Zwolnili Ojrzyńskiego, bo miał pecha. Co by było, gdyby wszyscy tak budowali klub

Leszek Ojrzyński
Leszek Ojrzyński PressFocus

Gdyby Stali nie przełożono meczu z Rakowem Częstochowa, a Leszek Ojrzyński wygrał to spotkanie – bo czemu nie, skoro pokonał przy Łazienkowskiej Legię – klub z Mielca w tabeli byłby nawet przed Cracovią. Nikomu wtedy nie przyszłoby do głowy zwalnianie trenera. Ale absurdy związane z pokazaniem drzwi Ojrzyńskiemu tu się dopiero zaczynają.

Jest jedno pytanie, które lubię powtarzać rozmawiając z osobami, których działalność w naszym futbolu oceniam wysoko: co jest największym problemem polskiej piłki. Najczęściej słyszę, że “ludzie”. Nie czujący piłki, nie znający się na niej, a jednocześnie przekonani o swojej nieomylności, względnie zatrudniający w rolach doradców innych przekonanych o nieomylności. Prezes Stali Mielec Jacek Klimek jest wykształcony, doświadczony, nawet dwukrotnie wywalczył tytuł działacza roku w plebiscycie mieleckiego tygodnika regionalnego, ale po zwolnieniu Leszka Ojrzyńskiego i tłumaczeniu tej decyzji w rozmowie z Kanałem Sportowym idealnie wpisuje się w profil, o którym mowa wyżej.

Zmiana mentalności daje efekty

W ostatnich latach widzimy, jak w kwestii żonglowania trenerami zmienia się mentalność prezesów klubów Ekstraklasy. Coraz mniej jest Bogusławów Cupiałów i Józefów Wojciechowskich, a będący kiedyś jednym z nich Janusz Filipiak ma obecnie w klubie drugiego najdłużej pracującego w lidze szkoleniowca. W dodatku wbrew wynikom i złożonej dymisji samego Michała Probierza. Trend widać też na liczbach. Pięć lat temu doszło do dwunastu zmian trenerów w sezonie. Później kolejno do czternastu, dziesięciu i ośmiu. Pożegnanie Ojrzyńskiego i Radosława Sobolewskiego jednego dnia sprawiło, że w obecnych rozgrywkach mamy już osiem zmian, choć można się spodziewać, że gdyby nie ubiegłotygodniowa deklaracja trenera Wisły Płock, ten wciąż by tam pracował.

Trenera zmieniła w czasie sezonu Legia, a Dariusz Mioduski przyznał później, że Aleksandarowi Vukoviciowi podziękował za późno. Zostawiając z boku Legię i dość specyficzną ścieżkę, jaką do tej pory wybierano jej szkoleniowców, widzimy, kto jest aktualnie za jej plecami i kiedy zatrudniał szkoleniowców. Druga Pogoń daje w spokoju pracować Koscie Runjaiciowi od listopada 2017, Marek Papszun za kilka dni będzie świętował swoje pięciolecie w Rakowie, Waldemar Fornalik przygodę z Piastem rozpoczął we wrześniu 2017, a w piątej obecnie Lechii Piotra Stokowca zatrudniono na początku 2018 roku. Z wyjątkiem Papszuna, każdy z nich ma za sobą kryzys w aktualnym miejscu pracy, ale wiele lat spokoju, jakie dostali od swoich szefów przełożyło się na miejsce w czołowej piątce Ekstraklasy.

Odrzucono krótkowzroczność

Obecność Fornalika w powyższej wyliczance jest nagrodą dla Piasta za zachowanie chłodnej głowy i odrzucenie krótkowzrocznego spojrzenia, jakie dziś zarzucam Jackowi Klimkowi. Gliwiczanie, zespół z nieporównywalnie wyższym od Stali Mielec potencjałem i apetytami (które zostały wyostrzone po wywalczeniu dwóch medali w dwóch ostatnich sezonach) po ośmiu kolejkach miał na koncie dwa punkty, ale mało kto mówił w Gliwicach o kryzysie. Piast akurat cudem zremisował z Wisłą Płock, ratując punkt w ostatniej akcji meczu. Wynik 2:2 był jednak pechowy, ale dla gliwiczan, którzy swoich rywali tamtego dnia miażdżyli, dwukrotnie obijali słupek lub poprzeczkę (co zresztą na początku sezonu prześladowało Piasta niemal w każdym spotkaniu). Podobnie wyglądała porażka z Cracovią (0:1), gdy Pasom wystarczyła właściwie jedna akcja, by wygrać, podczas gdy piłkarsko ekipa Fornalika była o dwie-trzy klasy lepsza. Gdyby było inaczej, w Gliwicach prawdopodobnie doszłoby do zmiany trenera, jednak uznano, że nie ma takiego, który zagwarantowałby równie efektowną grę, co Fornalik, a skoro gramy efektownie, to wyniki muszą przyjść. To czysta statystyka, która się potwierdziła, bo od momentu przełamania Piast jest jedynym zespołem punktującym w Polsce na poziomie odsadzającej ligę o dwie długości Legii.

Wynik ponad stan

Jacek Klimek zwalniając Leszka Ojrzyńskiego powiedział, że powód jest bardzo prosty – brak wyników. Gdy Ojrzyński przejmował Stal, ta miała na koncie pięć punktów w dziewięciu meczach (1-2-6) i bilans bramek 8:20. Od momentu zmiany szkoleniowca, mielczanie zdobyli 15 oczek (3-6-5) przy bilansie bramek 16:19. Przekładając to na potencjał, jakim dysponował Ojrzyński, robił wynik ponad stan. Nawet Podbeskidzie, z którym miał się bić o utrzymanie, ma w składzie drugiego najlepszego strzelca Ekstraklasy (Kamil Biliński strzelił 10 goli, dokładnie tyle samo, co przymierzany przez niektórych do reprezentacji Jakub Świerczok, mniej jedynie od Tomasa Pekharta). Sądząc po wypowiedziach Klimka, w Mielcu liczono, że sam Ojrzyński wyjdzie na boisko i wbije piłkę do siatki. Prezes Stali mówi, że były już trener zdobył siedem punktów w ostatnich dziewięciu meczach, nie zwracając uwagi, że w kilku z nich Ojrzyński nie mógł wykonać lepszej pracy. A zespół nie punktował wbrew trenerowi, nie przez niego. Na konto szkoleniowca spadła więc porażka z Piastem, mimo gry układającej się pod wysokie zwycięstwo Stali (jaką winę ponosi Ojrzyński, który ustawieniem drużyny i planem na mecz doprowadza do szeregu sytuacji, których później nie wykorzystują piłkarze?). Albo przegrana z Lechią Gdańsk. Może gdyby zimą Klimek przekonał do gry w Mielcu choć jednego solidnego napastnika o porównywalnej klasie do Bilińskiego, Stal dziś miałaby dwa punkty więcej i nie zamykała tabeli?

Dziś w Mielcu mówi się o konieczności dania impulsu drużynie, u której nie było widać jego braku, a deficyty stanowiła przede wszystkim piłkarska jakość. Oglądając w wielu meczach Stal można było dostrzec bardzo dobry plan meczowy, który rujnowany był przez indywidualne błędy – przepraszam za sformułowanie – zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Dlatego Leszka Ojrzyńskiego wymieniono na Włodzimierza Gąsiora. Jacek Klimek postawił na model budowania zespołu przez szczęście, czego nawet nie kryje. Nie słyszymy z jego ust, że nowy trener to doskonały fachowiec, który preferuje taktykę skrojoną pod aktualny skład Stali, albo o nadzwyczajnych umiejętnościach motywacyjnych, które przy postawieniu pod ścianą są bardziej wartościowe od czystopiłkarskich elementów, padło natomiast, że “może będzie miał więcej szczęścia”. Gdyby Piast Gliwice po ośmiu kolejkach miał zastrzeżenia do Fornalika, też usiałby odwoływać się do szczęścia. A dziś patrzyłby pewnie na Ekstraklasę z drugiej połowy tabeli.

Inna perspektywa

Oczywiście zwolnienie Leszka Ojrzyńskiego może mieć nieco inne fundamenty, niż te, o których mówi Klimek. Pokątnie mówiło się, że nie jest on ulubieńcem Tomasza Poręby, europosła, który w przeszłości do Stali sprowadził kilku sponsorów i pozwolił rozwinąć się klubowi. Poza tym trener został wskazany jeszcze przez poprzedniego prezesa, a to zawsze daje potencjał do nieporozumień. Ojrzyński też nie jest typem człowieka chowającego własne zdanie w zakamarkach swojej głowy. W wywiadzie dla Goal.pl mówił swego czasu tak: “Przychodząc do Korony powiedziałem, że w szatni musi być klimatyzacja, to robili mi to pół roku. Byłem wrogiem, że kur…, wymaga nie wiadomo, czego, a prawda była taka, że jak wyszło słońce, to nie dało się tam wytrzymać. W Górniku za bramkami nie było łapaczy i musieli mi je robić na szybkości. W Podbeskidziu chłopaki sami sobie robili pranie, dopóki nie powiedziałem, że musi być pralnia. W każdym klubie zostawiałem coś po sobie, ale co się musiałem natrudzić, to moje. Szefowie patrzyli na mnie z byka, bo wcześniej trenerzy niczego nie wymagali, a przyszedł Ojrzyński i wymyśla. Brakuje doszkolenia prezesów, bo wielu z nich nie wie, co powinno być w standardzie”.

Gdyby jednak o zwolnieniu trenera miały decydować personalne uwagi do niego, byłoby to dziwne. Zwłaszcza, że Klimek twierdzi, iż wystarczyło, by ten nie był ostatni w tabeli, a temat szkoleniowca w ogóle nie byłby dyskutowany. Finał jest taki, że do wyliczanki z poprzedniego akapitu Leszek Ojrzyński śmiało może dopisać Mielec.

Komentarze