Olkiewicz w środę #8 Stadion niedoścignionych marzeń

Nowy stadion ŁKS Łódź
PressFocus Na zdjęciu: Nowy stadion ŁKS Łódź

Według niektórych badań naukowych, najdalsze zakamarki pamięci, wspomnienia z najwcześniejszego okresu życia, to efekt ich regularnego odświeżania. Pamiętasz dokładnie, co robiłeś jako 4-latek dlatego, że pielęgnowałeś to wspomnienie jako 14-latek i 24-latek, aktualizując pamięć i utrwalając obrazy z przeszłości. Druga teoria do której dotarłem, jest trochę bardziej romantyczna, choć też oparta o biologię. Według niej wspomnienia, z którymi nie wiążą się żadne emocje, są magazynowane w innej części mózgu, niż te silnie zabarwione radością, lękiem czy ekscytacją. Wynik jest taki, że radosne, smutne, albo przerażające sceny pamiętamy dłużej i lepiej, niż te neutralne, które z czasem nadpisujemy kolejnymi setkami obrazów, dźwięków i zapachów.

Długo zastanawiałem się, czy mam jakieś wspomnienie sprzed 29 września 1994 roku. Poza jakimiś totalnie ogólnymi, jak zabawa w Batmana w przedszkolu… Nie mam. Żadnego wyraźnego obiektu, żadnego zdarzenia, żadnej sceny konkretnie ulokowanej w czasie, miejscu, z możliwością odtworzenia konkretnych obrazów. Dokładną datę tego pierwszego zapamiętanego dnia też zresztą ustaliłem dużo później, z pomocą nieocenionego 90minut.pl. Wcześniej ten wieczór majaczył mi w pamięci tylko jako zbiór scen.

Pierwsza scena, czyli gigantyczny obiekt. Ja, wówczas najmniejszy człowiek świata, tata, wprawdzie spory, ale jednak niknący w tłumie. Przed nami bryła, której jeszcze nigdy nie widziałem. W dzisiejszym świecie pewnie odtworzenie takiego wrażenia dla dziecka nie byłoby możliwe – od najmłodszych lat osaczają nas wieżowce, wielkie galerie handlowe czy kina. Ale wówczas? Mój świat rozpościerał się pomiędzy niskimi blokami w sercu Bałut oraz przedszkolem oddalonym o kilkaset metrów. Spora była szkoła, w której uczyła moja mama, wysoki był blok babci, która mieszka na czwartym piętrze. A stadion przy al. Unii 2? Już pal licho te jupitery, które było widać z oddali, nigdy nie widziałem wyższej konstrukcji. Ale trybuna… Główna trybuna do dziś stanowi dla mnie architektoniczny cud. W środku trzy wielkie hale oraz kawałeczek miejsca dla boksu, zapasów czy judo. Do tego na piętrze korytarze z szatniami oraz gabloty, szczelnie zapełnione pucharami wszystkich sekcji, od piłki nożnej do lekkiej atletyki. Na końcu piętra – bar. Wokół wszystkich trzech hal – trybuny z ławkami i siedziskami – wokół tej głównej hali zresztą naprawdę porządne, bo przecież koszykarki właśnie wjeżdżały w najlepszy okres w historii klubu, rywalizując w europejskich pucharach. To wszystko zaś stanowiło przecież jedynie fundament dla większej konstrukcji. Nad fundamentem górowało bowiem jeszcze kilka tysięcy miejsc, w tamtym okresie chyba w postaci drewnianych ławek, do których prowadziły betonowe schody i dość mroczne tunele. W jednym z nich rozczulał napis: “obywatelu, nie lej w tunelu”. Ujmujący przykład bezinteresownego dbania o wspólną własność. 

Wielki szary kloc, od którego rozpoczęła się moja miłość do piłki nożnej oraz sentyment do brutalizmu w architekturze. Gdybym widział po drodze jakieś inne budynki, gdybym uczestniczył w jakichś większych wydarzeniach, kto wie. Ale dla mnie, świeżo po czwartych urodzinach, to było jak wyprawa do świata snów. Obiekty, których nigdy nie widziałem na oczy, tłum, którego nie potrafiłem przeliczyć, wreszcie decybele, których do tej pory w życiu nie słyszałem, nawet, gdy tata mocno podkręcał głośniki w samochodowym radyjku na kasety.

Scena druga, już na trybunach. Głośny doping, doskonały widok z wysoka na wszystkich aktorów tego widowiska. No i ja z tatą. Na boisku biało-czerwoni, z przewagą czerwonego, oraz biało-niebiescy, z przewagą niebieskiego. Moim ulubionym kolorem był niebieski, więc cieszyły mnie udane zagrania niebieskich, dopóki tata mi nie wytłumaczył, którzy to nasi. Dopiero po latach sprawdzę, kogo miałem okazję oglądać. W sztabie tych niebieskich między innymi Jose Mourinho. W składzie Rui Jorge i Jorge Costa, których czasami “zlepiało” mi w pamięci w Ruiego Costę. Po drugiej stronie Krysiak. Lenart. Wieszczycki. Bohaterowie, których miałem potem oklaskiwać przez długie lata, kolekcjonować plakaty z ich twarzami, traktować jak ołtarz karteczki z ich nazwiskami.

Scena trzecia, kiełba z bułą. Stadionowy rarytas, ale przede wszystkim – nieodłączny kompan dla ojca z synem na tym gigantycznym stadionie. W przerwie możesz odpowiadać na tysiąc pytań (“a po co te jupitery świecą, a dlaczego nie mogą grać w ciemności, a czemu też trybuny są oświetlane”), albo kupić kiełbę. Nic nie cementuje rodzin mocniej, niż wspólny posiłek w ciszy na papierowej tacce rozłożonej na drewnie nieudolnie pokrywającym beton.

29 września 1994 roku, Łódzki Klub SportowyFC Porto. Puchar Zdobywców Pucharów, tylko jeden gol, niestety dla zespołu gości. To wówczas na trybunie powstał kultowy w późniejszych latach napis: FC PORTO IS DEAH. Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, język angielski jeszcze nie tak popularny jak dzisiaj, co znalazło odzwierciedlenie na wysłużonych murach trybuny. Z samego meczu pamiętam te trzy sceny, miałem dokładnie 4 lata i 19 dni, nie jestem w stanie przypomnieć sobie niczego wcześniej. Wierzę głęboko, że obie teorie ze wstępu są prawdziwe – pamiętam to Porto dokładnie, bo wspominam je co kilka, kilkanaście miesięcy, gdy rozmawiamy z tatą czy teraz, gdy sam rozmawiam ze swoimi synami. Ale pamiętam to Porto dokładnie, bo to wspomnienie tak naładowane radością i ekscytacją, że mózg na pewno przechowuje to gdzieś obok imienia, nazwiska i numeru PESEL, który przecież znam na pamięć.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ile mnie spotka pod tym adresem. Przy al. Unii 2 będę trenować, chociaż niestety nie w ŁKS-ie, ale jednej z osiedlowych drużyn, która mogła czasami skorzystać z najbardziej wysłużonego boiska na “Kotłowni” oraz schodów trybuny głównej, gdzie doskonale budowało się mięśnie czworogłowe. Na murawie jednak jeszcze zagoszczę, choć już jako reporter ŁKS TV kilkanaście lat później. W wysłużonej hali będę dopingował siatkarki i koszykarki, obejmując swoją ówczesną dziewczynę, a późniejszą żonę, która akceptowała ten typ randki, sama zresztą kibicowała na długo przed naszym pierwszym spotkaniem. Jeden ze starszych kibiców kilka miejsc dalej i oczywiście w innym towarzystwie nauczy mnie otwierać wino 20-groszówką. Inny pokaże książki, które ukształtują mnie na długo. Kolejny popchnie do realizacji celów zawodowych, jeszcze następny przypomni hasło ultrasów: trwaj w tym, co kochasz. To tam napiszę pierwsze meczowe relacje. To tam pierwszy raz wystąpię przed kamerą, to tam po raz pierwszy nagram film na YouTube – program ŁKS Weekend, do dzisiaj można go obejrzeć!

Potem zresztą wielokrotnie odmówię pracy przy meczach ŁKS-u, tylko po to, by 90 minut meczu spędzić głośno krzycząc na Galerze, a nie notując coś w zeszycie na loży prasowej.

W hali po raz pierwszy będę miał okazję grać z profesjonalistami – gdy na króciutkich, 2-tygodniowych testach w drużynie rezerw będę mógł dzielić szatnię z kozakami w swoim fachu. Oni wówczas na wylocie, w “klubie Kokosa”, ja z marzeniami, że kiedyś mój sufit będzie w okolicach ich podłogi. Tutaj spełnię największe marzenie – zagram połówkę w sparingu ŁKS-u z rezerwami, właśnie podczas tamtych testów. W pierwszej drużynie panowała epidemia grypy, mieli dziewięciu do grania, więc rezerwy użyczyły trzech zawodników “jedynce”. Jeden z chłopaków w przerwie złapał uraz i takim zrządzeniem losu wylądowałem na 90minut.pl jako zawodnik testowany przez ŁKS. Połówka za plecami Adriana Woźniczki, u boku Michała Łąbędzkiego czy Macieja Bykowskiego – nie był to już może ŁKS Saganowskiego i Trzeciaka, ale to zawsze ŁKS. To zawsze niedoścignione marzenie, które udało się zrealizować właśnie przy al. Unii 2. Gdy o tym myślę, zwłaszcza w perspektywie tego, co ma się stać w piątek… ŁKS jest takim miejscem, gdzie wszyscy pielęgnujemy nasze niedoścignione marzenia. Nieliczne kiedyś, często po wielu latach wyrzeczeń i determinacji, w sposób absolutnie niewiarygodny – udaje się spełnić.

Pierwsze wspomnienie prawie 30 lat temu. A kiedy pierwsze wspomnienie o tym, że ten prześliczny stadion ma zostać przebudowany? Zmodernizowany? Że w jego miejscu ma powstać coś nowego, jeszcze piękniejszego? Wydaje mi się, że tutaj mamy jakieś ćwierćwiecze, czas sukcesów za kadencji Antoniego Ptaka. To wtedy po raz pierwszy przebąkiwano – chyba czas pożegnać Estadio da Gruz, chyba czas zrobić tu coś nowego, bardziej nowoczesnego, bardziej przystającego do klubu mierzącego w mistrzostwo Polski.

Nie policzę, jak długo marzyliśmy o nowym stadionie, może to właśnie 25 lat, może 30, może więcej. Stary był kompletnie zniszczony już w okolicach przełomu wieków. Otwarcie nowego ma nastąpić w piątek, za dwa dni. Zaokrąglając: za nami dwie dekady walki, dwie dekady lobbowania, dwie dekady oczekiwań. Nie policzę, ile razy pisaliśmy teksty, listy, oświadczenia. Ile razy szliśmy pod Urząd Miasta, by dać znać, że w czasach, gdy cała Polska buduje stadiony, Łódź nie powinna być na tej mapie białą plamą. Nie zliczę chwil, gdy wydawało mi się, że nic z tego nie będzie. Przecież pierwszy wykonawca zbankrutował. Powtórne przetargi, analizy, wyznaczanie ram budżetowych. Niektórzy koledzy z innych miast pocieszali: burzą, znaczy będą budować. Ale po tym jak zburzono trybunę główną, to brutalistyczne dzieło sztuki, dostawiono tymczasowe rusztowanie a’la stadion Rakowa. W międzyczasie klub zbankrutował i niższe ligi przywitaliśmy ściśnięci na wysłużonej Galerze z parodystyczną dostawką z drugiej strony boiska. Byłem pewny, że to już na zawsze, albo przynajmniej na długie lata. Że będzie jak zawsze w Polsce – skoro tymczasowe rozwiązanie nie powoduje eksplozji, niech pozostanie rozwiązaniem stałym. 

W końcu coś się ruszyło. Najpierw powstała jedna trybuna. Potem leniwie rozkopano teren wokół. Ale przecież nadal graliśmy nisko. Wydawało mi się, że skoro miasto nie ruszyło łopatą mając w mieście dwa ekstraklasowe kluby, to tym bardziej nie będzie budować obiektów, gdy oba znajdują się zakopane gdzieś kilka stóp pod Ekstraklasą. Ale jednak, do koparek dołączyły betoniarki. Do wyburzania i równania terenu, dołączyło wylewanie fundamentów. Ciężarówki wywożące gruz z czasem zaczęły przywozić materiały budowlane. W ostatnich miesiącach stadion zaczął nabierać realnych kształtow, ostatecznie ukończono go na pół roku przed terminem, dzięki błyskawicznej pracy firmy Mirbud, a co, należy im się reklama.

Nie wiem, czy w innych miastach jest podobnie, podejrzewam, że każdy ma swoją historię, swoje problemy, swoje małe zwycięstwa i porażki. Ale to otwarcie całego, 4-trybunowego stadionu ŁKS-u, w dodatku przy udziale przynajmniej 16 tysięcy widzów (zostało jeszcze około tysiąca wejściówek, moim zdaniem będzie komplet), to jest coś niemalże metafizycznego. Nie wierzyłem, że tego dożyję i to nie jest nawet żadna hiperbola. Wielu z nas po drodze zgubiło wiarę – w sens walki, a przede wszystkim w jej szczęśliwy koniec. Co gorsza – wielu z nas mecz z Chrobrym będzie obserwowało z tzw. Sektora Niebo, choć dużą część swego życia poświęcili pogoni za marzeniem, pogoni za nowym domem dla ŁKS-u. To była epopeja, która zaczynała żyć własnym życiem, to była podróż dookoła świata, i to autostopem. Nadal oglądam ze zdumieniem swoją wejściowkę na piątek. Zaskoczony, że to już naprawdę jest ten wyśniony epilog, wymarzony happy end.

Tata i ja mieliśmy karnety na cały sezon, i na starą Galerę, i na tę jedną trybunę, która jest z nami od paru lat. Teraz dokupiłem jeszcze trzy karnety, dla żony i obu synów. W piątek wszyscy usiądziemy za bramką, na nowej Galerze, utrwalając stare i zapisując gdzieś w mózgu nowe wspomnienia.

Wspomnienia. Jakże ważna rzecz, jakże istotna z perspektywy 32-latka szukającego w pamięci pierwszych obejrzanych meczów. Jedna z opraw, jeszcze na starym stadionie, zawierała ponadczasową mądrość: w życiu ważne są wspomnienia, więc tworzymy chwile godne przypomnienia.

Oby ten nowy stadion był fabryką chwil godnych przypomnienia. Co najmniej tak dobrych, jak moje wspomnienia związane z FC Porto.

Komentarze

Na temat “Olkiewicz w środę #8 Stadion niedoścignionych marzeń