Najbardziej eksplozywny początek dyrektorskich rządów – czy BVB Sebastiana Kehla zdetronizuje w końcu Bayern?

Sebastian Kehl
Pressfocus Na zdjęciu: Sebastian Kehl

Na długo przed otwarciem letniego okna transferowego, Borussia Dortmund zapewniła sobie na przyszły sezon usługi Niclasa Suele, Nico Schlotterbecka i Karima Adeyemiego. A przecież żółto-czarni będą mieli jeszcze do wydania 75 mln euro za transfer Erlinga Haalanda do Manchester City. Czy te wzmocnienia pomogą w końcu dortmundczykom w detronizacji Bayernu Monachium?

  • Sebastian Kehl od lipca będzie nowym dyrektorem sportowym Borussii Dortmund
  • Jeszcze przed oficjalnym objęciem tej funkcji, Kehl pilotował trzy ważne transfery BVB
  • Największym wyzwaniem będzie jednak znalezienie następcy Erlinga Haalanda

Piłkarze na przyszłość

Odchodzący z funkcji dyrektora sportowego po 24 latach pracy, Michael Zorc jeszcze przed zapewnieniem sobie przez Bayern Monachium dziesiątego z rzędu mistrzostwa Niemiec, utyskiwał na aktualną sytuację finansową Borussii Dortmund. – W ostatnim roku finansowym wypracowaliśmy 285 mln euro dochodu mniej niż Bayern. Ta różnica oznacza, że Bawarczycy mogą sobie pozwolić na kilku Gnabrych więcej, aniżeli my – bezradnie rozkładał ręce, przekonując, że dortmundczycy w walce z monachijczykami są po prostu bezradni.

Tyle, że większe dochody nie przekładały się na imponujące wzmocnienia klubu z Monachium. Od 2020 r. na Allianz Arena trafiali tacy gracze jak Leroy Sane, Marc Roca, Bouna Sarr, Douglas Costa, Tanguy Nianzou, Alexander Nubel, Eric Maxim Chupo-Moting, Tiago Dantas, Dayot Upamecano, Marcel Sabitzer i Omar Richards. Próżno na tej liście szukać gwiazd światowego formatu. Blisko tego miana są Sane i Upamecano, ale pierwszy przez dwa lata w Bayernie miał tylko momenty, zaś dla drugiego, występy w ekipie 32-krotnego mistrza Niemiec to póki co za wysokie progi.  

Zrzucanie zatem niepowodzeń Borussii tylko i wyłącznie na przewagę finansową Bayernu to zatem wygodna wymówka. Żółto-czarni przede wszystkim powinni spojrzeć na siebie. Przez brak większych sukcesów w europejskich pucharach stracili stały dopływ niemałej gotówki od UEFA i zmuszeni byli łatać dziury w budżecie transferami najlepszych graczy. W związku z tym, na transferowym rynku bardziej skupiali się na tym, aby sprowadzić zawodników, których po oszlifowaniu będzie można z powodzeniem sprzedać za znacznie większe pieniądze. Stąd też transfery choćby Donyella Mallena z PSV Eindohven czy Juda Bellinghama z Birmingham City. Mniej uwagi poświęcano z kolei na wyszukiwaniu piłkarzy, którzy tu i teraz mogliby wzmocnić siłę zespołu i pomóc w zdobyciu pierwszego od dekady mistrzostwa Niemiec. Stawiano zatem na niedrogich weteranów (Emre Can), piłkarzy za których nie trzeba było płacić (Thomas Meunier) albo ograniczano się do wypożyczeń (Marin Pongracić, Reinier).

Jeśli nagle zabraknie ci pokaźnych dochodów z Ligi Mistrzów, nie możesz sobie pozwolić na taki skład, jaki my mamy. Używasz więc czerwonego ołówka i dokonujesz cięć – mówił w marcu 2021 Zorc, gdy w Dortmundzie szacowano straty za rok obrotowy 2020/2021, pierwszy w okresie pandemii koronawirusa. 59-letni działacz, który pracował w BVB zarówno w czasie, gdy pieniądze wydawano na prawo i lewo oraz w okresie, gdy klubowi z Zagłębie Ruhry poważnie w oczy zaglądało widmo bankructwa, doskonale wiedział, że nie można lekceważyć tych wyników, stąd taka, a nie inna polityka transferowa.

Jego następca, Sebastian Kehl na przejmowane właśnie stanowisko, szkolił się cztery lata. Wcześniej pracował w dziale licencjonowania piłkarzy. W skomplikowany i brutalny świat negocjacji transferowych wprowadzał go Zorc, a Kehl pilnie się uczył. Wiedział dokładnie jakie są potrzeby klubu z Dortmundu i od początku roku zaczął je wprowadzać w życie.

Przeczytaj również: Zorc bezradny: wyścig z Bayernem jest nierówny

Odpowiedź na aktualne potrzeby

Aktualnie na Signal-Iduna Park jest bowiem realizowana polityka pt. „tu i teraz”. Dotychczasowe transfery BVB to odpowiedź na klubowe bolączki z kończącego się sezonu. Dziurawa obrona (51 straconych goli, najwięcej z całej czołówki), konieczność zastąpienia w ataku Erlinga Haalanda oraz taka organizacja linii napadu, aby ciężar zdobywania bramek nie spoczywał na barkach jednej osoby. Jeśli chodzi o defensorów, to Borussii w stosunkowo krótkim czasie udało się ściągnąć dwóch stoperów, o których marzono nie tylko w Niemczech.

Niklas Sule od dłuższego czasu czuł się niedoceniany w Bayernie, a fakt, że z monachijskim klubem zdążył wygrać wszystkie możliwe trofea, na czele z Ligią Mistrzów, ułatwił mu podjęcie decyzji o odejściu. 26-latek łączony był z Chelsea FC i FC Barcelona, zatem zdziwienie kibiców i ekspertów było ogromne, gdy ogłosił, że zdecydował się dołączyć do Borussii. – Od momentu, kiedy po raz pierwszy się ze mną skontaktowali, poczułem, że ludzie z kierownictwa klubu, bardzo chcą ze mną współpracować. Hans-Joachim Watzke, Michel Zorc, Sebastian Kehl i Marco Rose przedstawili mi pomysł na rolę, jaką mam odgrywać w ich klubie. Miałem wrażenie, że jestem im potrzebny jako osoba i jako piłkarz. Byłem pod wrażeniem tego, jak próbowali mnie pozyskać, więc szybko podjąłem decyzję dotyczącą tego, gdzie zagram w przyszłości – przyznał w rozmowie z „Bildem”.

Dortmundczycy zyskują zatem obrońcę doświadczonego, utytułowanego, który może zaszczepić w reszcie kolegów mentalność zwycięzców. Do tego dobrze zbudowanego, silnego i znakomicie grającego w powietrzu. Sule z miejsca powinien stać się liderem, nie tylko bloku defensywnego BVB. Z nim w parze występować będzie bezapelacyjne odkrycie Bundesligi w sezonie 2021/2022, a więc Nico Schlotterbeck z SC Freiburg. – To obecnie najlepszy niemiecki obrońca. Gdyby mundial odbywał się dziś, miałby pewne miejsce w składzie reprezentacji Niemiec – uważa były reprezentant Die Mannschaft, Dietmar Hamann.

Kehl z kolei przyznał: – Ścieżka Nico przypomina mi moją własną, ponieważ przyjechałem do BVB z Fryburga jako młody reprezentant w jego wieku. Nie wybrał najlepszej oferty spośród wielu zainteresowanych klubów, ale świadomie wybrał BVB, aby dalej rozwijać się tutaj w sporcie. Bardzo się cieszymy, że udało nam się przekonać Nico o naszej drodze. Również Zorc jest zdania, że 2-krotny reprezentant Niemiec pasuje idealnie do dortmundzkiego profilu. Urodzony w Waiblingen zawodnik, to także chłop jak dąb (191 cm wzrostu). Dobrze gra w powietrzu nie tylko pod swoją bramką, ale i pod bramką przeciwnika. W bieżących rozgrywkach Bundesligi czterokrotnie bowiem trafiał do siatki. Idealnie odnajduje się, zarówno w systemie gry z czwórką, jak i trójką obrońców. Grywał również na lewej obronie, jako defensywny i środkowy pomocnik. W razie plagi kontuzji, kartek lub innych wypadków losowych, trener Rose zatem będzie miał kim łatać ewentualne dziury w składzie. Co ciekawe, wielkim orędownikiem jego transferu do Dortmundu był Matts Hummels, do którego Schlotterbeck był wielokrotnie porównywany. To też pokazuje, jak wielki w szatni BVB jest głód zwycięstw oraz team spirit. 76-krotny reprezentant Niemiec bowiem oczekiwał przyjścia gracza, który…zabierze mu miejsce w wyjściowym składzie.

I ostatni transfer dortmundczyków, a więc rewelacyjny Karim Adeyemi z RB Salzburg, który w tym sezonie na wszystkich frontach zdobył 23 bramki. 20-latek, który zdążył już zadebiutować w reprezentacji Niemiec, także był na radarze Bayernu (w którym notabene występował jako nastolatek), mocno interesował się nim również Manchester United. Mający nigeryjskie korzenie zawodnik zdecydował się jednak na BVB. I od razu podpisał kontrakt na pięć lat. – Celowo podpisałem kontrakt na dłuższy czas, ponieważ jestem przekonany, że będziemy ekscytującym zespołem, który będzie w stanie grać o tytuły i wygrywać je – wyjaśnił motywy swojego postępowania. Nie jest może tak silny jak Haaland, ale jest za to niesamowicie szybki, co sprawia, że poza środkiem ataku, może być wystawiany również na skrzydle.

Liczenie, że Adeyemi w 100% wypełni lukę po Haalandzie to może być jednak droga donikąd. Owszem, Norweg też przychodził do Bundesligi jako młody szczaw, ze śladowym doświadczeniem jeśli chodzi o grę o stawkę, ale nie ma gwarancji, że w przypadku jego następcy będzie podobnie. Stąd od dłuższego czasu zintensyfikowane działania BVB, aby sprowadzić klasowego atakującego. Dortmundczykom marzy się Sebastian Haller, który w tym sezonie Ligi Mistrzów robił furorę w Ajaksie Amsterdam (11 goli w 8 meczach). Dodatkowo 12-krotny reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej w latach 2017-2019 występował w Eintrachcie Frankfurt (77 meczów, 33 bramki), zatem ma niezbędne doświadczenie w lidze niemieckiej. Mistrzowie Holandii oczekują jednak za swojego asa minimum 35 mln euro.

BVB wyrasta zatem na dotychczasowego króla letniego okna transferowego, zarówno jeśli chodzi o ilość, jak i jakość. Dla klubu z Signal-Iduna Park niezwykle ważny jest również fakt, że dwóch piłkarzy, których ściągnął, także byli w orbicie zainteresowań Bayernu. „Bild” wbił zresztą ostatnio szpilkę Bawarczykom pisząc, że powinni z Borussii brać przykład, jeśli chodzi o wzmocnienia.

Przeczytaj również: Adeyemi wybrał BVB mimo oferty z Premier League

Kehl wznieca i gasi pożary

Niemiecka prasa początek pracy Kehla określa jako “najbardziej eksplozywny początek pracy dyrektora sportowego w historii”, ale też sytuacja w Dortmundzie jest bardzo poważna i wymaga radykalnych działań, gdyż problemów nie brakuje. Zacząć należy od kwestii sportowych, bo za Borussią, mimo siódmego wicemistrzostwa Niemiec w ostatnich dziesięciu latach, naprawdę słaby sezon. Żółto-czarni fatalnie spisali się w Lidze Mistrzów, zajmując w grupie C dopiero 3. miejsce, a przecież za rywali nie mieli żadnych potęg, a Ajax, Sporting CP oraz Besiktas. Z Ligi Europy odpadli już w fazie play-off, w dwumeczu przegrywając z Rangers FC 4:6. Z Pucharu Niemiec z kolei w III rundzie wyeliminowało ich drugoligowe St. Pauli.  W Bundeslidze z kolei ponieśli aż dziewięć porażek, z czego cztery na własnym obiekcie. I zwykle były to srogie klęski, jak 3:4 z VfL Bochum, 1:4 z RB Lipsk, 2:5 z Bayerem Leverkusen czy też zawsze bolesna przegrana z Bayernem 2:3. Do tego doszły jeszcze przegrane w europejskich pucharach – 1:3 z Ajaksem i 2:4 z Rangers FC. „Żółta ściana przestała być siłą BVB” – napisał po porażce z Bochum, „Bild”.

Nic dziwnego więc, że dortmundzkim kibicom, kończy się cierpliwość. Ci przy okazji starcia z Greuther Furth (3:1) w 33. kolejce Bundesligi, niemiłosiernie gwizdali i obrażali swoich pupili. Wśród graczy, co w rozmowie ze stacją Sky Germany wyraził Julian Brandt, panowało przekonanie, że swoimi „popisami” zasłużyli na takie traktowanie. Szkoleniowiec Marco Rose był jednak innego zdania. – Rozumiem gniew ludzi, ale uważam, że moi piłkarze nie zasłużyli na taką zniewagę – przyznał.

Sam Rose też nie ma łatwego życia, bo wszystkie wpadki w krajowych i europejskich pucharach, idą na jego konto, nawet biorąc pod uwagę fakt, że w tym sezonie często musiał sobie radzić bez Haalanda. W zasadzie aż dziw bierze, że w takich okolicznościach, BVB udało się zająć 2. miejsce w tabeli ligi niemieckiej i nawet do marca deptać po piętach Bayernowi. „Siłą Borussii była słabość pozostałych ligowych rywali” – uważa „Bild”. W teorii Rose może być spokojny o posadę, ale wątpliwości co do jego przyszłości zasiał ostatnio sam Kehl. W rozmowie ze Sky Germany, pytany o to, czy 45-latek w przyszłym sezonie dalej będzie prowadził żółto-czarnych, odrzekł: – Zakładam, że tak. To od razu wywołało falę spekulacji, którą nowy dyrektor sportowy po kilku dniach, w programie „Doppelpass” musiał zdusić w zarodku. – Moja odpowiedź była źle sformułowana. Nie miałem złych zamiarów. Razem z Marco pracujemy teraz nad transferami oraz jak najlepszym przygotowaniem zespołu do nowego sezonu – zapewnił.

Kibice, nie tylko w Dortmundzie, z niecierpliwością zatem oczekują sezonu 2022/2023. BVB na razie budowana jest z pomysłem, ale losy mistrzostwa Niemiec tradycyjnie rozstrzygną się na murawie, a nie w dyrektorskich gabinetach.

Przeczytaj również: “Borussia Dortmund bez Haalanda będzie mocniejsza”

Komentarze