Długo o niego walczyli
Widzew dokonał tej zimy kilku solidnych wzmocnień, a jednym z piłkarzy, o których łodzianie najdłużej zabiegali był Emil Kornvig. Duński pomocnik norweskiego Brann Bergen szybko przekonał się do nowego projektu, choć wcale nie było łatwo „wyciągnąc” go od norweskiego pracodawcy.
Ostatecznie jednak ta sztuka się udała, a Kornvig związał się z Widzewem kontraktem do lata 2029 roku. W meczu z Wisłą Płock nowy pomocnik strzelił swoją pierwszą bramkę dla łodzian, wydatnie pomagając drużynie w wygranej 2:0.
W piątek łodzian czeka kolejny ważny mecz, tym razem u siebie z Cracovią. A przed tym spotkaniem goal.pl rozmawiał dłużej z Kornvigiem, który opowiedział nam o kulisach przyjścia do Widzewa, o tym co jest dla nnie
Piotr Koźmiński, goal.pl: Kibice Widzewa liczą na to, że mecz z Wisłą Płock był momentem przełomowym. Jak patrzysz na to zwycięstwo? Jest w was poczucie, że teraz będzie już łatwiej? Bo graliście pod bardzo dużą presją…
Emil Kornvig: To prawda. Ta presja była duża. Wiedzieliśmy, że po dwóch porażkach z rzędu nie ma lepszej odpowiedzi na oczekiwania naszych kibiców, ale i na sytuację w tabeli niż zdobycie trzech punktów.
Wiadomo, że nie gra się łatwo w takiej sytuacji, ale nasz zespół ma naprawdę dużo jakości, więc chodziło o to, aby ją w końcu w pełni pokazać. W tym meczu to się udało i oczywiście też mam nadzieję, że to będzie początek czegoś bardzo pozytywnego.
Powiem tak: widać też było w kolejnych dniach po tym meczu już nieco inną atmosferę w zespole. Inny “vibe”. Na pewno trochę nam ulżyło, choć zdajemy sobie sprawę, że to nie wystarczy, że potrzebujemy kolejnych zwycięstw, aby iść w górę tabeli.
Innym było ciężej
Widzew jest obecnie w takiej sytuacji, że… nie każdy w lidze życzy mu dobrze. Bogatych się nie lubi, zachowując wszelkie proporcje, tak jak we Francji wielu nie lubi PSG. Ma to wpływ na piłkarzy? W sensie, że czują dodatkową presję?
Ja tu jestem nowy, więc na pewno nie wszystko jeszcze poznałem, “wchłonąłem”. Ale odnosząc się tylko i wyłącznie do presji związanej z naszymi wynikami, to na pewno kolegom, którzy są tu od początku sezonu jest ciężej.
Bo dla mnie te pierwsze dwie porażki były bolesne, ale to były po prostu dwa przegrane mecze. Natomiast koledzy, którzy są od początku rozgrywek dżwigali większy ciężar, w tym sensie, że tych przegranych meczów było więcej. Myślę, więc że na pewno było im trudniej z punktu widzenia presji. Dlatego ta wygrana w ostatnim spotkaniu była taka potrzebna.
A wracając do twojej decyzji o przyjściu do Widzewa. Kto ci jako pierwszy opowiedział o tym projekcie? I kiedy to było? Bo bądźmy uczciwi: przejście z klubu grającego w Lidze Europy do drużyny polskiej ekstraklasy broniącej się przed spadkiem na pierwszy rzut oka nie wygląda logicznie…
O Widzewie usłyszał w… Londynie
Pamiętam, że po raz pierwszy o Widzewie usłyszałem w Londynie.
W Londynie?!
Tak, byłem tam z moją dziewczyną w grudniu, na świątecznych wakacjach. I wtedy zadzwonił mój agent, informując, że jest mocne zainteresowanie Widzewa. Nie będę w tym momencie oszukiwał, że od razu wiedziałem o co chodzi w tym projekcie. Ale zacząłem się interesować Widzewem.
Czytałem coraz więcej w internecie i szybko się zorientowałem co i jak. Że to bardzo zasłużony klub, ale też taki, który przez wiele ostatnich lat miał duże problemy. Oczywiście, w trakcie kolejnych rozmów przedstawiono mi projekt, ambicje nowego Widzewa. Że cel jest taki, aby stać się najlepszym klubem w Polsce. I powiem tak: ja w to wierzę. Patrząc na środki zaangażowane w budowaniu klubu, pieniądze przeznaczone na transfery… Uważam, że Widzew będzie czołowym polskim klubem. Albo najlepszym!
No właśnie. To porozmawiajmy o tych ambicjach. Masz kontrakt do lata 2029 roku. Przyjmijmy, że wtedy odchodzisz. To co byś uznał za swój sukces z Widzewem? Co by się musiało stać w ciągu tych trzech lat, abyś powiedział sobie: “Udało nam się”?
Oczywiście, ten sezon jest trudny, w jakimś sensie przejściowy. Teraz więc minimum to zapewnienie sobie pozostania w Ekstraklasie. Natomiast co do przyszłości. Za sukces uznam zdobycie ligowego medalu i występy w pucharach. Czyli, to czego częścią stałem się w Brann Bergen. Tam sytuacja była nieco podobna.
Był awans z drugiej ligi w 2022 roku, a potem na przykład wicemistrzostwo Norwegii, czy gra w Lidze Europy. Żebym pobyt w Widzewie uznał za udany, to musimy zagrać w pucharach. Wiadomo, że najlepiej Liga Mistrzów, ale Ligą Europy, czy Ligą Konferencji też nie pogardzę.
Kluczem jest dziewczyna
A co było tajemnicą twojego sukcesu w Brann Bergen? Trafiłeś tam z Włoch, ale ligi włoskiej nie podbiłeś, choć trochę meczów na zapleczu Serie A zagrałeś…
Wychodzę z założenia, że aby człowiek był szczęśliwy na boisku, to musi być też szczęśliwy poza nim. Na pewno ogromne znaczenie miało dla mnie to, że w Bergen była ze mną moja dziewczyna. Pracowała tam, prowadziliśmy takie szczęśliwe, codzienne życie.
Poza tym to miejsce przypominało mi Kopenhagę, a więc miasto, z którym najwięcej mnie łączy. Naprawdę super się tam czuliśmy. Oczywiście, do tego musiało dojść zaufanie sztabu trenerskiego, kibiców… W Bergen po prostu wszystko ułożyło się w piękną całość.
Widzę zatem, że niezwykle ważne, również dla twojej formy na boisku, jest to, gdzie jest twoja dziewczyna. A zatem zadam bardzo ważne pytanie: gdzie jest teraz?
Ze mną w Łodzi.
To świetna wiadomość, bo oznacza, że fani Widzewa mogą być spokojni o twoją formę.
Właśnie “ogarnęliśmy” dom, czujemy się w Łodzi coraz lepiej. I tak, to dla mnie niezwykle ważne, że jesteśmy razem. Wtedy czuję się zdecydowanie najlepiej i to się przekłada na moją formę.
Pamiętam, że kibice Brann Bergen byli rozczarowani twoim odejściem, nie chcieli tego. A działacze? Walczyli o ciebie, czy po prostu uznali, że cena jaką zaproponował Widzew jest na tyle dobra, że trzeba sprzedawać…?
Jeśli jesteś jednym z najlepszych piłkarzy klubu, to naturalne jest, że twojego odejścia nie chcą ani kibice, ani działacze. I oczywiście, były próby zatrzymania mnie. Ale patrząc na całokształt uznałem, że po prostu chcę odejść do Widzewa, być częścią tego projektu.
Nie mam już 21 lat, niedługo skończę 26. To też ma wpływ na moje decyzje. I tak ja kiedyś chciałem dołączyć do Bergen i budować jego najnowszą historię, tak teraz chcę to robić z Widzewem. Uznałem, że to dobry czas na taki krok.
„Tego nigdy nie zapomnę”
A jaki moment w Brann Bergen uznasz za najbardziej szczególny? Może twój ostatni mecz, w Lidze Europy, 3:3 z FC Midtjylland, gdy strzeliłeś gola z karnego…
Tak, na pewno ten wieczór zapamiętam na zawsze. Stadion był pełen, fajna pogoda. To było niesamowite spotkanie. Z jednej strony kibice Brann czuli, że odchodzę, ale z drugiej nie było jeszcze oficjalnego potwierdzenia. A zachowali się wobec mnie super. Okazali mi mnóstwo sympatii. Tego im nigdy nie zapomnę.
Kiedy pytałem o ciebie byłego gracza Brann Bergen, to powiedział, że stylem gry przypominasz Stevena Gerrarda. Zgadzasz się z tym?
Chyba wszyscy skandynawscy dziennikarze, którzy mieli ze mną do czynienia, używali tego porównania. Jestem więc przyzwyczajony.
A Gerrard był twoim idolem?
Nie, nie, nigdy! Tym bardziej, że nigdy nie kibicowałem Liverpoolowi. Ale jako punkt odniesienia… To bardzo szanuję. Jeśli ktoś porównuje cię do takiego gracza, to trudno, żeby nie było ci miło.
Na pewno gdyby porównywano mnie do Messiego, to bym to uznał za całkowicie pozbawione sensu. Z każdego względu. Do Gerrarda na pewno mi boiskowo bliżej, zachowując oczywiście wszelkie proporcje.
To kto był idolem?
Ronaldinho i… właśnie Messi. To oni sprawili, że zakochałem się w piłce. Zwłaszcza ten pierwszy, choć nie nacieszyłem się zbyt długo jego grą jako kibic.
W szatni Citadeli nie mogli się nadziwić
Wracając do twoich zalet. Jedną z nich jest, przepraszam za określenie, końskie zdrowie. Bo mówią, że biegasz jak koń…
To prawda. To na pewno jedna z cech, która mnie wyróżnia.
A pamiętasz jakieś dane w tym zakresie? Bo teraz futbol jest pełen liczb. Jakiś mecz, w którym miałeś pod tym względem nienaturalne osiągi?
Danych nie pamiętam, ale to co mi utkwiło w pamięci to mecz Pucharu Włoch. Nie odgrywałem wtedy żadnej roli w zespole, przez szereg meczów nie znajdowałem uznania w oczach trenera, nie podnosząc się z ławki, a tu nagle przyszło mi zagrać w Pucharze Włoch. Tam doszło do dogrywki, grałem pełne 120 minut.
Przebiegłem wówczas jakiś niesamowity dystans. W teorii, bez rytmu meczowego, powinienem być słabszy od kolegów, ale tak nie było. Pamiętam, że już w szatni analizowano te dane. I opinie były tego typu: “WTF, jak to możliwe, że on tyle przebiegł?” (chodzi o mecz Citadela – Cremonese 1:2, w październiku 2023 roku – przyp. PK).
To naturalny dar, czy trenowałeś na przykład inne sporty za młodu?
Raczej naturalny dar. Nie, innych sportów nie trenowałem, skupiałem się na piłce. Natomiast myślę, że wpływ na to ma też moja mentalność. Sam staram się przesuwać granice, wymagać od siebie więcej i więcej. To się przekłada na boiskowe zachowania. Te biegowe również.
Wracając do teraźniejszości. Przyszedłeś do Polski w środku zimy. Jak oceniasz stan muraw, na których grałeś?
W Skandynawii, zwłaszcza w Danii, widziałem bardzo różne murawy, złe również. Te dwie ostatnie, na których graliśmy w Polsce były całkiem niezłe jak na warunki panujące dookoła. Widać było nawet dużo trawy. Mówiąc wprost: grywałem w gorszych warunkach.
Reprezentacja Danii? Może kiedyś…
A warunki treningowe Widzewa? To chyba największa pięta achillesowa klubu, choć wiadomo, że budowany jest ośrodek treningowy…
Często trenujemy na sztucznej murawie. Z jednej strony jestem do tego przyzwyczajony, bo znam to ze Skandynawii, ale z drugiej wiadomo, że super byłoby wrócić na naturalną nawierzchnię, gdy pogoda się poprawi, a mrozy odpuszczą. A co do budowy. Oczywiście, znam plany i trzymam kciuki, aby ta infrastruktura jak najszybciej powstała.
To jeszcze na koniec reprezentacja Danii… Marzenie czy cel?
Wiadomo, że byłaby to piękna sprawa, ale teraz o tym nie myślę. Na mojej pozycji w kadrze gra wielu świetnych piłkarzy. Może kiedyś… Tu i teraz skupiam się przede wszystkim na Widzewie.








