Olkiewicz w środę #13 Pierwsza liga – styl życia

GKS Katowice - ŁKS Łódź. Obie drużyny marzą o Ekstraklasie, obie znów zagrają w I lidze
PressFocus Na zdjęciu: GKS Katowice - ŁKS Łódź. Obie drużyny marzą o Ekstraklasie, obie znów zagrają w I lidze

Pierwsza liga – styl życia. Niewiele rzeczy w życiu autentycznie udało mi się wymyślić – większość naprawdę dobrych bezczelnie skopiowałem od mądrzejszych i bardziej błyskotliwych, pozostałe to jakieś próby kalkowania, tak jak przy tworzeniu memów. Natomiast to hasło faktycznie stworzyłem ja, jako pierwszy napisałem na raczkującym jeszcze w Polsce Twitterze, w pamiętnym sezonie 2012/13, gdy Łódzki Klub Sportowy zaliczał bolesne powitanie z tą klasą rozgrywkową po spadku rok wcześniej.

Nie zamierzam wracać do czasów upadku – bo tamtego sezonu ŁKS nawet nie zdołał dokończyć, w rundzie wiosennej wycofał się z rozgrywek i ruszył od IV ligi. Z tego co wiem – tak źle jeszcze z nami na szczęście nie jest. Wracam do tamtego sezonu, by spróbować zmierzyć się z tym hasłem, które sam wymyśliłem i które tak boleśnie mnie sezon w sezon doświadcza jako fanatyka z Łodzi.

Zacznijmy od tzw. rysu historycznego. Skąd styl życia – wiadomo, jakoś przewędrowało od zamorskiego “Brooklyn Lifestyle” czy innego “New York State Of Mind” do naszego swojskiego “Bałuty Lifestyle”, “Bałucki Stan Świadomości” czy wprost “Bałucki Styl Życia”, “Styl Życia Na Bałutach”. Od początku nacechowane mocnym przekąsem, autoironią i dystansem hasełko jak ulał pasowało do momentami przaśnej, a momentami po prostu szokującej pierwszej ligi. Zresztą, sporo mówi już fakt, że nawet wśród dziennikarzy nie ma jakichś przejrzystych zasad – jestem wielkim fanem pisania o tej klasie rozgrywkowej jako “I liga” lub “zaplecze Ekstraklasy”, ale przecież znajdziemy tutaj też “Pierwszą Ligę”, “Fortuna I ligę”, a nawet “1. ligę” czy “1. Ligę”. Najgorszy jest naturalnie “drugi poziom rozgrywkowy”, bo nie po to żeśmy w pocie czoła pracowali nad zwiększeniem prestiżu PIERWSZEJ ligi, żeby teraz tu nagle wyjeżdżać z liczbą dwa.

Bezpośredni bodziec do stworzenia zbitki pierwsza liga – styl życia, to prawdopodobnie pamiętna akcja z meczu ŁKS Łódź – Stomil Olsztyn jeszcze w rundzie jesiennej. To była bezsprzecznie najzabawniejsza sekwencja zdarzeń, jaką kiedykolwiek miałem okazję obserwować z trybun. Najpierw fatalne wybicie bramkarza, Bogusława Wyparły, ale takie naprawdę fatalne. Dość napisać, że piłka powędrowała do lewego obrońcy, Michała Żółtowskiego, który swoją piłkarską przygodą z ŁKS-em na nowo rozbudził we mnie nadzieję, że jeszcze mogę spróbować się na boiskach piłkarskich, może nie będzie wcale takiej tragedii. Nic oczywiście do Żółtowskiego nie mam, poza tym, że koślawe podanie od Wyparły próbował przedłużyć głową. Wyszło mu zagranie karkiem w kierunku własnej bramki. Następnie Szymon Kaźmierowski, napastnik Stomilu, zebrał piłkę i minął Wyparłę, ale wszystko wykonywał w takim tempie, że w bramce ŁKS-u zdążyło się już ustawić dwóch obrońców. Jednym z nich był Daniel Cyzio. Strzał Kaźmierowskiego nie był ani mocny, ani celny, był taki, że w ogóle na żaden epitet nie zasługiwał. Ale Cyzio próbując wybić piłkę z linii przewrócił się, kopnął w słupek i zaliczył swojaka. Serio, to jest na YouTube, można obejrzeć i uwierzyć w niemożliwe.

Gdybym tego nie widział, nie opisywał z loży prasowej i potem latami nie wspominał z kolegami z trybun – po prostu bym nie uwierzył. A naprawdę, przez lata takich zagrań uzbierały mi się dziesiątki. Pamiętam jak Charles Nwaogu, późniejsza gwiazda disco polo, ówczesny napastnik Arki Gdynia, zabrał się do karnego w doliczonym czasie w meczu z Zawiszą. Niemalże pobił wszystkich kolegów, że on strzela i koniec. Petr Nemec, trener Arki, próbował interweniować zza linii, ale na próżno, Charlie się uparł, koniec świata. Nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem człowieka o takiej barwie, jaką przybrał po niewykorzystanym karnym Nemec. Jeśli ktoś mówi “zzieleniał z zazdrości”, “zaczerwienił się ze wstydu”, albo “rozgrzał sie do czerwoności” to nie widział Nemeca, który przypominał tęczę mieniącą się tysiącem barw.

Były naprawdę nietypowe zjawiska. Była Flota Świnoujście, która za sprawą mołdawsko-rumuńskiego duetu trenerskiego i całego zaprzęgu testowanych zawodników próbowała ustawić mecze sparingowe gdzieś na niemieckich łąkach. Były proby przeniesienia tejże Floty do Rzeszowa, by Kazimierz Greń wreszcie miał w regionie klub szczebla centralnego. Były liczne protesty piłkarzy, którzy nie otrzymywali pieniędzy, kibiców, którzy nie otrzymywali piłkarzy, kibiców i piłkarzy, którzy nie otrzymywali zdrowego zarządzania i tak dalej. Swego czasu był nawet Ruch Radzionków, który stuletnimi, ale jednocześnie cholernie charakternymi weteranami z Górnego Śląska zrobił świetny, dziewiąty wynik w lidze, po czym… wycofał się z rozgrywek. Ba, wycofał się, dzięki czemu w lidze utrzymała się Polonia Bytom, a więc derbowy i najbardziej zaciekły rywal “Cidrów”. Licencyjnych historii było zresztą więcej, nie zapomnijmy także o Wojciechu Stawowym, który po spadku z I ligi zapowiedział szybki powrót najpierw na zaplecze Ekstraklasy, potem do elity, a wreszcie i do Ligi Mistrzów, wszystko w czasie, gdy komornik powoli zabierał się za kolekcję zegarków Sylwestra Cacka.

No było grubo, co tu dużo pisać. Lata mijały, a ten mój slogan coraz lepiej wyrażał odczucia wszystkich fanów drużyn z tego szczebla rozgrywkowego, do czego zresztą cegiełkę przykładał również Polsat, transmitujący mecze. Momentami transmitujący… No na przykład tak jak gola Widzewa na wagę awansu do Ekstraklasy. W momencie gdy Kun strzelał, kamera pokazywała trzymającego się za głowę kolegę z drużyny. Ale i tak największy hardkor był w czasach pandemicznych – relacji z jednej kamery, co chwila skraplanej deszczem i nie do końca nadążającej za boiskowymi zdarzeniami, nie zapomnę nigdy. To było domowe spotkanie Sandecji Nowy Sącz, Nowy Sącz wydał mi się z poziomu tej transmisji najsmutniejszym miejscem na ziemi.

Po co to wszystko piszę? Ano dlatego, że w naszym zaprawionym, pierwszoligowym gronie, witamy całkiem pokaźną grupkę tzw. świeżaków. Jako że mój klub coraz wygodniej zrasta się z tym poziomem rozgrywkowym, a przecież wnikliwie śledziłem też po drodze losy GKS-u Tychy czy Zawiszy Bydgoszcz, czuję się na pierwszoligowych podwórkach dość swobodnie. Fanów Górnika Łęczna i Bruk-Betu nie trzeba jakoś mocno witać – oni zniknęli nam z radarów tylko na jeden sezon i wracają w elitarne szeregi pierwszoligowców. Ale Wisła Kraków? Uch, to jest na naszej mapie nowość i to nowość nie byle jaka. W I lidze dużych marek po pierwsze sporo było, choćby w ubiegłym sezonie, gdy mieliśmy i derby Łodzi, i Arkę, i GKS Katowice z Zagłębiem Sosnowiec. Sporo może jeszcze dołączyć – bo czekamy choćby na Ruch Chorzów, a w lidze pozostanie też ktoś z pary Arka/Korona. Natomiast to nie do końca to, z czym mamy do czynienia w przypadku Białej Gwiazdy.

Po pierwsze – tak naprawdę marką, historią, szeroko rozumianą legendą może się w Polsce równać z Wisłą właściwie jedynie Legia oraz Ruch Chorzów z Górnikiem Zabrze. Nie chodzi tylko o listę tytułów, ale też liczbę wychowanych pokoleń, wpływ na historię całej ligi, liczbę bohaterów, których dostarczyli do polskiej piłki. Nie na przestrzeni 20 lat, jak Widzew, nie w szczątkowych liczbach, jak ŁKS czy Cracovia, ale masowo, przez dekady. Często z uśmiechem słucham przepychanek w moim mieście – z całym szacunkiem dla Widzewa i ŁKS-u, jeśli zsumujemy nasze mistrzostwa i pomnożymy jeszcze przez dwa, nadal będziemy za Wisłą. ŁKS szczyci się, zresztą bardzo słusznie, wielosekcyjnością, statusem jednego z założycieli ligi, całą armią wychowanków. Widzew przywołuje europejskie boje, Bońka, wpływ na reprezentację w jej najpiękniejszych latach. Wisła, podobnie jak Legia, łączy to i to. Dlatego też jej spadek jest takim wydarzeniem, dlatego też jej spadek jest tak unikalny.

Ktoś powie – no dobrze, Ruch i Górnik też odwiedziły pierwszą ligę. To prawda. Natomiast pomiędzy największymi sukcesami i taśmowo kompletowanymi mistrzostwami Ruchu czy Górnika, a spadkiem z ligi, minęło naprawdę sporo czasu. Zresztą, sucha liczba “dwadzieścia lat” nie do końca przecież oddaje to, jak zmienił się świat między ostatnim mistrzostwem Górnika w 1988 roku, a jego spadkiem w sezonie 2008/09. Jak zmieniła się Polska, jak zmieniła się rodzima piłka i co tam po drodze się wydarzyło. Z Ruchem sytuacja wygląda podobnie, dochodzi zaś aspekt postępującej degrengolady. Chorzowianie spadali w fatalnej sytuacji finansowej, gdzieś w środku zamieszania o nie do końca uczciwe traktowanie Komisji ds. Licencji Klubowych. Przelecieli zresztą przez zaplecze, od razu do II ligi, a potem jeszcze niżej, gdzie czekała ich mozolna odbudowa marki.

Spadek Wisły Kraków na tym tle? Precedens. Ostatnie sukcesy, wielkie sukcesy Wisły Kraków wciąż jeszcze są żywe w pamięci dość młodych ludzi. Jej rozkład? Tak, trwał kilka lat, ale – no właśnie – czy faktycznie udało się po drodze zaprzyjaźnić z biedą, bylejakością oraz rozczarowaniami? Kibice wielkich upadających marek jak kibice Ruchu Chorzów, czy wspomniani fanatycy z Łodzi latami przyzwyczajali się do widoku komornika krążącego gdzieś po klubowych korytarzach. Zejście do I ligi często było powitaniem z doskonale znaną ciemnością, jak u Garfunkela. Co ja mogłem czuć po ostatnim spadku, w sezonie 2019/20, jeśli nie poczucie powrotu do strefy komfortu?

Wiślacy są naprawdę daleko, są cholernie daleko, od strefy komfortu. Spadają w sumie dość nagle z niemal najwyższego konia, wprost do czeluści piekielnych. Niektórych moich znajomych już nauczyłem kim jest Marcin Feddek i czego się można spodziewać po jego komentarzu (wszystkiego się można spodziewać), innych zapewniłem, że w najmniej spodziewanym momencie ich bramkarz dostanie powołanie na konsultacje kadry U-17 i mecz kolejki zostanie przełożony. Pierwszoligowe niuanse, które dla mnie są codziennością, dla wiślaków mogą stanowić prawdziwe novum. O, weźmy takie szarżowanie z datą hitowych meczów. Marzysz o pięknej oprawie znanej z Ligi Mistrzów? W niedzielę o 12.40 będziesz mógł co najwyżej oprawić sobie w ramkę zdjęcia z czasów Ekstraklasy.

Jacek Staszak, którego znam i cenię, napisał na Twitterze: to nie jest liga trudna, tylko po prostu liga dla Wisły nieznana. Moim zdaniem – i piszę to jako człowiek, który przez większą część kibicowskiego i dziennikarskiego życia uważnie I ligę śledził – nie ma klubów, dla których ta liga NIE JEST nieznana.

Bo ten “styl życia” to też w dużej mierze nieprzewidywalność. Kto by dał złamanego szeląga, że Górnik Łęczna, który miał już jakieś chore serie porażek i remisów, najpierw wturla się do baraży, a następnie utrze nosa kolejno i GKS-owi Tychy, i ŁKS-owi Łódź? Kto się spodziewał, że niespecjalnie popularną Wartę Poznań, z niespecjalnym potencjałem marketingowym czy piłkarskim, nagle wyrwie z rąk Pyżalskich niespecjalnie znany człowiek i zrobi z niej solidnego ekstraklasowca? Kto się spodziewał, że w tym roku do baraży nie dotoczy się nikt z tercetu ŁKS/Podbeskidzie/GKS, za to w komplecie zamelduje się duet Odra Opole – Chrobry Głogów? Nieprzewidywalność to jednak nieco za prosty wytrych. Bardziej bolesny dla kibiców pierwszoligowych jest absolutny brak sprawdzonych recept, które gwarantowałyby… cokolwiek. Gdy prześledzimy losy drużyn aspirujących do awansu i tych, które ostatecznie ten awans wygrywały, zobaczymy taką plejadę kategorii, jak u mnie podczas dowolnej gry w tysiąca – każda karta z innej parafii, o meldunku można pomarzyć.

Nawet teraz awans robi Miedź Legnica, wsparta wielkimi pieniędzmi Andrzeja Dadełły, która mocno postawiła na jakościowych cudzoziemców oraz wykorzystała doświadczenie zdobyte podczas poprzedniego, nieudanego sezonu, gdy zespół przegrał z Górnikiem Łęczna miejsce w barażach. Ale czym się Miedź Legnica drastycznie różni od profilu ŁKS-u, który w teorii też naściągał jakościowych cudzoziemców i wykorzystał doświdczenia zdobyte podczas poprzedniego, nieudanego sezonu, gdy zespół przegrał z Górnikiem Łęczna finałowy baraż? Jasne, inne pieniądze, inna skuteczność na rynku transferowym, inny trener i tak dalej. Ale chodzi o same profile drużyn. Raz kapitalną przygodę zalicza beniaminek, który właściwie niespecjalnie nawet modyfikuje swój skład – ŁKS awans w sezonie 2018/19 zrobił tak, że do Ekstraklasy zaciągnął aż siedmiu zawodników pamiętających jeszcze grę w III lidze z Radionowem, Kołbą i Rozwandowiczem na czele. Innym razem stabilny projekt dołuje, najpierw zmuszony do okrzepnięcia na tym poziomie – by przypomnieć choćby deklarację Rakowa, że w przypadku spadku do II ligi odda kibicom pieniądze za karnety. Tak, ten świetny Raków, prowadzony przez tego magicznego Marka Papszuna, w pierwszej rundzie po awansie do I ligi zaczął od 8 punktów w 8 meczach. Wyprzedzał w tabeli tylko zespół Wigier Suwałki oraz naturalnie Ruch Chorzów, który rozpoczynał ligę z 6 ujemnymi punktami.

Nie ma tutaj recepty na sukces, ale wiele wskazuje na to, że nie ma nawet recepty na uniknięcie klęski. Tylu bogaczy już łamało sobie zęby na underdogach. W tym sezonie karty na górze rozdała Resovia Rzeszów, zatrzymując i efektownie pokonując i Arkę Gdynia, i Widzew. Nie zliczę, ile pieniędzy przepalił w piecu GKS Tychy, nie da się ustalić, jak wiele kosztuje Podbeskidzie każdy kolejny atak na Ekstraklasę, czy to udany (rzadziej), czy nieudany (częściej). Weźmiesz uznanych ligowców z marką? Możesz nawet spaść z ligi, jak GKS Katowice Wawrzyniaka czy Woźniaka. Weźmiesz młodych zdolnych? Jak u Kazimierza Górskiego, możesz awansować, pozostać na tym poziomie, albo zlecieć poziom niżej.

Trudno o uniwersalne rady, ale jednak: kilka mam, na podstawie wieloletniej wnikliwej obserwacji. Numer jeden – nigdzie nie wygrywa się meczów gablotą, marką, wielotysięczną grupą fanatyków. Wręcz przeciwnie, momentami da się to nawet zaobserwować na podstawie wyników kolejnych meczów. Resovia zepnie się na Arkę i Widzew, pewnie ogra faworytów, by potem gładziutko przyjąć 0:3 od spadającego z ligi Górnika Polkowice. Stomil wywiezie komplet z Legnicy, jako jeden z dwóch klubów w tym sezonie, by zaraz utopić się u siebie i też spaść. Numer dwa – nie warto zakładać szybkiego powrotu do Ekstraklasy. Założenie szybkiego powrotu do Ekstraklasy, to cholerna pokusa, by wydać już jakąś część pieniędzy, które przecież zaraz do nas wrócą – w formie premii telewizyjnych z Ekstraklasy. Zakredytowanie się, by walczyć o jak najszybszy powrót to droga donikąd – piszę to jako kibic ŁKS-u, proszę o tym pamiętać. Tak naprawdę tworzy jedynie kolejne problemy – bo nawet jeśli uda się zrobić awans, to przy kredytowaniu na etapie I ligi, w Ekstraklasie zaczyna się z handicapem. Poza tym – presja wiąże nogi. W lidze, gdzie dowolna drużyna rzeźników potrafi nagle, właściwie nie wiadomo dlaczego, zamienić się w Barcelonę Pepa Guardioli, presja bywa kluczowym czynnikiem. Widziałem mocne drużyny, które nie wykorzystywały cząstki swojego potencjału, bo już po kwadransie bezbramkowego remisu zaczynały się niecierpliwić, gubić tempo, przyspieszać akcje, zamiast spokojnego budownia. I odwrotnie, widziałem słabe drużyny, które łapały takiego wiatru w żagle bez żadnej presji, że nawet denat głęboko ze strefy spadkowej dawał wtedy jakieś znaki życia. Tu jest też numer trzy – nie ufaj. Nie ma przewagi, której nie da się roztrwonić. Nie ma drużyn ani piłkarzy ze stałą formą. Gdyby mieli stałą formę – nigdy by na ten poziom nie trafili, tutaj sprawa jest prosta.

Numer czwarty jest najważniejszy. Kimkolwiek, drogi czytelniku, jesteś, spróbuj tę I ligę polubić. A stanie się stylem życia.

– Oczywiście tylko na kolejne 12 miesięcy, bo potem już Ekstraklasa – pomyśleli przed sezonem kibice wszystkich 18 ligowych drużyn…

Komentarze