docelowego pracodawcę. Pal licho historie taty o jego pasjonujących meczach z ŁKS-em czy z Widzewem, pal licho, że mojego kochanego kuzyna chciały ze Startu wyjąć naprawdę mocne kluby. To są rodzinne historie, jakich na Bałutach wiele, bo każdy na Starcie kogoś miał. Siostrę na siatkówce, bratanka w sekcji kosza, ciocię, która kiedyś biegała w sztafecie, albo wujka pływaka. Klasyczny peerelowski moloch, który też w klasyczny sposób nie poradził sobie na wolnym rynku, nic wielkiego, można scrollować dalej. 

To, co mnie boli, to że prawdziwy dramat Startu wcale nie rozpoczął się z tym całym upadkiem przemysłu włókienniczego w Łodzi. To o tyle ważne, że w Łodzi latami wszystko tłumaczyło się upadkiem przemysłu włókienniczego. Alkoholizm? No tak, ludzie stracili posady w zakładach Marchlewskiego i się zaczęło. Odrapane kamienice? Kiedyś przemysł włókienniczy dbał. Częstsze deszcze? Odkąd krosna przestały pracować. Na stadionie kiełba niedopieczona? Jak jeszcze włókennictwo było, to wszystko było. 

Start dostał po dupie, cholernie mocno, ale nie upadł, również z uwagi na swoje specyficzne zdolności adaptacji. Giełda kwiatowa hulała pełną mocą, dając Startowi pewną bazę. Korty tenisowe wynajmowano, gdzieś w pomieszczeniach gospodarczych znaleziono miejsce dla… szwalni, która tam działała. Gdy przychodziłem do klubu gdzieś koło 2004, może 2005 roku, właściwie w każdym roczniku chodziła piłeczka. Przez Start przewijali się wówczas późniejsi piłkarze szczebla centralnego – bracia Papikyanowie, bracia Kasperkiewiczowie, niektórzy z nich, jestem pewny, do dzisiaj mają w kolanach piasek z naszego bocznego boiska, zwanego Saharą. Pamiętam, jak tata mi opowiadał – to miała być pierwsza sztuczna murawa w Łodzi, jeszcze za jego czasów. Jak się domyślacie – dzisiaj nadal sztuczne mogą tam być jedynie tworzywa, jeśli któryś z wystawców Moto Weteran Bazaru przegnie z tuningiem własnych aut. 

Natomiast klub żył. Grał sobie spokojnie w tej IV lidze, w każdym roczniku miewał ludzi, których można było opędzlować do silniejszych sąsiadów, koszykówka hulała własnym życiem, siatkarki ocierały się o awans do Ekstraklasy, zatłoczona była pływalnia, pełne były małe hale. Pamiętam, że jako najstarsi juniorzy nadal grywaliśmy z ŁKS-em czy Widzewem na Saharce – bo na głównym boisku trenowali Panowie Seniorzy i trzeba było bezustannie dbać o trawę, chlubę Bałut, na którą z zazdrością patrzyli greenkeeperzy z innych łódzkich boisk. Kurczę, tak niedawno temu, a jednak – jakby całe wieki. Nie chcę mówić, że wszystko zaczęło się psuć, gdy dyrektorem został mój ukochany Wojciech Zieliński, ale wszystko zaczęło się psuć, gdy dyrektorem został mój ukochany Wojciech Zieliński. Bardzo, bardzo długo starałem się unikać jakichś personalnych wyliczanek, ale zwyczajnie: dłużej się nie da. 

Największy regres start zaliczył bez wątpienia w czasach 2010-2020. To ważne, bo tak jak kiedyś dowolne nieszczęście można było wytłumaczyć upadkiem przemysłu włókienniczego, tak teraz zapewne wygodną wajchą do usprawiedliwień byłaby pandemia, albo nawet i wojna z inflacją. No ale nie, fakty temu zaprzeczają. Po pierwsze – zaczął się kurczyć zestaw dostępnych sekcji. Obiekty niszczały, a wszelkie inwestycje wstrzymywały niekończące się procesy z miastem. W skrócie, żeby się nie pogubić – Start próbował przejąć tereny przez zasiedzenie, miasto stało na stanowisku, że klubowi wygasły wszelkie umowy, przez co musi natychmiast opuścić okazałe tereny. Pierwsze przebąkiwania o procesach pamiętam podczas swojej pierwszej seniorskiej przygody w klubie. Jak się domyślacie – procesy nadal trwają. 

Natomiast procesy stanowiły wygodną wymówkę do kompletnej rezygnacji z jakichkolwiek inwestycji. Hala przestała się nadawać do wynajmowania sekcjom sztuk walk? Wyrzucano sekcję sztuk walk, a z halki robiono rupieciarnię. Restauracja się zwinęła? Zamiast aktywnie poszukać nowej, pomieszczenia przeznaczono na rupieciarnię. Ostatnie dwa lata spędziłem w klubie, na moich oczach trzy pomieszczenia zmieniły się w rupieciarnię, mimo twardej walki o choćby próbę ich uratowania. Pływacy przenieśli się do osobnego podmiotu prawnego, wynieśli się też z basenu. Nie wkręcam, gdy zacząłem grać w Starcie, zadzwoniła do mnie pani z łódzkiej filmówki, że kręcą horror i chcieliby wynająć naszą starą pływalnię pod zdjęcia. Zasłużonych siatkarskich trenerów rozgoniono, bo w teorii zagrażali niepodzielnej władzy dyrektora. Teraz podobnie jest z koszykówką – sam byłem świadkiem, gdy rodzice z dzieciakami przez kilkanaście minut stali pod zamkniętą halą, bo dyrektor w ostatniej chwili stwierdził, że jednak nie warto wpuszczać koszykarzy na halę do gry w koszykówkę. 

Nigdy do końca nie rozumiałem określenia “zamknąć się w wieży z kości słoniowej”, dopóki nie zobaczyłem tego, co się tutaj wyrabia. Przez pewien czas rozumiałem podejrzliwość – od dwunastu lat procesujesz się z miastem, więc w każdym widzisz agenta podstawionego przez miasto. Najpierw w zewnętrznych podmiotach, potem w sponsorach we własnym klubie, a finalnie – w działaczach innych sekcji. Ale rany, przecież cierpi na tym wyłącznie klub. Nie chcę was zanudzać, ale to w sumie dość ważny kawałek mojego życia, fragment, w którym uświadomiłem sobie, co najbardziej lubię w życiu robić (grać w piłeczkę). Spróbuję więc jakoś uszeregować, co tu się właściwie odstawiło w ostatnich latach.

Sprawa numer jeden. Dług. Otóż czułem bardzo duży dług wobec klubu, który mnie wychował, a który ja, po dwóch sezonach w okręgówce, spuściłem do A-klasy. To prawda, graliśmy już w okrojonym składzie, zostało nas kilkunastu, ale jednak – to moje błędy, moje wtopy, mój brak umiejętności przyczynił się wydatnie do spadku. Do A-klasy klub już się nie zgłosił, więc ja ruszyłem w świat. Ale dług pozostał. Postanowiłem wrócić, gdy zobaczyłem wyniki z ostatnich trzech sezonów przed moim powrotem. 

2017/18 – 15 punktów w 26 meczach
2018/19 – 9 w 26 meczach
2019/20 – 4 w 13 meczach

Dwa sezony z rzędu Start utrzymywał się, mimo ostatniego miejsca w tabeli. Za trzecim razem uratowała go pandemia. Trzynaście ostatnich spotkań przed COVID-em to porażki m.in. 0:7, 0:6, 1:9, 0:13 i 1:13. Brakowało ludzi na mecz, brakowało sprzętu, brakowało wszystkiego. W tamtym okresie, gdy piłka zaczynała powoli wracać, paru staruszków odnalazło w sobie ikrę, żeby jeszcze raz za tą piłką poganiać. Ja właściwie wpadłem na gotowe, swoje zrobili m.in. Rafał Grabowski, Michał Durka, Jakub Kobalczyk, Sebastian Musiałowski, trener Jerzy Sapiński. Chciałem, by te nazwiska mocno wybrzmiały, bo to byli ludzie, którzy podnosili klub ze zgliszczy. Zebraliśmy się w trochę odświeżonym gronie i… nadal dostawaliśmy po dupie. Jesienią m.in. 0:12 od ŁKS-u III Łódź, 0:6 od Nowosolnej, 0:4 od Tuszyna. Szykowała się walka o spadek, z tą różnicą, że tym razem faktycznie byliśmy nad kreską, niewiele, ale nad kreską. 

No i potem nadeszła zima. Drugi lockdown. Zamknęliśmy się w tej naszej przeciekającej hali, zamknęliśmy się na Saharze i biegaliśmy. Targaliśmy sztangi. Grupa starych dziadów oraz ich dzieci (tak, grały w naszej drużynie dwa duety typu ojciec+syn!) zaiwaniała przez cztery długie miesiące. Po drodze pokazaliśmy nas światu – wygraliśmy np. w konkursie R-Gola, który docenił klimat naszej hali, odwiedzić chciała nas jedna, druga, trzecia telewizja, jeden, drugi, trzeci portal. Zaczęli się zgłaszać, na razie nieśmiało, pierwsi sponsorzy. Wiosną m.in. ograliśmy ŁKS III 2:1. Tam – młode talenty piłki, część już z kontraktami w ŁKS-ie, niektórzy obecnie stanowią o sile III-ligowych rezerw. My – chamy oderwane od blatów bałuckich knajp. Ale jakoś się udało. Utrzymaliśmy się z przewagą 15 punktów, najzdolniejszego z nas klub sprzedał do IV ligi, a mercato rozkręciło się na tyle, że wrócili nawet zawodnicy, którzy znali jeszcze Start z wyższych lig – jak Robert Hyży czy Marcin Olejniczak. Wybaczcie, że operuję na nazwiskach w Polsce pewnie znanych nieco mniej, ale w łódzkich realiach to tak, jakby do obecnej Legii wrócili jednocześnie Rybus z Fabiańskim. 

To naprawdę zaczynało hulać. Stroje zaprojektował dla nas i wykonał chyba najpopularniejszy łódzki przedstawiciel tej branży, czyli Gouda (poznaliśmy się z Goudą 12 lat temu, jego dziewczyna i moja późniejsza żona trenowały razem na Starcie, odwiedziliśmy je na obozie sportowym). Ufundował je Marcin Zdzieszyński, kolejny po Danielu człowiek z odznaką Zasłużonego dla Miasta Łodzi, który chciał jakoś pomóc nam, starym dziadom w A-klasie. Ja zrobiłem papiery UEFA C, przez jakiś czas trenowałem połączone roczniki 2008 i 2009. Na trening wpadł Żelek Żyżyński, bo też tutaj zaczynał, na trening obiecał wpaść Marcin Gortat, bo też tutaj zaczynał. Natomiast rozgłos zaczynał przeszkadzać na górze. 

Sponsorzy? Tak, mogą przyjść do mojego biura, zostawić darowiznę, jestem codziennie od 10 do 10.15, chyba że gdzieś wyjdę. Stroje? Herb jest monochromatyczny, więc musimy zaklejać. Dziennikarze? A po co się tu mają kręcić, domu nie mają? Juniorzy? Super, fajnie, że trenują, ale trzeba oszczędzać światło i ogrzewanie – więc przerwę zimową mają od 15 grudnia do 15 stycznia, a potem jeszcze przez cały luty. 

Nie wiem, szczerze, nie mam pojęcia, czym były motywowane te wszystkie działania. Coraz więcej ludzi na meczach. Coraz więcej chętnych bo bezinteresownej pomocy, również finansowej. A jednocześnie coraz większy gniew dyrektora Zielińskiego na tych, którzy próbowali cokolwiek do klubu przynieść. Ściągaliśmy potencjalnych najemców, choćby na boisko do siatkówki plażowej, potem na halę – nie, bo nie ma kto otworzyć i zamknąć drzwi, a światło kosztuje. Własnym sumptem wydaliśmy szaliki, żeby dokupić sprzętu, opłacić sobie zimowe sparingi. Dostaliśmy jasne polecenie, że dobrze byłoby jednak ten nasz przychód wpłacić do klubu w formie darowizny. Chcieliśmy wydać koszulki-cegiełki, takie jak nasze meczówki, oczywiście nie było na to zgody, mimo dziesiątek pytań w mediach społecznościowych. 

Co ciekawe – z dziesięć lat temu o Starcie pisał Dziennik Łódzki. I pisał tak: 

Za obecną sytuację w Starcie obarcza się jednak nie brak sponsorów a nieumiejętnie prowadzący sprawy klubu zarząd. Wypowiada się w nim Leszek Buczek, który finansował niektóre przedsięwzięcia w Starcie – Był sponsor dla piłkarskiej drużyny, został potraktowany odmownie. Bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Był sponsor dla siatkówki, ale uciekł, bo nie chce swojego wizerunku utożsamiać ze Startem – w lokalnej gazecie wtóruje mu były trener sekcji siatkówki Krzysztof Świątczak – Któryś z zarządów podjął decyzję o samofinansowaniu się poszczególnych sekcji. Młodzieżowych drużyn to może dotyczyć, bo finansują je rodzice, ale co z zespołami pierwszo czy drugoligowymi. Siatkówka nie dostała pieniędzy, więc spadła.

Dzień świstaka. 

Co ciekawe – piłkarsko wykręciliśmy porządny wynik, w 65 meczach w latach 2017-2020 Start uzyskał 28 punktów, my w te dwa sezony zrobiliśmy 50 punktów w 44 meczach (na boisku trochę więcej, jakieś walkowery się po drodze trafiły). Natomiast czuć było powoli spadek energii, związany z tym cyrkiem organizacyjnym. A to nieskoszona murawa na głównej płycie, a to ustępowanie boiska wystawie psów, a to zawieszenie zawodnika za “wtrącanie się w nieswoje sprawy” (tak, dwukrotnie chodziło o mnie, ubolewam). Wszyscy przeczuwali, co się stanie dalej. 

Ale jednak, nawet nas to trochę zaskoczyło. Dyrektor Zieliński latem postanowił “odmłodzić” drużynę – czyli wywalić jakieś osiem osób i połączyć seniorski zespół z juniorami. Oczywiście większość się zbuntowała wobec takich czystek, no i w efekcie juniorzy będą grali głównie swoim zespołem. Ostatnim zespołem w klubie. To bowiem był już ostatni juniorski zespół, który teraz będzie występował już w A-klasie. Juniorzy z rocznika 2008/09 zrezygnowali, gdy przez cały luty nie mogli przeprowadzić ani jednego treningu. My zostaliśmy wypieprzeni. Koszykówce zaczęto grozić… odcięciem ogrzewania. Na ten moment wydaje się, że Start zimą 2022/23, kiedyś wielosekcyjny gigant z licznymi drużynami w każdym sporcie zespołowym, teraz będzie dysponował jednym zespołem piłkarskim i dwoma, może trzema koszykarskimi – ale występującymi poza Startem, gdzie hala nie będzie mogła gościć oficjalnych spotkań. 

– Okej – uznaliśmy. – Trudno, zdarza się. Założymy od B-klasy swój klub, re-Start, albo coś w tym klimacie, i zaczniemy od B-klasy. 

ŁZPN? Na tak. Sponsorzy? Jasne. Ludzie do grania, trener? Oczywiście. Zwróciliśmy się z prośbą do dyrektora o podyktowanie nam cen wynajmu boiska, w końcu jedna drużyna złożona z kilkunastu osób raczej nie zryje jej na tyle, żeby nie udostępnić trawy do komercyjnego najmu. Odpowiedź? “Idźcie sobie wynająć ChKS, albo na ŁKS-ie”. Wykupienie tych pamiątkowych koszulek, w których i tak dyrektor zakazał nam grać? “Nie wolno sprzedawać tego, co ktoś nam podarował jako klubowi”. 

Jest mi… Kurczę, nawet nie wiem, jak to do końca nazwać. Wydaje mi się, że przez te równe dwa lata daliśmy Bałutom nadzieję na to, że na Starcie może nie czeka ich wielki mecz piłkarski, może nie czeka ich wielki festyn dla rodzin, ale jednak – spotka ich coś fajnego. To było widać i czuć, w mediach społecznościowych, na trybunach, wśród fanów, gdzie regularnie odwiedzali nas choćby wspomiany Żelek czy najlepszy spośród naszych wychowanków, Marcin Zając. Było tak jakoś… bałucko. Biednie, ale z biglem. Nie byliśmy łódzkim Coco Jambo, ani łódzkim KTS-em. Byliśmy łódzkim Startem, takim jak zawsze, może z nieco większym dystansem do siebie. 

Wydawało mi się, że krok po kroku to wszystko da się odbudować. Jeden rocznik w piłce, potem może jakieś zajęcia dla małolatów, gdzie sami będą wybierać pomiędzy siatkówką a koszykówką? W końcu to klub wielosekcyjny, który ma obiekty wielosekcyjne. Czemu nie spróbować zaadaptować części hali na park trampolin dla bałuckich dzieciaków? Nic na hura, ale ze wsparciem kibiców, którzy wręcz błagali nas, byśmy wzięli od nich pieniądze? Jeden kupił nam piłki, drugi stroje, trzeci chciał dorzucić do małych bramek i płotków. Z czasem przecież mogliby dorzucać do remontów, choćby i tych najdrobniejszych. 

Mam ten zaszczyt, że widziałem początki KTS-u z pozycji prezesa. Naprawdę wiele da się w piłce zdziałać, jeśli tylko masz odrobinę fantazji, trochę szczęścia, parę energicznych osób do pomocy. 

I co? I gówno. 

Nic mnie tak życia nie nauczyło, jak Start Łódź. Nie wiem tylko, czy bardziej w tym pierwszym okresie, gdy po treningach wypijałem pierwsze piwa, zaliczyłem przegraną bójkę z koszykarzem, który dokuczał mojej dziewczynie i strzeliłem gola Widzewowi (zdjąłem koszulkę, pod nią t-shirt ŁKS-u, żółta kartka za zdjęcie koszulki, żółta za prowokację, na szczęście chłopaki dowieźli w dziesiątkę remis 3:3). Czy teraz, gdy zobaczyłem, że sufitem wcale nie jest niebo. Sufitem jest dyrektor z dziada pradziada, dyrektor z nadania boga-słońca, dyrektor odwieczny i wieczny, który pozwala tylko patrzeć, jak arena działań w twoich najlepszych latach zamienia się w kupę gruzu. 

Bałuciorze – dzięki za te siedem czy dziesięć lat, które miałem zaszczyt spędzić w koszulce z naszym herbem. Wierzę, że jeszcze kiedyś ją założę. Może nawet nie na pogrzeb całego klubu. 

Komentarze

Comments 2 comments