Najgorętszy towar na rynku transferowym. Pewna historia, niski przebieg, ciągle na gwarancji

Erling Haaland
PressFocus Na zdjęciu: Erling Haaland

Zimowe okno transferowe 2022 otwarte! Jeszcze nie wszędzie, ale w wielu czołowych ligach 1 stycznia właśnie się rozpoczyna. Erling Haaland jest piłkarzem, o którego wkrótce bój stoczą największe kluby europejskie. Czy już zimą? Nie jest to pewne, ale spekulacje na ten temat pojawiają się od kilku miesięcy. Borussia Dortmund będzie miała problem, aby zatrzymać swojego asa. Dlaczego pół Europy chce Norwega i skąd się wziął jego fenomen? Wyjaśniamy w poniższym tekście.

  • Erling Haaland zapowiadał się na niezłego piłkarza ręcznego i lekkoatletę, lecz postanowił pójść w ślady ojca
  • Norweg robi błyskawiczną karierę i w wieku 21 lat stał się jednym z dwóch najbardziej pożądanych piłkarzy na świecie
  • W kolejce po usługi Haalanda ustawiają się największe kluby na świecie na czele z Realem Madryt, Manchesterem City i Bayernem Monachium
  • Wartość całego transferu i nowego kontraktu Erlinga Haalanda jest szacowana na około 400 milionów euro
  • Szykuje się jeden z największych transferów w historii futbolu

Norwegia, w niej wszystko się zaczęło

Pomimo tego, że na świat Erling Haaland przyszedł w Leeds kariera młodego piłkarza zaczęła się wraz z powrotem jego rodziców do rodzinnego miasteczka Bryne. Przyszła gwiazda światowego futbolu pierwszy raz na piłkarskich kartach historii zapisała się mając zaledwie pięć lat. Wtedy to początek miała jego przygoda z norweskim klubem Bryne FK. W swoim pierwszym meczu z rok starszymi kolegami strzelił dwa gole i powoli zaczął piąć się w klubowej hierarchii zespołów młodzieżowych. W międzyczasie wszechstronnie utalentowany młodzieniec zdecydował, że swoje życie poświęci piłce nożnej. Odpuścił lekką atletykę, a także piłkę ręczną w których to odnosił niemałe sukcesy. Od najmłodszych lat widać było, że pomimo mierzenia się ze sławą ojca ma za cel zostać piłkarzem i mu dorównać – jak nie prześcignąć. Postępy jakie czynił z roku na rok zaowocowały podpisaniem profesjonalnego kontraktu już w wieku 15 lat! W barwach II-ligowego Bryne zadebiutował w maju 2016 roku. Zaplecza ligi norweskiej pod względem liczb nie zawojował, ale w rezerwach zanotował 18 trafień w 14 spotkaniach czym zwrócił uwagę większych klubów. Wtedy to pojechał na testy do Hoffenheim, a później kupić chciała go Kopenhaga. Młodzieńcem zainteresował się jednak ktoś jeszcze. Był to Ole Gunnar Solskjaer – ówczesny trener Molde FK.

Przenosiny pod skrzydła legendy Manchesteru United i reprezentacji Norwegii były strzałem w dziesiątkę. To wtedy zaliczył spektakularny rozwój fizyczny – urósł aż o osiem centymetrów i zadbał o swoją sylwetkę. Swoje zrobiły zalecone przez trenera częstsze wizyty na siłowni. Chemia jaka między nimi była stanowiła o sile i jakości ich współpracy. Dzięki klubowemu zapleczu rozwiązał trapiące go problemy zdrowotne i w drugi sezon w nowym klubie wchodził zupełnie odmieniony. Do szerszej publiczności przebił się 1 lipca 2018 roku. W występie przeciwko SK Brann w 17 minut strzelił cztery gole. Przez dwa lata pobytu w Molde Haland zgarnął statuetkę najlepszego klubowego strzelca, a także Eliteserien Przełom Roku. W 2019 roku stało się jasne, że w celu dalszego rozwoju trzeba postawić następny krok do przodu. Tu znów wybór był starannie przemyślany. Choć zabiegały o niego coraz to większe marki (w tym chociażby Leeds w którym sukcesy święcił jego ojciec) ten zdecydował się na przeprowadzkę do Austrii i dołączenie do Salzburga. Drużyna Red Bulla stwarzała wręcz idealne warunki do tego, by stać się trampoliną do wielkiej kariery Norwega.

Salzburg oknem wystawowym do wielkiego futbolu

Przez Red Bull Salzburg przewinęło się grono znakomitych obecnie piłkarzy. Mówimy tu przecież o takich nazwiskach jak Dayot Upamecano, Takumi Minamino, Patson Daka czy Dominik Szoboszlai. Właściciele Red Bulla dysponując siatką klubów rozsianą po całym świecie w Salzburgu stworzyli swoiste centrum szkoleniowe, które nie bez powodu nazywane jest najlepszą akademią w Europie. Jeden z najnowocześniejszych ośrodków treningowych połączony z innowacyjnymi metodami szkolenia i prowadzenia młodych piłkarzy skazuje ich wręcz na sukces.

Na podbój Austrii nie trzeba było długo czekać. Puchar, liga? To nie miało znaczenia, aplikować bramki rywalom na zawołanie. Pięć milionów euro jakie wyłożył na stół klub ze stajni Red Bulla wydawało się wręcz promocją. W tym czasie błyszczał również w drużynach U-19 i U-20 Norwegii. Przekonali się o tym także polscy kibice. Podczas młodzieżowego Euro w 2019 roku rozgrywanego w naszym kraju Erling Haaland strzelił w meczu z Hondurasem dziewięć goli! Do końca roku zdążył zadebiutować jeszcze w dorosłej kadrze narodowej i Lidze Mistrzów. Na przywitanie z tą drugą zanotował hat-tricka. Co więcej, wtedy to strzelał bramki w pięciu meczach fazy grupowej z rzędu. Pod koniec roku stało się jasne, że Salzburg jest już dla niego po prostu za mały. Po rocznym pobycie w Austrii podczas którego rozegrał 27 meczów, w których zanotował 29 bramek trzeba było wykonać kolejny krok do przodu.

Spokojnie, na gigantów przyjdzie jeszcze czas

Wtedy to na poważnie rozgorzały dyskusje na temat następnego klubu Norwega. Wydawało się, że skoro chcą go wielcy: Juve, Real Madryt, FC Barcelona czy Manchester United napastnik ulegnie pokusie. Ten znów wykazał się jednak rozsądkiem. Zamiast drużyny ze ścisłego światowego topu wybrał Borussię Dortmund. Ruch dla wielu niezrozumiały, ale sam Haland jak i jego otoczenie dobrze wiedzieli, że jest to najlepszy możliwy krok. To w końcu z BVB na szerokie wody wypłynęli tacy napastnicy jak Robert Lewandowski czy Pierre-Emerick Aubameyang. W tym czasie podpisał także kontrakt z Pumą, czyli sponsorem technicznym Borussi, co też pewnie nie było przypadkowe. Cała transakcja zamknęła się w kwocie 45 milionów euro. 

Zachwycił już w debiucie. W meczu z Augsburgiem strzelił hat-tricka i to w 23 minuty. Z ligą niemiecką przywitał się łącznie dziewięcioma rekordami, które zliczyła oficjalna strona Bundesligi. Potem przyszła 1/8 Ligi Mistrzów w której to jego drużyna odpadła z PSG, ale Haaland zaliczył dublet już w pierwszym meczu. Ostatecznie sezon 19/20 zakończył z 13 trafieniami w 18 meczach dla Borussi. W 2020 roku zdążył jeszcze zgarnąć nagrodę “Golden Boy” dla najlepszego piłkarza do 21 roku życia.

Cały sezon 20/21 był dla niego niesamowicie udany. Pokazał w nim, że wciąż znakomicie się rozwija i nie jest już tylko egzekutorem. Dzięki pracy pod skrzydłami Luciena Favre’a stał się napastnikiem bardziej wszechstronnym, ale z całą pewnością ma jeszcze pod tym względem ogromne rezerwy. Jego osiągnięcia w ubiegłym sezonie były wręcz niebywałe. 41 bramek w 41 meczach, do których to dorzucił 12 asyst. Kosmos, a przecież te liczby pozwoliły mu zostać królem strzelców w Lidze Mistrzów i Lidze Narodów. Do trofeów indywidualnych dorzucił jeszcze Puchar Niemiec. Zabrakło jedynie sukcesu na wielkim turnieju reprezentacją. Na Euro 2020 Norwegowie jednak się nie zakwalifikowali.

W tym sezonie jego nieobecność spowodowana kontuzją odbiła się zarówno na kadrze Norwegii jak i drużynie BVB. Norwegowie nie poradzili sobie w decydującej fazie eliminacji na przyszłoroczny mundial w Katarze, na którym to będzie jednym z głównych nieobecnych. Klub kompletnie zawalił rozgrywki grupowe Ligi Mistrzów przez co na wiosnę zagra jedynie w Lidze Europy. On sam pomimo kontuzji zdążył w tym sezonie w 16 spotkaniach zanotować 19 trafień. Po dwóch latach możemy z całą pewnością stwierdzić, że Borussia Dortmund jest już dla niego klubem zbyt małego kalibru.

Teraźniejszość = Borussia; Przyszłość = ?

Norweg jeszcze zanim dwa lata temu przeniósł się do Dortmundu był łączony z czołówką europejskich klubów. Nie dziwi więc fakt, że plotki na temat jego transferu nasilają się wraz ze zbliżającym się otwarciem zimowego okienka transferowego. Klub utrzymuje jednak, że Haaland nigdzie się w zimie nie rusza, a według Mino Raioli wręcz pewne jest, że nastąpi to w lecie, kiedy aktywowana zostanie klauzula jego odejścia w wysokości “zaledwie” 75 milionów euro. Jest zawodnikiem do bólu kompletnym, nie ma obecnie napastnika, który jest tak wszechstronny jak on. Łączy wszystkie pożądane u klasycznej dziewiątki cechy. Stąd nie dziwi, że każdy znaczący klub chciałby mieć go w swoich szeregach, bowiem rynek nie oferuje drugiego takiego z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę. Niemal każdemu zawodnikowi czegoś brakuje, Haalandowi nie. Można powiedzieć, że sprawdzi się wszędzie.

Z grona potencjalnie zainteresowanych gigantów na starcie należałoby wykluczyć wszystkie kluby Serie A, gdyż kierunek ten dla Norwega wydaje się być najmniej interesujący. Jeśli chodzi o zespoły angielskie odrzucić wypadałoby zarówno Chelsea jak i Manchester United. W ostatnim okienku jedni i drudzy wzmocnili swoje linie ataku odpowiednio Romelu Lukaku i Cristiano Ronaldo, więc transfer tak głośnego nazwiska na te samą pozycję zwyczajnie nie miałby sensu. Nie oznacza to jednak, że Norweg nie pójdzie w ślady swojego ojca i nie trafi do Premier League. W Liverpoolu zdecydowanie najsłabszym ogniwem z ofensywnego tercetu pozostaje Roberto Firmino. Kto wie czy w perspektywie następnego sezonu Juergen Klopp nie będzie chciał dodać odrobiny świeżości do ofensywnej gry The Reds sprowadzając na Anfield napastnika kompletnego. Dziewiątki poszukuje również Manchester City. Po fiasko sprowadzenia z Tottenhamu Harry’ego Kane’a Pep Guardiola może zwrócić się w kierunku zawodnika BVB. Zwłaszcza, że w obecnym sezonie kapitan reprezentacji Anglii nie znajduje się w najlepszej formie. W Barcelonie prawdopodobnie skończy się wyłącznie na chęciach, bowiem budżet nie pozwoli na sprowadzenie supergwiazdy na Camp Nou. Nieco inaczej sytuacja może wyglądać w Madrycie. Królewskim mocniej zależy jednak na sprowadzeniu Kyliana Mbappe z PSG. Z tego względu Haaland byłby bardziej opcją rezerwową i nie wydaje się, żeby istniał choć cień szansy na wspólną grę obu zawodników. W tej sytuacji zamieszany we wszystko byłby klub z Paryża, który w przypadku odejścia Francuza w osobie Norwega upatrywałby dla niego idealnego następstwa.

No dobrze, ale z jakimi żądaniami powinien liczyć się nowy pracodawca Norwega? Poza kwotą transferu, bonusem za podpis i bonusem dla agenta, czyli Mino Raioli jest jeszcze kwestia zarobków. Według niemieckich mediów Borussia oferowała 16 milionów euro w przypadku, gdyby ten zdecydował się pozostać na Signal Iduna Park. Inne kluby proponowały mu zarobki rzędu 24 milionów, jednak sam zawodnik w nowym klubie chce ponoć inkasować zawrotne 35 milionów za sezon gry. Hiszpański dziennik “Marca” przewiduje, że cała transakcja przenosin Norwega będzie opiewała na kwotę rzędu 400 milionów euro. Niezależnie od tego, który klub sięgnie tak głęboko do kieszeni, by Haalanda do siebie sprowadzić, będzie to bez wątpienia jeden z największych transferów w historii futbolu.

Komentarze